400 lat Matteo Ricciego cz2 - czyli jak jezuita Żydów odnalazł
    Chiny152 · historie znane i nieznane28 · chrześcijaństwo31
2010-05-24
24 maja to w Kościele Katolickim dzień modłów za chrześcijan w Chinach.

Matteo Ricci, przybywszy do Chin, na początku zrobił błąd. Ujrzawszy mnichów buddyjskich, w ich skromnych strojach, z żebraczymi miseczkami i ogolonymi głowami, uznał że tak widać noszą się tu wszelcy duchowni. I uczynił podobnie: obciął włosy na zero, pozbawił się brody i przywdział ubogi strój. Szybko przekonał się, że był to pomysł całkowicie chybiony. Ów image okazał się być ekskluzywnie buddyjski – i zasadniczo w społeczeństwie nie ceniony (mnisi stali dość nisko w hierarchii, inna rzecz, że im to nie przeszkadzało). Historia kariery Ricciego w Chinach to doskonały przykład uczenia się na własnych błędach.

Foto: Michał Lubina

A misjonarz uczniem był pojętnym. Szybko zrozumiał, o co chodzi w Mingowskich Chinach. Pojął, że rządzi nimi klasa „mandarynów” (słowo to zresztą jest portugalskiej proweniencji), czyli krzyżówki szlachcica z cywilnym urzędnikiem. Był to sposób władania z dzisiejszej perspektywy dość nieprawdopodobny, oparty kulcie przeszłości i tradycji mającej wieść ku harmonii; niechęci do wszelkich zmian, a już szczególnie do postępu; pogardzie pracy fizycznej, wojny i czynnika materialnego. A także tysięcy innych aspektów, cech i przykładów charakteryzujących cywilizację opartą na konfucjanizmie.

Czytaj pierwszą część historii Matteo Ricciego

Najważniejszą ze wszystkich było to, że jedyna droga kariery prowadziła w tym kraju przez naukę i kulturę. By stać się mandarynem, trzeba było zdać państwowe egzaminy. Sprawdzały one dosłowną znajomość najważniejszych tekstów – przede wszystkim Pięcioksięgu Konfucjańskiego. W kontekście jezuity będzie to dość istotne, bo system edukacyjny w Chinach promował głównie wiedzę humanistyczną, odtwórczą (dziedzin praktycznych nie cenił) oparty zaś był na doskonałej pamięci. Parafrazując szkolne powiedzenie, chodziło o to, żeby: zakuć, zdać i …zapamiętać. Do końca życia.

Mandarynem mógł zostać każdy, bo opierało się to na konfucjańskim podziale społeczeństwa na ludzi kulturalnych („wen ren”) i prostaków („xiao ren”). Tych pierwszych poznajemy po odpowiednich manierach, po szerokiej wiedzy i obeznaniu w najważniejszych dziełach kultury, ale przede wszystkim: po odpowiednim zachowaniu. Bo to na wen renach spoczywa troska o społeczeństwo: oni mają nim kierować i pokazywać drogę prostaczkom, którzy bez ich wiedzy zginą i innych na zgubę wystawią. Wen renem może stać się każdy, kto zdobędzie odpowiednią wiedzę i nauczy się właściwie postępować. W sensie filozoficznym stanie się nim, gdy poczuje wstyd z powodu bycia prostakiem. W sensie praktycznym: gdy zda egzamin.

Jako, że bycie mandarynem nie było dziedziczne, to droga do awansu była otwarta. Oczywiście synowie szlacheccy mieli szanse większe – bo od dzieciństwa kuli na blat wszystko, co trzeba było. Co nie znaczyło to, że mieli automatycznie zdane: droga dla innych też była otwarta. A jak się już zostało mandarynem, to się rządziło, czy też raczej władało. Spędzało czas na słuchaniu muzyki, wypełnianiu rytuałów, układaniu wierszy i malowaniu obrazów, a przede wszystkim – na dyskusjach, jak byśmy to dziś nazwali, w odpowiednim towarzystwie. Przykład szedł z góry. Konfucjańską elitę starano się naśladować w zachowaniu i obyczajach. Powszechnie uważano, że jest to najlepszy, najodpowiedniejszy i najadekwatniejszy sposób, w jaki należy wieść swój żywot.

Matteo Ricci to wszystko pojął, choć nauka ta była żmudna i naznaczona ogromnymi wyrzeczeniami. Jednak nasz jezuita założył, że jeśli przyjmie ich zwyczaje, ich język, ich kulturę, słowem: stanie się takim jak oni wen renem, to zyska możliwość wpłynięcia na nich. Mówiąc wprost: chrystianizacji. A dzięki nim całego społeczeństwa. Nie pomylił się (chociaż ostateczny cel po dziś dzień nie został zrealizowany, to nie z jego winy).

No, ale jak tu się dostać do tak zamkniętego kręgu, będąc na dodatek obcokrajowcem (więc z definicji gorszym) i przybywając z Makau, które dla każdego szanującego się mandaryna było – w najlepszym przypadku – wylęgarnią szpiegów, awanturników i kupców wszelakich? Użyteczna maszyna do odmierzania czasu to było jednak trochę za mało, by zdobyć szacunek szanownego grona.

Ricci, poza częstymi dostawami zegarów, mógł zaproponować jednakże dwie inne umiejętności. Po pierwsze – praktyczne. A więc przedmioty ścisłe. Był świetnym matematykiem, znakomitym kartografem, a przede wszystkim – doskonałym astrologiem (jego nauczycielem był Clavius, twórca alfabetu gregoriańskiego). A to tego nauczył się płynnie po chińsku i znał na pamięć wszystkie najważniejsze traktaty konfucjańskie. Słowem: było o czym z nim gadać (i czego się od niego uczyć). To połączenie szacunku do chińskiej tradycji i praktycznych umiejętności Chińczykom nieznanych, otwierało mu kolejne zamknięte dotąd drzwi. Aż wreszcie doprowadziło go do Zakazanego Miasta w Pekinie.

Ale było coś jeszcze, znacznie ważniejsze... „Pałac Pamięci”. Czyli technika zapamiętywania zdarzeń, w Europie znana już w starożytności dzięki Simonidesowi, a polegająca na kojarzeniu zdarzeń i „układaniu” ich w umyśle, niczym mebli w domu. Dzięki doskonałemu jej opanowaniu Ricci był w stanie, raz przeczytawszy całą kartkę w znakach, powiedzieć ją z pamięci… w te i wewte. To musiało imponować mandarynom. Całe ich życie, ich kariera, ich jestestwo polegało na tym, by pamiętać jak najwięcej – i możliwie najwierniej. By być w stanie przytoczyć jak najwięcej słów, cytatów, komentarzy z klasyków. A co więcej – każdy z nich miał dzieci, a – przypomnijmy – urzędy nie były dziedziczne. Potomkowie najlepszych rodów też musieli zdać egzaminy. Zakuć i… zapamiętać. Na – nomen omen – amen. „Pałac Pamięci” zdawał się być dla nich stworzony.

Ricci swymi umiejętnościami zachwycał. To było coś więcej niż otwarcie drzwi do zamkniętego świata. To było prawie zdobycie go szturmem. Bo to mandaryni rządzili Chinami. Cesarz Wanli, chociaż władał prawie 50 lat, to sprawami państwa zbytnio się nie przejmował (od tego miał eunuchów). Miał ważniejsze rzeczy na głowie: przez większą część życia doglądał budowy własnego grobowca (zaczął w wieku 17 lat, ot co znaczy zapobiegliwość!). Tym niemniej Ricciemu audiencji udzielił, choć nie bezpośredniej (etykieta na to nie pozwalała). Sam też zresztą ujrzał misjonarza tylko dzięki specjalnie namalowanemu portretowi (i raczył był uczynić komentarz na temat imponującej – wg Chińczyka – wielkości jego nosa). No i – zgodnie z przewidywaniami – polubił zegary.

Przebywając na dworze cesarskim i wzbudzając ogólny podziw i szacunek swymi zdolnościami, Ricci osiągnął, jak na okoliczności, spory sukces. Udało mu się ochrzcić kilku znaczących dygnitarzy i dowódców. Za ich przykładem zgłaszało się do jezuity wielu innych. W tym także… Żydzi.

To musiało być dla jezuity doświadczenie piorunujące: w Chinach, na końcu świata, w tak zamkniętym kraju, spotkać Żyda! A pamiętać trzeba, że w XVI w. jezuici pisząc o Narodzie Wybranym stosowali zazwyczaj sympatyczne określenie „perfidia judaica”… Sam Ricci w Goa miał kontakt z misjonarzem, który miał wielkie nadzieje na ochrzczenie mogolskiego cesarza Akbara. Gdy oczekiwania jezuity okazały się iluzją, w liście do przełożonych pocieszał się następująco: „Przynajmniej nienawidzi on Żydów”. Zresztą przykład szedł właśnie z góry. Wszak to z Japonii św. Franciszek Ksawery pisał, zachwycając się nią: „O jaki piękny kraj! Nie ma w nim Maurów ani Żydów!”. A tu, w Chinach – masz ci los – są!

Pewnego dnia, dowiedziawszy się o istnieniu Ricciego, przybył doń mandaryn imieniem Aitian. Twierdził on, że wierzy w Jednego Boga i nie jest muzułmaninem. Ricci uznał więc, że musi być on chrześcijaninem. Z kolei Aitian usłyszawszy równie kategoryczne zapewnienia Ricciego, iż nie jest on mahometaninem, stwierdził, że w takim razie musi być on… Żydem. Ricci zaprowadził go więc do kościoła (który Aitian naturalnie uznał za synagogę) i uklęknął przed ikoną Maryi z Dzieciątkiem Jezus i św. Janem. Aitian uczynił to samo – gdyż uznał ten obraz za przedstawienie Jakuba, Rebeki i Ezawa. Powiedział co prawda, że jego rodacy nie klęczą, ale nie miał nic przeciwko temu rodzajowi oddawania Bogu szacunku. Spytał natomiast dlaczego malowidła 4 Ewangelistów nie ukazują pozostałych synów Jakuba…

Qui pro quo się w końcu wyjaśniło i okazało się, że Aitian jest jednym z członków społeczności żydowskiej w Kaifengu, w środkowych Chinach. Przybyła ona tam najprawdopodobniej w IX w. n.e. z Azji Centralnej i tam pozostała – nikomu nie znana, lecz wiarę przodków i Prawo zachowująca. Usławszy o Riccim i chrześcijaństwie, najstarszy rabbi wspólnoty napisał do jezuity list. Co prawda nie zgadzał się z nim, że Mesjasz już przyszedł, ale stwierdzał, że pozostałe różnice są „minimalne” i zaproponował mu zostanie głównym rabbim Kaifengu. Postawił jeden warunek: ma przestać jeść wieprzowinę.

Niedoszły rabbi Kaifengu, jezuita Matteo Ricci, chociaż z oferty nie skorzystał, to jednak – trzeba to podkreślić wyraźnie – wyróżniał się in plus na tle innych jezuitów epoki w stosunku do Żydów. Ze swoistą melancholią komentował on w swoich pismach fakt, że Żydzi wiarę przodków w Chinach ustrzegli, a równi im stażem w Państwie Środka nestorianie nie bardzo. Tym niemniej wysłał kilku uczniów by ich ochrzcić (dla ich dobra). Póki – jak pisał – nie z islamizują ich Saraceni (czyli muzułmanie; kolejne serdeczne, XVI wieczne, określenie).

Matteo Ricci pozostał w Pekinie z pasją oddając się ewangelizacji do końca życia. Śmierć przyszła przedwcześnie, można rzecz – z przepracowania. Jako, że był to rok egzaminów, bardzo wielu mandarynów zapraszało Ricciego na uczty. Wiedział, że dla dobra swej sprawy nie mógł odmawiać (przez takie spotkania nawracał, tudzież o nowe owieczki dbał), a jednocześnie w wieku 59 lat, zdrowie nie pozwalało na 5-6 imprez dziennie. W końcu, 8 maja, po powrocie do domu, wyczerpany, zapadł na gorączkę. Agonia trwała kilka dni i kończyła się wśród halucynacji. Ricci miał wizję, iż nawraca cesarza, staje się jego osobistym kapłanem i dzięki temu chrystianizuje całe Państwo Środka. Po dziś dzień marzenie tego największego jezuity w dziejach Chin nie zostało zrealizowane.

Więcej na temat polityki i historii Chin

Umarł 11 maja 1610 r. Zgodnie z miejscowym obyczajem jako obcokrajowiec nie mógł być pochowany w chińskiej ziemi, lecz w Makau. Jednak dla niego cesarz uczynił wyjątek. Matteo Ricciego złożono do grobu w… świątyni buddyjskiej, zamienionej potem na mauzoleum misjonarza i jego następców. Dziś teren jego grobowca zajmuje… szkoła partyjna. Ta historia dobrze ilustruje dzień teraźniejszy katolicyzmu w Chinach. Ale to już inna bajka (czy też raczej koszmar).

p.s.
Historia jest czasem szydercza. Dziś w Chinach zegarów dawać nie wolno – taki prezent to największe faux pas. Po chińsku „dać zegar” brzmi bowiem tak samo jak „odprowadzić na (ostatnią) drogę”.

Na podstawie Jonathan Spence, „The Memory Palace of Matteo Ricci”, Nowy Jork 1984 r.


Foto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał Lubina
Komentarzy: 1

kkk
25 maja 2010 (01:12)
Nie
"Spędzało czas na słuchaniu muzyki, wypełnianiu rytuałów, układaniu wierzy i malowaniu obrazów, a przede wszystkim – na dyskusjach, jak byśmy to dziś nazwali, w odpowiednim towarzystwie. "
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Ostatnia ofiara wojny Jom Kippur

W czerwcu 2007 r. arabskie media obiegła wiadomość o śmiertelnym wypadku pewnego egipskiego biznesmena. Aszraf Marwan, bo o nim mowa, w niewyjaśnionych okolicznościach wypadł z tarasu swojego...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".