400 lat Matteo Ricciego, czyli o początkach chrześcijaństwa w Chinach
    chrześcijaństwo31 · Chiny152 · historyczne ciekawostki40 · historia wydarzenia16
2010-05-10
Chrześcijaństwu do Chin drogę otworzył… zegar. Ten nieznany wcześniej w Państwie Środka mechanizm tak spodobał się cesarzowi, iż w zamian pozwolił on jezuitom na stałą działalność w Pekinie. Człowiek, który wpadł na pomysł ofiarowania zegara, był personą niezwykłą. 11 maja mija 400 rocznica jego śmierci. Nazywał się Matteo Ricci.

Do tej pory Chiny – poza epizodem nestoriańskim – chrześcijaństwa nie poznały. Nic dziwnego – były szczelnie odgrodzone od świata. Państwo Środka było wówczas całkowicie odcięte od wpływów zewnętrznych. Dosłownie i w przenośni: murem. Wielkim Murem. Żaden obcokrajowiec nie miał prawa postawić stopy na chińskiej ziemi. Jedynym wyjątkiem była mała portugalska enklawa, Makau . Dalej już nie wolno było iść. Wielu mimo to próbowało. Nikomu się nie udało. Nawet Apostołowi Dalekiego Wschodu, św. Franciszkowi Ksaweremu, który zmarł na malarię na małej wyspie Sanqian, widząc już chiński brzeg.

W tej historii można dopatrzeć się, jak kto woli: albo palca Bożego, albo przynajmniej symbolicznej klamry. Franciszek Ksawery był pierwszym, który dotarł tak daleko. Założył misje w wielu dalekowschodnich ziemiach: od Indii po Moluki i Japonię. Na Chinach poległ. Anno Domini 1552. Roku urodzenia Matteo Ricciego.

Franciszek Ksawery, foto:Michał Lubina

Nim Ricci dotrze do Chin, będzie musiał przebrnąć długą drogę. Tak edukacyjną – przez studia w renomowanym Kolegium Jezuickim w Rzymie, uzupełnione nauką w portugalskich posiadłościach w Indiach, a na końcu studiami nad językiem chińskim w Makau – po jak najbardziej dosłowną. W owym czasie rejs z Lizbony do Goa, odbywający się via Brazylia, Przylądek Dobrej Nadziei i Mozambik, trwał ponad pół roku w jedną stronę. Wypływało się z Portugalii w marcu i – jeśli Bóg pozwolił – docierało do Indii we wrześniu. Jak ktoś chciał zdążyć wrócić (że tak powiem) od razu, musiał wypłynąć z Goa koło Bożego Narodzenia. Dzięki monsunom mógł być w Lizbonie w tempie ekspresowym: już w maju następnego roku.

A Goa – siedziba wicekróla Portugalii i nieformalna stolica europejskiego Dalekiego Wschodu, to była dopiero połowa drogi. Trzeba było jeszcze – znów jeśli Bóg pozwolił – przepłynąć do Malakki, a stamtąd do Makau. Czyli: kolejne pół roku. W tamtych czasach średni list dochodził do adresata w ciągu kilku lat. Sam Ricci zakładał, że przeciętna korespondencja zajmować będzie 6-7 lat. Czasem – dłużej. Otrzymał on, w połowie lat 90 –tych XVI w. wiadomość, że jego rodzice zmarli. Po 10 latach okazało się, że wieści o ich śmierci były zdecydowanie przesadzone: mieli się doskonale. Uradowany misjonarz napisał do nich serdeczny list. Nim ten dotarł do Italii, już nie żyli. Podobnie jak sam Ricci.

Pierwszy kościół Ricciego, foto:Michał Lubina Pierwszy kościół Ricciego, foto:Michał Lubina

Droga do Chin kończyła się w Makau… zamkniętą bramą. Miasto było otoczone murami. Wewnątrz obcokrajowcy mieli prawo rezydować, handlować, funkcjonować. Ale tylko tam. Państwo Środka nie życzyło sobie widzieć obcych, z trudem tolerowało istnienie samej enklawy, o czymkolwiek więcej nie chciało słyszeć. Raz na rok portugalscy kupcy byli wpuszczani do Kantonu, lecz wraz z końcem sezonu żeglugowego po Rzece Perłowej – odsyłano ich do Makau. To było wszystko.

A jezuici chcieli przecież nawracać. Musieli się więc do Chin dostać. Sposób był jeden, można by rzec – uniwersalny: łapówka. Trzeba było przekupić mandarynów, by pozwolili się osiedlić. Wysłać im „podarki”. Nie było to proste. Chińscy urzędnicy byli przekonani, że wszyscy Europejczycy to wyłącznie banda kupców, którym chodzi tylko o zysk (względnie podbój, ale to na jedno wychodzi). A według Konfucjusza kupiec był najpodlejszym możliwym zawodem. W hierarchii społecznej Chin Mingowskich stał niżej niż żołnierz i prostytutka. Każdy szanujący się mandaryn kupcem pogardzał. A już szczególnie kupcem – obcokrajowcem.

Pierwszy kościół Ricciego, foto:Michał Lubina Pierwszy kościół Ricciego, foto:Michał Lubina

Do tego dochodził drugi problem. Dla Chińczyków Państwo Środka było wzorem doskonałości, a wszystko co poza nim – tylko mniejszym lub większym barbarzyństwem. Nic więc co obce, nie mogło zaimponować – no bo niby jak? A jednak w tym szowinizmie kulturowym była luka. Była nim ciekawość.

Jezuici próbowali więc wielu sposobów i wreszcie jeden z nich załapał: zegar. Mandaryni byli zachwyceni nową a nieznaną sobie zabawką. Od tego czasu zamówienia na zegary posypały się lawinowo, a wraz z nimi – pierwsza zgoda na osiedlenie się w Państwie Środka: w południowochińskim mieście Zhaoqing. Matteo Ricci znalazł się tam trochę przez przypadek: miał jechać inny misjonarz, ale akurat był w Japonii. Dołączył więc nijako rezerwowo do swojego rodaka, Michele Ruggieriego. To była chyba najlepsza zmiana w historii jezuickiej drużyny.

Początki jednakże były bardzo trudne. Poza nachalną ciekawością wyrażającą się m.in. dotykaniem ich palcami na ulicach niczym kosmitów, Chińczycy prezentowali wobec misjonarzy nieskrywaną niechęć. Nienawiść do wszystkiego, co obce przejawiała się w wielu aspektach. Od wyzywania per „zamorskie diabły”, przez conocny grad kamieni spadający na dach ich rezydencji, deptanie i burzenie ich ogrodów oraz dewastowanie kaplic, po fizyczne akty agresji (po jednym nocnym rajdzie na ich następną rezydencje w mieście Shaozhou, Ricci, uciekając przed napastnikami skręcił nogę i w rezultacie do końca życia kulał). Chociaż Państwem Środka rządziła klasa „oświeconych” mandarynów, to jednak 90% społeczeństwa nimi nie było. Powszechny prymitywizm po dzisiejszy dzień jest bardzo męczącą cechą życia w Chinach, a za czasów Ricciego musiał być nie do zniesienia.

Matteo Ricci, zdjęcie:Michał Lubina Matteo Ricci, zdjęcie:Michał Lubina

Do tego dochodziło nieustające oszukiwanie misjonarzy przy każdej sprzyjającej okoliczności. Za wynajem domu musieli płacić horrendalne kwoty – a i tak nie mieli wyboru, bo mało kto chciał w ogóle mieć obcokrajowcami do czynienia. Jezuici z charakterystyczną dla tego zakonu przedsiębiorczością, wynaleźli sposób: wybierali tylko budynki w powszechnej opinii nawiedzone. Takie, w których nikt inny nie chciał mieszkać. Za to misjonarzem diabły i demony nie były straszne. W porównaniu do tych znanych im z własnego podwórka– wydawały im się co najwyżej chochlikami. Ricci w jednym ze swoich pism określił chińskie wierzenia na temat świata podziemnego i piekła mianem „żartu”.

Nie do śmiechu było im jednak, gdy w Zhaoqingu zmienił się gubernator i kazał im się wynosić. W ramach rekompensaty za poniesione wydatki (budowę rezydencji, założenie szkoły), wielkopańskim gestem zwrócił im… 1/6 realnej sumy. Na szczęście w nieszczęściu Ricci cieszył się już wtedy poważaniem za swoją wiedzę i umiejętności i udało mu się wynegocjować nową siedzibę – w położonym bardziej na północ Shaozhou (Shaoguan). Życie w nieustannym stresie mocno się jednak na zdrowiu misjonarza odbijało. Jednym ze swoich pism ze smutkiem przyznawał, że bardzo wcześnie osiwiał – co bardzo intrygowało Chińczyków nieświadomych faktu, że to oni właśnie są przyczyną jego białych włosów.

Matteo Ricci, zdjęcie:Michał Lubina Matteo Ricci, zdjecie:Michał Lubina

Z Shaozhou Ricci będzie podejmował wyprawy na północ – do Nanchangu, Nankinu, aż wreszcie, dwukrotnie: do Pekinu. W porównaniu z nimi roczny rejs do Chin był niczym przyjemna przejażdżka. Dość powiedzieć, że Ricci o mało nie utonie w Jangcy (jak jego uczeń), nie zostanie uznany za japońskiego szpiega (akurat trwała wojna z Japonią, a dla Chińczyków wszyscy obcy to było jedno i to samo), nie zbankrutuje, a przede wszystkim: nie zostanie odprawiony z kwitkiem, jak za pierwszym razem w Pekinie. Wreszcie, złapawszy Pana Boga (czy też raczej: mandaryna) za nogi, uda mu się przedostać do stolicy. Wysoki urzędnik, którego Ricci nazywał w swych pismach Scielou, usłyszawszy o umiejętnościach jezuity, zaoferował mu, w zamian za nauczanie jego syna techniki pamięciowej, zabranie go do Pekinu. I chociaż rejs o mało nie zakończył się tragicznie: podwójnym wodowaniem, prawie, że konfiskatą majątku i utratą drogocennych podarków, w końcu się udało. Jezuita dotarł do Pekinu w 1601 r. Pozostanie tam do końca, osiągnąwszy wielką sławę i niemałe sukcesy. Umrze 11 maja 1610 r. Równo 400 lat temu.

Koniec części pierwszej.
Na podstawie:
Jonathan Spence, The Memory Palace of Matteo Ricci, Nowy York 1984
Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Ostatnia ofiara wojny Jom Kippur

W czerwcu 2007 r. arabskie media obiegła wiadomość o śmiertelnym wypadku pewnego egipskiego biznesmena. Aszraf Marwan, bo o nim mowa, w niewyjaśnionych okolicznościach wypadł z tarasu swojego...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".