„3 steps back” – Relacja z Open’era 2010
    opener festival56 · muzyka rockowa129 · muzyka elektroniczna107 · relacje z koncertów35
2010-07-07
…Cześć! To pierwszy dzień festiwalu. Dziękujemy za zaproszenie. Oczywiście nasz polski nie jest najlepszy. Więc po prostu będziemy GRAĆ!!! Tymi słowami Eddie Vedder, można by rzec oficjalnie rozpoczął Open'er Festival 2010…

To był moment na który wszyscy czekali i faktycznie ZAGRALI. Definitywnie nie zgodzę się z dziennikarzem Gazety Wyborczej, który w swojej relacji napisał, że Pearl Jam skończył się po pierwszej płycie. Jak dodam, że Eddie cofnął cały festiwal o tytułowe „3 kroki w tył” dla bezpieczeństwa uczestników będących najbliżej sceny, ludzi ogarnęła euforia zadowolenia. Tu się zatrzymam i polecam zrobić te przysłowiowe „3 kroki w tył” samym organizatorom, aby przy kolejnej już jubileuszowej 10 edycji Open’era zrobić ten czwarty do przodu. To co się działo w czwartek przy głównym wejściu od strony parkingu dla samochodów przeszło moje oczekiwania. Totalny chaos, brak organizacji i duże niebezpieczeństwo graniczące z rękoczynami. Alter Art w ogóle nie był przygotowany na wejście tylu ludzi. Postawienie praktycznie jednego małego namiotu w którym znajdowała się informacja, sprzedaż biletów oraz wymiana karnetów na opaski po prostu mija się z celem. Obsługa zamiast wykonywać swoją pracę trzymała bramki oddzielające aby ich ludzie nie staranowali. Wyglądało to źle do tego stopnia, że na około pół godziny przed koncertem Pearl Jam, organizatorzy zdecydowali się najpierw wpuszczać z jednodniowymi biletami bez opasek, a gdy to nie pomogło wpuszczano wszystkich z karnetami 4-dniowymi, a opaski można było już dostać później przy opuszczaniu terenu festiwalu.

Jeżeli w pierwszy dzień festiwalu wystawia się taką gwiazdę jak Pearl Jam, trzeba się liczyć z konsekwencjami przybycia fanów tego zespołu, których w Polsce naprawdę nie brakuje.




Oprócz Pearl Jam należało by wspomnieć jeszcze o Grove Armada oraz fenomenalnej i chyba najbardziej pasującej do World Stage, grupie Tinariwen. Byli naprawdę super, dobre szczere granie z historią nomadów, wolności, walki i rebelii w tle.

Grace kochamy Cię…

Drugi dzień był spokojniejszy przynajmniej przy wejściu. W środku działo się dużo. Rewelacyjny Massive Attack tylko potwierdził swoja klasę i jakość. Nagłośnienie podczas ich koncertu, muszę przyznać było na wysokim poziomie. Każdy dźwięk, każdy akord czy wyśpiewane słowo było soczyste i klarowne. Naprawdę dobry koncert czego nie mogę powiedzieć o wcześniejszym zachwalanym Mando Diao. Nie wiem czy to słońce czy coś innego, ale ten występ mnie nie przekonał. Resztę dnia jak ktoś spędził pod Tent Stage nie mógł żałować. Wspaniała Grace Jones tylko potwierdziła swoją klasę. Zdecydowanie powinna wystąpić na dużej scenie, ona po prostu potrzebuje rozmachu, a scena pod namiotem chyba tylko ją ograniczała, ale i tak był to jeden z lepszych punktów festiwalu. Późniejsze Klaxons również zachwycało. Nie ma co chłopaki mają pomysł na siebie i konsekwentnie do niego dążą.




Długo oczekiwany Pavement, skromnie mówiąc powalił na kolana. To zespół całkiem z innej bajki niż większość artystów Open’era 2010 i pewnie dlatego namiot nie zapełnił się na 100%, ale warto było czekać do 01:00 w nocy na te sprzęgające gitary. Wcześniej z nakazu historii zahaczyłem o Cypress Hill który występował na World Stage. Pokaźny tłum i ludzie śpiewający teksty pokazuje, że wielu czekało na ten występ.

Dźwiękowe problemy…

Wokalistka Skunk Anansie - Skin - to naprawdę charyzmatyczna i obdarzona wspaniałym głosem kobieta. To co wyprawiała trzeciego dnia festiwalu na scenie, pod i między ludzi, sugeruje tylko, że kocha to co robi, cieszy się, że wróciła i pewnie bardzo dużo ćwiczy. Kondycję ma niezłą, wszędzie jej było pełno i ani jednego fałszu i zająknięcia.




Piękny i długo oczekiwany koncert Skunk Anansie był o wiele lepszy niż Kasabian. Ale to tylko ze względu na problemy z dźwiękiem. To za cicho wokal, to gitara, to coś ginie lub znowu za głośno, że aż głośniki zatyka. Trochę porażka i jak na dużą scenę nie powinno mieć miejsca. Kasabian widziałem po raz czwarty dlatego pewnie nie zrobili na mnie wielkiego wrażenia. Widziałem ich jeszcze jak nikt o nich nie słyszał w Polsce, kiedy byli mało znanym zespołem i wtedy wydaje mi się grali z większym zaangażowaniem.




Zapomniałem o Julii Marcell. Słyszałem, że ktoś na nią narzekał, że słabo, mało profesjonalnie i tak dalej. Jak dla mnie naprawdę dziewczyna daje radę i mocno się stara. Będę kibicował.

Dzień czwarty – ostatni

Hmmm… Pominę sobie cały początek dnia i od razy przejdę do Kings of Convenience. Cóż, nie dali im zagrać na dużej scenie, to chłopaki przenieśli ludzi i sami sobie zrobili dużą scenę w namiocie. Ot co… koncert rewelacja.

Mocno zapowiadane, że niby rewelacyjne Wild Beasts jakoś mnie nie przekonało, a raczej przekonało aby czym prędzej zająć dobre miejsce na koncercie The Dead Weather. W międzyczasie zahaczyłem o Pink Freud, było dobrze. Ale do rzeczy.

Najlepszy koncert festiwalu...




Bez dwóch zdań. I tu mogę iść na noże z każdym. Dźwięk, wykonanie - 10 w skali na 10. Po raz kolejny Jack White potwierdził swoją wielkość, swoje umiejętności, swoją charyzmę. Oczywiście nikomu z reszty członków The Dead Weather też niczego nie brakuje. Dean Fertit to rewelacyjny i doskonały gitarzysta znany z Oueens of the Stone Age – pokazał prawdziwą klasę gry na gitarze (cały namiot Fendera łącznie z jego uczestnikami postawiłbym w pierwszym rzędzie aby uczyli się grać od niego, a nie ciupali na słuchawkach te skale i zapamiętane tabulatury – muszę przyznać prawdziwym koszmarem było przechodzenie co wieczór obok tego namiotu i słuchanie tych samych podkładów i solówek. Na przyszłość sugerowałbym też postawić jakiś prosty zestaw perkusyjny… a nóż coś fajnego się urodzi przez przypadek), do tego oryginalna Alison Mosshart (The Kills) na wokalu wraz z grającym na basie Jack-iem Lawrenc-em tylko dodali mocy temu zespołowi. Prawdziwa potęga.

Między wierszami zdążyłem jeszcze szybciutko wpaść na Nas & Damian Marley – krótko mówiąc ładny koncert z ładną chmurką dymu unoszącą się nad publicznością. Natomiast Archive na które nastawiałem się trochę bo jakoś nigdy nie było dane mi ich zobaczyć na żywo nie poruszyli mnie. Nie wiem, może już zmęczenie i milion różnych dźwięków w głowie po 4 dniach, ale ostatnią płytę i tak wciąż słucham z przyjemnością.

Krótko reasumując, festiwal był ok, ale mam jakieś dziwne i mocne wrażenie niedosytu. Oprócz kilku naprawdę dobrych zespołów brakowało mi czegoś więcej... Z poza muzycznych spostrzeżeń dobrym pomysłem było powiększenie stoisk z jedzeniem. Naprawdę nie trzeba było czekać godzinę na karkówkę :-) czy inne specjały. Ogólne wrażenia wyceniam na 6.5 w skali do 10. Zobaczymy co będzie za rok.


Komentarzy: 2

Tamara
7 lipca 2010 (12:01)
gdyby mnie tam nie było
to bym nie uwierzyła w te relacje, że taka h...była w pierwszy dzień na wejściu na Opener. A wszyscy o tym piszą. Byłam, wystałam się 2 godziny i co z tego miałam? Gdyby byłam już blisko kas, nagle państwo organizatorzy rzucili hasło ”jednodniówki bez opasek, do bramy!!!” no pomyślałam, ok, mam karnet, ale jak już rzucili hasło, że z karnetami też, to ja już miałam opaskę! Nie powiem co mnie trafiło. Takiego braku organizacji w życiu nie widziałam. Na Roskilde zupełnie inaczej. 15 stanowisk może więcej, tłum większy, a i tak szło to 20 razy szybciej. Szkoda im trochę kasy na praktykantów, wolontariuszy czy jak. Kompletna klapa. O muzyce nie napiszę. Wszystko mi się podobało, nie znam się na dźwiękach, przyjechałam posłuchać i popatrzeć na ludzi.

Antek
7 lipca 2010 (20:48)
Tinariven, Tinariven
pobił wszystkich, dlatego, że był super zaskoczeniem in plus. Wejście w czwartek koszmar. Szkoda mi tych ochroniarzy, nigdy nie szanowałem ich, ale wówczas byli wystraszeni, i mówiąc szczerze grzeczni a nerwy pewnie i nimi targały. Pearl Jam klasa światowa, bez dwóch zdań zrobili to jak na gwiazdę przystało.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Iamamiwhoami – Kin

Wszystko zaczęło się od umieszczania tajemniczych klipów na kanale youtube skandynawskiego projektu o nazwie iamamiwhoami. Brak konkretnych informacji sprawił, iż na podstawie stylistyki...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".