63 dni - ciąg dalszy rozmowy z Tadeuszem Góralskim ps. „Góral”
    powstanie warszawskie22 · II wojna światowa82 · bohaterowie historii9
2011-04-24
Gdy wyjrzałem przez okno to jakieś 5-7 metrów ode mnie stał ten czołg. Chwyciłem więc te butelki, rzuciłem jedną, drugą, trzecią i nagle ten kolos, ta cholerna forteca daje całą wstecz.

Tadeusz Góralski ps. „Góral” - Foto: Bartłomiej Bartoszek

- Co Pan robił bezpośrednio przed wybuchem Powstania Warszawskiego?

- Pierwszy termin wybuchu Powstania był wyznaczony na 25 lipca i myśmy mieli już koncentrację. Akcję jednak odwołano, ale zostaliśmy w miejscu koncentracji czyli na rogu ulic Kopernika i Ordynackiej. Zbiórkę mieliśmy w mieszkaniu dowódcy mojego plutonu ppor. Seweryna Krzyżanowskiego pseudonim „Biskup” przy ul. Kopernika 18.
Natomiast 1 sierpnia kompania „Genowefa” liczyła 100 ludzi, ale uzbrojenie było nieznaczne. Dowódcą był por. „Marabut” (Mieczysław Ciopa). Mieliśmy nacierać na przedwojenną Wojskową Komendę Miasta vis a vis Hotelu Europejskiego. Grupa uderzeniowa liczyła 15 osób. Mieliśmy trzy pistolety maszynowe, dwie Błyskawice i jedną pepeszę. Reszta miała pistolety krótkie. Założyliśmy biało-czerwone opaski z nadrukowanymi orzełkami i literami WP oraz wypisanym ołówkiem numerem pododdziału 1122. Mam tę opaskę do dzisiaj.

- Jak wyglądał ten pierwszy dzień Powstania?

Legitymacja AK Tadeusza Góralskiego ps. „Góral” Legitymacja AK Tadeusza Góralskiego ps. „Góral”
- Natarcie było troszkę nieprzemyślane. By dostać się do komendantury musieliśmy przebiec przez Oboźną i Krakowskie Przedmieście, a na Krakowskim Przedmieściu była główna komenda policji gdzie siedzieli Niemcy. W lewo iść nie mogliśmy bo strzelali, w prawo były jakieś garaże i tam też strzelali. Dobiegliśmy do Oboźnej. Naprzeciwko nas był dom, z którego machali do nas powstańcy z oddziału por. „Bicza” (Marian Mokrzycki z Grupy Bojowej „Krybar”). Oni próbowali nacierać na Uniwersytet Warszawski i myśmy do nich dołączyli. To był parterowy dom i przez okno do niego wskoczyliśmy. Byli ze mną „Andy” (Andrzej Ziółkowski) i „Stachur” (Stanisław Mroczkowski). Pozycją wyjściową do natarcia była oficyna, która była prawie równolegle do ulicy Oboźnej. Wbiegliśmy do sieni. Po prawej jakiś żołnierz wyrąbywał siekierą drzwi do zamkniętego pomieszczenia. Gdy się z nimi uporał to zajęliśmy pierwsze pomieszczenie tego dwuizbowego w amfiladzie lokalu. „Andy” z pistoletem maszynowym zajął miejsce przy lewym oknie, a Stachur przy prawym. Ja klęczałem obok „Stachura”. Był z nami jeszcze strzelec „Jerzy”. Zgłosił się potem na ochotnika do przecięcia drutów kolczastych, wtedy zginął. Został przydzielony do naszego oddziału tuż przed wybuchem Powstania, nie znałem jego imienia, tylko numer ewidencyjny - 2818. Nikt z jego bliskich dlatego nigdy nie dowiedział się jak i kiedy zginął.

Wspomnienia Tadeusza Góralskiego ps. „Góral” część I - kampania wrześniowa

W tym domu zginął „Stachur”. Był przy oknie, nagle się poderwał i dostał w serce. Upadł na twarz, obróciłem go, ale już nie żył. Wziąłem więc jego hełm, chlebak z amunicją i pistolet maszynowy. Gdy dzisiaj wspominam te wydarzenia to widzę, że działałem machinalnie. Nie mogłem potem strzelać z tego samego miejsca co on. Wiedziałem, że gdzieś tam siedzi niemiecki strzelec, który „wstrzelał” się w to okno i tylko czekał, aż ktoś znowu się wychyli. Cofnąłem się więc bardziej w głąb i stamtąd zacząłem strzelać. W pewnym momencie zaczął się ostrzał z moździerza. Pociski trafiły w nasz budynek, a ten zaczął się palić więc musieliśmy go opuścić. W jakiś czas później nasi dowódcy zdecydowali, że trzeba opuścić zajmowany przez nas teren. Wycofywaliśmy się przez ulicę Oboźną w kierunku Karasia. Przeskakiwaliśmy ulicę w grupach. W pewnym momencie widzieliśmy, że biegnie powstaniec i nagle zniknął. Okazało się, że miał ze sobą „filipinki” czyli takie granaty przeznaczone do walk w mieście. Były tak skonstruowane, że w promieniu kilku metrów siały ogromne zniszczenie, ale kilkanaście metrów dalej już nie czyniły szkód. Ten powstaniec musiał zostać trafiony w taki granat, a wybuch rozerwał go na strzępy. Nie widziałem czy ktoś z mojego oddziału „oberwał”. Zatrzymałem się dopiero przy wejściu do Teatru Polskiego gdzie por. „Marabut” zbierał swój oddział. Na jego rozkaz ruszyliśmy w dół Kopernika.

Tadeusz Góralski ps. „Góral” na stanowisku bojowym Tadeusz Góralski ps. „Góral” na stanowisku bojowym
Miałem wtedy zabawny epizod. Biegliśmy ulicą Kopernika w kierunku Tamki. Hełm telepał mi się na głowie, w jednej ręce miałem pistolet maszynowy, a w drugiej magazynek. Mijaliśmy po drodze grupki ludzi, których zaskoczył wybuch Powstania. Nagle ktoś w bramie z prawej strony krzyczy moje nazwisko. To był kolega z gimnazjum, ostatni raz go wtedy widziałem. Strasznie mnie to zdenerwowało, że wyjawił moje nazwisko bo ja byłem przyzwyczajony do konspiracji. Tymczasem trwało już Powstanie i nie miało to znaczenia. Okupacja przyzwyczaiła człowieka do tego, że trzeba się ukrywać, a tu nagle ktoś woła mnie po nazwisku.

Zatrzymaliśmy się dopiero przy ścianie fortecznej na Tamce. Weszliśmy do jakiegoś warsztatu mechanicznego w podwórzu. Pierwsze co wtedy zrobiłem to dopasowałem w końcu pasek od hełmu. Trochę tam odpoczęliśmy. Po zapadnięciu zmroku ruszyliśmy w dół Tamki, następnie w prawo Okólnikiem przez ogrody sióstr zakonnych sąsiadujące z ulicą Szczyglą. Świt zastał nas w szpitalu mieszczącym się między ulicami Foksal i Smolną. Byliśmy pierwszymi Powstańcami, których zobaczyli ludzie w szpitalu. Następnie zajęliśmy pałacyk Zamoyskich. Po południu dołączyło do nas kilkudziesięciu kolegów z plutonów, które pozostały dotąd w swoich miejscach koncentracji na Powiślu. Nawiązaliśmy również łączność z kompanią „Grażyna”, która stacjonowała w pobliżu Placu Napoleona (dzisiaj Plac Powstańców Warszawy), a do której dołączyliśmy.

Późnym popołudniem dotarliśmy do Nowego Światu na wprost Chmielnej. Nie było tam jeszcze barykady. Gdy byliśmy na Chmielnej to Nowym Światem nadjechały dwa niemieckie wozy pancerne. Nie pamiętam czy ktoś wtedy zginął. Idąc dalej Chmielną zauważyliśmy polskie flagi wiszące na bramach i liczne posterunki. Po zdobyciu przez AK Poczty Głównej obszar zamknięty ulicami Nowy Świat - Aleje Jerozolimskie – Kredytowa – Traugutta, był w naszych rękach. Niemcy kontrolowali jeszcze Komendę Policji i kościół Św. Krzyża. Nas skierowano na ul. Czackiego. Ja znalazłem się na stanowisku w suterenie oficyny jednego z domów po wschodniej stronie Czackiego. Niewielkie okno wychodziło na teren zajmowanej przez Niemców Komendy Policji.

- Jak Pan i Pana towarzysze zareagowaliście na rozkaz rozpoczęcia walk?

- To było tak jakby mnie ktoś teraz zawołał na obiad. Wszyscy tego wyczekiwali. Proszę sobie wyobrazić: pięć lat okupacji, pięć lat łapanek, wywózek i zabijania. Była potrzeba odwetu. Ludzie uważali, że to jest coś co musi nastąpić. Jednak już na drugi dzień zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak. Nasz oddział był izolowany, byliśmy wtedy na Foksal. Niepowodzenie naszego natarcia sprawiło, że pojawiło się uczucie niepewności.

- Pana kompania brała udział w walkach o kościół Św. Krzyża.

Pogrzeb Marabuta Pogrzeb Marabuta
- Tak, to były ciężkie boje. Cała kompania poszła do natarcia. Ja dostałem zadanie ochrony skrzydła od strony ul. Traugutta. Nagle nadjechał czołg razem z żołnierzami z oddziału Dirlewangera. Szli jak szarańcza. Na moją pozycję nacierały dwa czołgi. Ja miałem stanowisko na pierwszym piętrze. W pewnym momencie doszło do takiej sytuacji, że gdy wyjrzałem przez okno to czołg był pode mną. To było na swój sposób piękne przeżycie. Pod oknem miałem rozstawione butelki z benzyną. Były ich trzy rodzaje: jedne były takie, że najpierw trzeba było zapalić knota, ale to była tylko strata czasu. Drugie były oblepione chloranem potasu i gdy się rozbiły to od razu zaczynało się palić. Były też normalne benzynówki. Gdy wyjrzałem przez okno to jakieś 5-7 metrów ode mnie stał ten czołg. Chwyciłem więc te butelki, rzuciłem jedną, drugą, trzecią i nagle ten kolos, ta cholerna forteca daje całą wstecz. On się zaczął palić, a załoga uciekła. A wydawało się, że nic mu nie można zrobić.

- Walki o kościół były krwawe.

- W czasie tych walk zginął „Andy”. To był przemiły chłopak. Był porywczy i pełen optymizmu, zawsze tryskał energią.

- Kiedy poległ Pański dowódca, por. „Marabut”?

- To było piątego sierpnia. Niemcy nacierali ul. Świętokrzyską od strony Nowego Światu. Atakowali z czołgiem używając cywili jako żywych tarcz. Często tak robili. Porucznik „Marabut” dostał prosto w serce. Jego następcą został ppor. „Marcin” (Bolesław Kostecki). Nowy dowódca skierował mnie do budynku Komunalnej Kasy Oszczędności na rogu Traugutta i Czackiego w ramach wzmocnienia tego odcinka. Natomiast między ósmym a dziesiątym sierpnia nastąpił ostateczny podział na plutony. Ja zostałem dowódcą pierwszego, pchor. „Andy” drugiego, a trzecim dowodził pchor. „Trzaska”. Moim zastępcą został pchor. „Żurawiel”.

- Pokazał mi Pan gazetę powstańczą, w której wspomniane są Pana „wyczyny” na ul. Grzybowskiej.

- To było na terenie zakładów mleczarskich „Agril”, między ulicą Grzybowską a Łucką. Nasz oddział przejął wtedy odcinek obsadzany do tej pory przez oddział ppor. „Rysia” ze zgrupowania kpt. „Hala”. Próbowaliśmy wtedy „zapolować” na niemiecką pancerkę. Byłem razem z „Duninem”. Na terenie tych zakładów był plac. Przylegał do niego piętrowy budynek, który nie miał już dachu. Weszliśmy na pierwsze piętro chcąc zaatakować pancerkę butelkami z benzyną. Było z nami jeszcze dwóch Powstańców. Nagle w budynek zaczęły uderzać pociski z granatnika. Nim zbiegliśmy na parter tych dwóch zostało rannych. Przenieśliśmy więc ich razem z „Duninem” na pozycje kompanii. Następnego dnia razem z „Duninem” i jeszcze jednym chłopakiem znaleźliśmy się w tym budynku ponownie. Tym razem postanowiliśmy poczekać, aż ostrzał się skończy i dopiero po nim wbiec na piętro. Wtedy dowiedziałem się, że „Dunin” studiuje anglistykę na Tajnym Uniwersytecie Warszawskim.

Gdy Niemcy wstrzymali ostrzał natychmiast zerwaliśmy się by zająć pozycje. Pancerka ruszyła gdy jeszcze trwał ostrzał. Wbiegliśmy na górę w momencie gdy ona dojeżdżała szybko do okna na wprost schodów, które było ostatnim miejscem, z którego można było zaatakować. Wszyscy rzuciliśmy się właśnie tam. „Dunin” wskoczył na parapet okna, chwycił się jedną ręką części górnej futryny i trafił butelką w przód pojazdu, moja trafiła go w tył. Ten trzeci chłopak nie miał już wyjścia i swój granat rzucił z głębi pomieszczenia. Wszystko działo się bardzo szybko W pamięci utkwił mi widok oddalającego się w kłębach dymu samochodu pancernego. Wkrótce usłyszeliśmy okrzyk naszych: „Hurra!”. Niemcy natychmiast odpowiedzieli ogniem. Pobiegliśmy do stanowisk kompanii gdzie zobaczyliśmy dowódcę ppor. „Marcina”. Był bez czapki, w rozpiętej bluzie, z namydloną twarzą – właśnie się golił i wybiegł by dowiedzieć się skąd te krzyki.

Gdy wróciliśmy to „Dunin” zaczął narzekać, że boli go głowa i nie wie skąd ma na niej guza. Okazało się, że granat, który rzucił ten trzeci chłopak odbił się „Duninowi” od głowy. Chyba dwa dni później „Dunin” podszedł do mnie z gazetką powstańczą i powiedział: „Weszliśmy do historii Powstania panie podchorąży. Wątpię tylko czy ktokolwiek poza bliskimi będzie znał nasze nazwiska”. Miał rację. Ja sam dopiero po latach poznałem jego nazwisko – Wojciech Markiewicz.

- Jak wyglądało życie Powstańca?

- Wiadomo, że musiałem jeść. Nie pamiętam jednak takiego momentu, że ja jadłem. Pamiętam, że podawano kaszę, którą nazywano „kasza pluja” bo była z takich nieobranych ziaren i te łupiny trzeba było wypluwać. W pierwszych dniach Powstania opanowano niemieckie magazyny i stamtąd były mundury i żywność.
Pamiętam jak byliśmy na ulicy Grzybowskiej między 16 a 21 sierpnia, to było już po zdobyciu przez powstańców browaru Haberbuscha. Było wczesne upalne popołudnie, wszystkim chciało się pić. Posłaliśmy więc dwóch chłopców po wodę. Wrócili z pełnymi manierkami wyraźnie z siebie zadowoleni. Podali mi kubek z musującym płynem. Myślałem, że to oranżada więc opróżniłem zawartość duszkiem. Okazało się, że pierwszy raz w życiu zaspokoiłem pragnienie oryginalnym francuskim szampanem z magazynów browaru.

Gdy byłem już ranny to miałem historię z boczkiem. Leżałem w szpitaliku w piwnicy. Było nas tam dwóch. Ten drugi był ranny w ręce, a ja w nogi. Leżałem w mundurze z hełmem pod głową. Tam byli też lokatorzy tego domu. Oni mieli wędzony boczek. Jak go kroili to kiszki nam szalały. Zacząłem z tym drugim rannym rozważać co by to było gdyby w ten budynek trafiła bomba. Oni by ten boczek zostawili bo by się ratowali. Zaczęliśmy się zastanawiać czy z etycznego punktu widzenia byłoby usprawiedliwione gdybyśmy w takiej sytuacji ten boczek zabrali. Człowiek gdy rozmawiał o jedzeniu to czuł się jakby mniej głodny.

Niemiecki samoloty gdy pikowały do zrzucenia bomb to włączały syreny by psychicznie złamać ludzi. Ja byłem już do tego przyzwyczajony i umiałem sobie z tym radzić. Gdy byłem w tej piwnicy i słychać było pikujące samoloty to inni ludzie podnosili niesamowity krzyk co wykańczało człowieka nerwowo. Jak była chwila przerwy to przeprowadziłem krótki instruktaż: „Proszę Państwa, ja się już na tym znam, niepotrzebnie się denerwujecie. Kiedy samolot pikuje i ma zrzucić bomby to gdyby w nas trafił to słychać by było plaśnięcie”. To były bomby z opóźnionym zapłonem. Na drugi czy trzeci dzień usłyszeliśmy trzy takie plaśnięcia. Bomby chyba trafiły w klatkę schodową. Gdy wstałem do zahaczałem głową o sufit bo ten się obniżył pod ciężarem gruzu. Wyjść mogliśmy tylko przez małą dziurę w kupie gruzu. Gdy wychodziliśmy po ciemku z tej piwnicy to ja złapałem pergamin, którym był owinięty boczek.

Mnie wyciągnęli jako ostatniego. Przede mną wyciągali jakąś kobietę obfitych kształtów, nie mogli sobie z nią poradzić. Ponieważ byłem pod wpływem gazów z wybuchających bomb to po zetknięciu ze świeżym powietrzem zemdlałem. Jakaś sanitariuszka mnie ocuciła wodą. Ja natychmiast przypomniałem sobie o boczku, rozwijam ten papier, patrzę, a tam same skórki od boczku. W pierwszym odruchu chciałem wrócić do tej piwnicy po boczek i musieli mnie powstrzymywać. Takie rzeczy utkwiły mi w głowie gdyż wtedy miały dla mnie znaczenie.

- Kiedy został Pan ranny?

- Zostałem ranny drugiego września od wybuchu granatu. Brałem udział w nocnym natarciu. Widziałem kątem oka ten granat, upadł po mojej lewej stronie. Oberwałem pięcioma odłamkami. Miałem trzy przeloty i dwa wsady. Te dwa wsady mam do dzisiaj. Zostałem ranny na Traugutta w natarciu na Pałac Raszyńskich. Ranny leżałem już do końca Powstania.

- Jak była sytuacja w powstańczym szpitalu?

- Mnie najpierw zanieśli do szpitaliku na Czackiego. Tam obok leżał Niemiec, którego „Andy” przyniósł. Ten Niemiec przeżył „Andyego”. Przynieśli mnie tam trzeciego września rano. Następnego dnia kazałem się przenieść z powrotem do kompanii. Na frontowych pozycjach było ryzyko ostrzału, ale samoloty nie mogły bombardować bo było za blisko stanowisk niemieckich. W szpitalu słychać było jęki rannych, ciągłe naloty, a na pierwszej linii przynajmniej samoloty nie dawały w kość.

- Czy w czasie Powstania miał Pan styczność z Niemcami?

- Miałem styczność tylko z tym rannym Niemcem, którego przyniósł „Andy”. On już miał taką szlachetną naturę. Tego dnia kiedy „Andy” go przyniósł, zginął nasz dowódca por. „Marabut”. To było w czasie walk o kościół Św. Krzyża. Być może to ten Niemiec go trafił. Tymczasem „Andy” narażając własne życie ruszył z noszami i pod ostrzałem przyniósł tego rannego Niemca. Wiedzieliśmy już wtedy, że Niemcy rozstrzeliwują wziętych do niewoli Powstańców i naszych rannych, a także mordują ludność cywilną.

- Ranny Niemiec w polskim szpitalu nie budził gniewu innych Powstańców?

- Ze strony ludności cywilnej była mściwość, z nasze strony jej nie było. W pierwszych dniach Powstania byłem świadkiem jak cywile złapali człowieka, którego podejrzewali, że jest volksdeutschem. Prawie go zlinczowali. Ze strony żołnierzy Powstania nie było mściwości wobec niemieckich żołnierzy. Może gdyby w nasze ręce wpadł esesman to byłoby inaczej.

- Czy Powstańcy wiedzieli, że po drugiej stronie Wisły bezczynnie stoją sowieci?

- Tak, wiedzieliśmy. Pamiętam też, że krążył taki wierszyk „Czekamy ciebie czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci”. Czekaliśmy ich przyjścia. Moim zdaniem to skandal, że dowództwo wierzyło, iż Stalin, który tylu swoich ludzi wymordował, nagle pomoże Powstaniu. Te desanty Berlinga były samodzielną akcją. Po wojnie w wojsku miałem znajomego, który był wtedy w polskich oddziałach na Pradze. Powiedział mi, że podczas przeprawy ostrzeliwały ich sowieckie działa spod Modlina. Stalin chciał byśmy się wykrwawili. Dowództwo powinno sobie zdawać z tego sprawę. Przecież wiadomo było co działo się w Wilnie. Jak nasi dowódcy wiedząc co zrobili Rosjanie w Wilnie, mogli liczyć, że nie zrobią tego samego w Warszawie? Powstanie wybuchło z powodów politycznych, chciano przywitać sowietów jako gospodarze.

- Jak ludzie zareagowali na wieść o kapitulacji miasta?

- Ogarnęła nas rezygnacja. Pierwszego października było zawieszenie broni. Mieszkałem na ul. Kopernika, po wschodniej stronie, a byłem wtedy po stronie zachodniej. Nie wiedziałem co się stało z moją matką. Od sierpnia nie miałem z nią kontaktu. Plac Napoleona był w naszych rękach, a ul. Warecka w rękach niemieckich. Dotarłem o kulach do dowódcy placówki i zapytałem się go czy mógłbym się dowiedzieć jaka jest sytuacja na Kopernika. On odpowiedział, że nie ma sprawy. Kazał mi schować pistolet i wyszedł ze mną w kierunku niemieckich stanowisk. Poszedł z nami też chłopaczek z opaską powstańczą na ręku. Na oko miał z 12 lat.

Idziemy powoli. Nagle z drugiej strony wyszło dwóch Niemców – tacy ogorzali na twarzy, rozpięte mundury, bielutkie podkoszulki. Podeszliśmy do siebie. Przez chwilę nikt się nie odzywał. W końcu jeden Niemiec postanowił jakoś zagaić i lekko trzepnął tego chłopaczka w tył głowy mówiąc: „Ha, du bist kleine bandit”, a ten chłopaczek na to: „Du bist grosse bandit”. Nie wiedziałem czy się śmiać czy uciekać. Zaczęliśmy jednak rozmowę. Zapytałem ich czy tam jest jeszcze ludność cywilna. Oni mówią, że nie ma. Potem jeden z nich pyta nas: „No to co? Pójdziecie teraz z nami na Ruskich?”. Taka była gadka.

- Co Pan czuł widząc miasto leżące w gruzach, które trzeba opuścić?

- Ja już tyle widziałem, że nie robiło to na mnie specjalnego wrażenia. Mój batalion „Gustaw” nie był tak elitarny jak „Zośka” czy „Parasol”. Ponieśliśmy ciężkie straty. Zginął dowódca kompanii. Były w niej trzy plutony. Z sześciu kolejnych ich dowódców trzech zginęło, a dwóch zostało rannych, w tym ja.

Poznałem też sympatycznego 16-letniego chłopaka. Koledzy wołali na niego „Micha”, a on przyjął to jako swój pseudonim. Miał wilczy apetyt i niesamowitą zdolność „organizowania” jedzenia. Kiedyś wspomniał mi, że jego ojciec był instruktorem w warsztatach mechanicznych Politechniki. Zainteresowało mnie to gdyż w latach 1940-1942 kończyłem tam wydział teletechniczny i zaliczyłem także warsztaty mechaniczne. Okazało się, że „Micha” jest synem znanego mi pana Szepietowskiego i młodszym bratem mojego kolegi z konspiracji pchor. „Rocha”, który zginął w 1943 roku. Podałem mu więc swoje nazwisko aby przy okazji przekazał ojcu pozdrowienia od byłego ucznia. Kilka dni później powiedział mi, że ojciec mnie pamięta i cieszy się, że syn jest w moim oddziale. Pod koniec drugiej dekady sierpnia, gdy walczyliśmy na Grzybowskiej, „Micha” (Tadeusz Szepietowski) powiedział mi, że jego ojciec został postrzelony, jest w ciężkim stanie i chciałby mnie zobaczyć. Gdy nasza kompania wracała w rejon ul. Czackiego to poszedłem odwiedzić jego ojca. Nie mógł już mówić i oddychał z trudem. Złapałem go za rękę. Popatrzył na syna, potem na mnie, a w jego oczach pojawiły się łzy. Domyślając się co chce mi powiedzieć obiecałem mu, że zaopiekuję się jego synem i by się o niego nie martwił. Byłem świadom, że w czasie Powstania to nierealna obietnica. Ale czy mogłem inaczej pocieszyć umierającego? Zmarł kilka dni później. „Micha” zginął 19 września. Tym samym żaden mężczyzna z tej rodziny nie przeżył wojny. Po takich przeżyciach człowiek nie zwracał uwagi na sprawy materialne.

- Jak Niemcy traktowali Powstańców idących do niewoli?

- W momencie kapitulacji z tego co widziałem to Niemcy zachowywali się bez zarzutu. Później jednak to różne rzeczy się działy. Moich dowódców po ewakuacji oflagu, w którym byli wywieziono do obozu koncentracyjnego. Jak nas wywieźli z Warszawy to nasz transport zatrzymał się w Łodzi. Jechaliśmy wagonami towarowymi z trzypiętrowymi pryczami dla rannych. W Łodzi miejscowa ludność przyszła do nas z paczkami żywnościowymi. Potem Niemcy odgrodzili nas od nich kordonem, ale paczki i tak się do nas przedostawały.



W Łodzi nagle kazano nam się wyładować i przewieziono nas do obozu koncentracyjnego. Do dziś nie wiem co to było. SS chyba chciało nas załatwić, a Wehrmacht uważał, że należy nas dowieźć do obozów jenieckich. Potem znów załadowano nas do pociągu i pojechaliśmy dalej.

____________________________________________

Tadeusz Góralski urodził się 24 lutego 1922 roku w Warszawie. Obecnie mieszka w Krakowie. Walczył w czasie kampanii wrześniowej w Stołecznym Batalionie Przysposobienia Wojskowego, który pod koniec walk w 1939 roku wszedł w skład Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” i wziął udział w bitwie pod Kockiem. Działał w Narodowej Organizacji Wojskowej, a następnie w Armii Krajowej. W konspiracji posiadał numer 1490, z potem również pseudonimem „Góral”. W latach 1943-1944 był w komórce kontrwywiadu wojskowego okręgu warszawskiego AK. W czasie Powstania Warszawskiego walczył w kompanii „Genowefa” batalionów „Gustaw” i „Harnaś” gdzie został następnie dowódcą I plutonu. Walczył na terenie Śródmieścia Północnego. Służył w stopniu podchorążego, podporucznika czasu wojny. W dniu 8 sierpnia 2011 r. po ciężkiej chorobie odszedł na wieczną wartę.



Jeńcy niemieccy z rejonu Śródmieścia PółnocnegoNiemcy wzięci do niewoli po zdobyciu Poczty Głównej„Góral” na stanowisku bojowymTadeusz „Góral” Góralski (pierwszy z prawej) na pozycjach na ul. CzackiegoTadeusz „Góral” Góralski (oparty o mur) na pozycjach na ul. CzackiegoPogrzeb por. „Marabuta”Pogrzeb por. „Marabuta”Pogrzeb por. „Marabuta”Łączniczka kompaniiGazeta z Powstania WarszawskiegoLegitymacja AKTadeusz „Góral” Góralski, czasy PRL-u
Komentarzy: 12

Łukasz
25 kwietnia 2011 (13:41)
Takie wywiady
aż chce się czytać. Ocena 6 jak najbardziej zasłużona.

Grzegorz Wasiluk
25 kwietnia 2011 (18:49)
A ja stawiam 5
W NKWD i Smierszu, które rozprawiały się z AK-owcami płci obojga, Rosjan było niewielu, a na stanowiskach decyzyjnych wręcz bardzo niewielu. Bohaterowi wojennemu brak wiedzy, pamięci czy odwagi cywilnej, aby to jakoś zaznaczyć? A może uznał że wszyscy mówiący po rosyjsku to Rosjanie? To trochę tak jak w 1920. Miłość i wojna. Widać nacierających, barbarzyńskich Kozaków, ale ani słowa np. o armii Wrangla, w której w tym samym czasie inni Kozacy walczyli z bolszewikami równie ofiarnie jak "białopolacy". Tak trudno było wpleść tam wątek np. polskich lotników sa samolotach tejże armii Wrangla, rosyjskiego korpusu towarzyszącego Wojsku Polskiemu na południowym odcinku frontu polsko-bolszewickiego, dużej partyzantki białoruskiej na tyłach głównego tdw bijącej Sowietów?

PawełB
25 kwietnia 2011 (21:59)
@Wasiluk, bohater zamiennie
używa Rosjanie i Sowieci i co z tego? Sowieci jest chyba określeniem jasnym dla Ciebie? A opisując sytuację w Wilnie, zapewne przedstawia ją tylko i wyłącznie zasłyszaną, bo nie mógł tego widzieć. Proszę podaj źródła dokumentów, które wskazują, że w NKWD i Smierszu, było mało Rosjan. Na jakiej podstawie tak sądzisz? Czy mitologizujesz? Kompletnie strzelasz obok wywiadu.

Grzegorz Wasiluk
26 kwietnia 2011 (08:05)
Chętnie służę
http://www.ynetnews.com/articles/0,7340,L-3342999,00.html + dalsze ponad sto tysięcy podobnych artykułów na różnym poziomie w języku ang. (hasła NKVD - Jews). To artykuł spod izraelskiej klawiatury, więc proszę nie posądzać autora o żydożerstwo. Chcąc rozwiać wszelkie wątpliwości; nie utożsamiam pojęcia potomek Abrahama i Sary z pojęciem bolszewik, kat Stalina itd., podobnie jak nie jestem zwolennikiem równania Niemiec - hitlerowiec. Raz że w NKWD i Smierszu znaczną rolę odgrywały również inne narody Rosji (z kaukaskimi na czele), a dwa należy pamiętać, że ci oprawcy żydowskiego pochodzenia byli odszczepieńcami w każdym calu, prześladującymi bez litości również swoich pobratymców. Na tym tle jednakowoż nie podoba mi się wystawianie w różnej postaci jednym ofiarom rachunku za kata przez drugie ofiary. Ofiary podboju Rosji, a potem innych krajów przez międzynarodowych awanturników - zawodowych rewolucjonistów. Rosja w latach 1917-53 to był kraj jednoznacznie okupowany (całkowity zanik praworządności; dowolne decydowanie o życiu i śmierci ludzi pozbawionych praw przez rządzącą kastę) podobnie jak Polska w latach 1939-56. Używając zamiennie pojęć: Sowieci i Rosjanie popełnia się podobny wielki błąd jak posługując się pojęciem "polskie obozy koncentracyjne". Jeśli będzie jeszcze część trzecia tego wywiadu, to ciekaw jestem, czy wielce szanowny bohater zdawał sobie sprawę z tego, kto go okrutnie prześladował/dyrygował prześladowaniem względnie przed kim musiał się ukrywać drżąc o życie podczas gdy zasługiwał na odznaczenia i szacunek. Chodzi o coś ważnego dla dziejów naszego kraju i dla świadomości historycznej naszej części Europy, acz rzecz jasna nie tylko. Coś czemu powinno się stawić czoła w duchu przebaczenia oraz pojednania, ale i prawdy. W pierwszej części (czytajmy uważnie) pan Góralski zahaczył jednak o temat.

PawełB
26 kwietnia 2011 (20:55)
i ponad sto tysięcy głupot i treści bez podania źródeł
źródła Wasiluk, bo to nie są źródła. Poza tym 38,5% narodowości żydowskiej, nie oznacza, że nie służyli tam Rosjanie w dużej mierze. Nawet jak szefem całego Smiersza przez dłuższy czas byl Abakumow raczej nie Rosjanin a chyba Ormianin. A tak poza tym to co to kogo obchodzi, kto i jakiej narodowości służył i gdzie. Jeden kraj RAD, jedna odpowiedzialność. Dzisiaj to Moskwa bierze odpowiedzialność za ZSRR i zbrodnie w tym czasie, a nie jakiś pipidówa na stepach kaukaskich czy azjatyckich. Nie ma to znaczenia. Sowieci i to jest prawidłowo określenie robili to co robili, nic i nikt tego nie zmieni, nawet propagandowe audycje w Russia Today

Tadeusz
26 kwietnia 2011 (20:58)
Marabut
Kapitalny dowódca, spora odwaga, żyć nie umierać z takim szefem.

Bożydar
26 kwietnia 2011 (23:30)
full szczęścia z tym granatem
3 rany większe i 2 mniejsze, kurde, naprawdę jak szóstka w totka

Grzegorz Wasiluk
2 maja 2011 (12:25)
Jak to nie ma znaczenia kto, gdzie i kiedy służył?
W takim razie nie ma znaczenia np. to, że pierwszy i ostatni samolot bojowy Trzeciej Rzeszy został strącony przez polskiego pilota, to że Monte Cassino zdobyli nasi (a nie jakaś tam VIII Armia Brytyjska) itd. itp. A przecież to ma znaczenie! Bo rzeczą ludzką jest dążyć do sprawiedliwości i prawdy, bo prawem każdego narodu jest docenić tych spośród niego, którzy walczyli o słuszną sprawę. To właśnie dzieje się w ostatnich latach w Rosji i każdy kraj ma do tego prawo. My sprowadziliśmy do ojczyzny doczesne szczątki naszego Władysława Sikorskiego, oni swojego Antona Denikina. Stałe, programowe wręcz pomijanie tych spraw, powtarzanie w wielu różnych formach, dawanie do zrozumienia, że Rosja równa się bolszewizm/komunizm... Dla mnie to ideologia zamknięta - zamknięta na fakty (PiS, ale niestety nie tylko). Be!

Katafalk
3 maja 2011 (18:58)
@Wasiluk,
używanie form rosyjski jest jak najbardziej na miejscu....z tymi Rosjanami wpadka gościa wywiadu i co z tego? Tak mocno sie oburzasz, że to nie Rosjanie mordowali Polaków z AK, tylko 50% Rosjan i 50% innych nacji ZSRR? Śmiechu warte i wygłupiasz się. No cóż jeżeli jedni są obrońcami typu PiS no to takie istoty (? może to duże słowo) są obrońcami czci Śmiersza i NKWD...papa

Grzegorz Wasiluk
3 maja 2011 (22:50)
Proszę ja przedmówcy...
... wskazać, w którym miejscu w jakikolwiek sposób bronię NKWD czy Smiersza? Były to instytucje zbrodnicze, godne najwyższego potępienia za nieludzkie zbrodnie na narodach Rosji i wielu innych narodach. Proszę wskazać albo wycofać się z gołosłownego zarzutu. Ich funkcjonariusze nie byli jednak wyłącznie, ani nawet przeważnie narodowości rosyjskiej! Tak jest prawda potwierdzona w tylu rozmaitych źródłach, w tym publikowanych od 1990 w języku polskim, że aż szkoda czasu na ich wymienianie. Wystarczy sięgnąć po wspomnienia byłych więźniów obozów stalinowskich. Formacje te składały się głównie z ludzi pochodzenia niesłowiańskiego, w tym niemal bez wyjątków na stanowiskach dowódczych. Ludzie ci okrutnie prześladowali również swoich pobratymców. Mi osobiście łzy w oczach stanęły przy opisie wyrzutów konającego żydowskiego szewca ood adresem swego ziomka - komendanta obozu, zesłanego do gułagu tylko za to, że zatrudniał kilku czeladników. Uznać to można najszybciej właśnie z punktu widzenia głęboko przemyślanego antykomunizmu. Nie powtarzajmy zatem komunistycznego bełkotu o czerwonej rewolucji ludu rosyjskiego itp., będącego co najwyżej ćwierć prawdą.

Katafalk
3 maja 2011 (23:32)
@Wasiluk, tutaj nie trzeba nic tłumaczyć
jeżeli piszesz, że jak ktoś twierdzi, że rosyjski, Rosjanie, (określenia na Sowietów, ludzi z ZSRR (choć pewności nie mamy, czy w tej jednostce, która zabijała AK-owców wymienionych w wywiadzie, nie było Rosjan (w większości, mniejszości a może w 100%) to pewnie jest z PiS-u tak jak piszę, że pewnie jesteś obrońcą czci i godności Śmiersza i NKWD. Niestety Denikin jest tak samo ICH jak i NASZ (w sumie to dzięki NAM żyje).

shape_shifter
8 maja 2011 (16:11)
@ Grzegorz Wasiluk
Witam Rozumiem pańskie uwagi ale uznaję że w tym konkretnym przypadku są raczej zbędne. Sam wywiad jest świetny, po prostu. Wyrazy największego szacunku dla "Górala" - nie umiem niestety lepiej oddać tego co czuję. Wyciąganie drobnego fragmentu wypowiedzi i rozciąganie go granic możliwości po to by przejść na zupełnie inny temat to już pogranicze "trolizmu stosowanego" - zbędne i, do cholery, znacznie poniżej pańskich możliwości panie Wasiluk. Ma pan rację - miliony Rosjan były ofiarami bolszewizmu - niemniej to jest temat na oddzielny artykuł, który chętnie przeczytam. Pozdrawiam Konrad
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Ostatnia ofiara wojny Jom Kippur

W czerwcu 2007 r. arabskie media obiegła wiadomość o śmiertelnym wypadku pewnego egipskiego biznesmena. Aszraf Marwan, bo o nim mowa, w niewyjaśnionych okolicznościach wypadł z tarasu swojego...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".