A może Quadrivium? – czyli przywróćmy wartość wykształcenia średniego
    szkolnictwo8 · szkoły wyższe2 · edukacja29
2013-06-05
Jak zwykle, gdy nadchodzi czas matury, wraca problem edukacji – a szczególnie egzaminów maturalnych i konieczności kolejnej reformy edukacji.

Maturzyści z I LO w Szczecinie w trakcie egzaminu z j. polskiego w roku 2005, foto: Wikimedia Commons, Oskar Błaszkowski, CC

Reformowanie szkolnictwa w Polsce ma długą i ponurą historię. Od niesławnej reformy w końcu lat 70-tych, kiedy to wycięto z wymagań maturalnych obowiązkową matematykę, do stanu dzisiejszego, kiedy to aby zdać egzamin dojrzałości wystarczy niespełna 1/3 możliwych do uzyskania punktów. I pojawiły się głosy - jeżeli tak fatalnie wygląda efektywność nauczania i tak fatalny jest poziom absolwentów, to trzeba zlikwidować maturę, bo o niczym nie świadczy. A najlepiej od razu zlikwidować całe szkolnictwo. Perfidna metoda – najpierw reformami sprowadza się wszystko do poziomu dna, a potem, powołując się na to dno, likwiduje.

Reformując szkolnictwo pozbyto się szkół zawodowych i techników, bo podobno programy były przestarzałe i nie przygotowywały do wykonywania zawodów potrzebnych na rynku. W rezultacie dzisiaj brakuje i techników, i rzemieślników. Zamiast zmieniać programy dostosowując je do aktualnych potrzeb rynkowych, likwidowano szkoły tworząc na ich miejsce inne byty - licea profilowane. Zmiana nazwy miała zapewne być krokiem w nowoczesność tzn. dać wszystkim maturę, mniejsza o to ile wartą. I od lat prasa biadoli nad poziomem tych szkół. Nad poziomem liceów ogólnokształcących także. Podzielono szkoły ponadpodstawowe na gimnazja i licea i teraz się głowią, co zrobić z gimnazjami. Zamiast uczyć, szkoły przygotowują uczniów do zdania egzaminów końcowych, zwłaszcza matury.

Jest znamienne, że gdy się wynajdzie nowy lek, to zanim się go wprowadzi do powszechnego leczenia, lata mijają na próbach na zwierzętach, testach klinicznych i na ochotnikach, debatują uczone komisje. A w szkolnictwie w Polsce wprowadza się niesprawdzone pomysły jakiegoś nawiedzonego ministra czy minister – i to od razu do całej populacji. A skutki obejmują wszystkich. I robi się to bezkarnie, bo za błędy, czy wręcz szkodnictwo w edukacji nikt nie odpowiada. Gdy Brytyjczycy chcieli sprawdzić wpływ gier komputerowych na proces nauczania, testowali pomysł w czterech szkołach. Kiedyś maturę zdawało się z 6 przedmiotów na 8 egzaminach, w tym dwa pisemne – polski i matematyka, którą zdawali wszyscy. Wśród ustnych była fizyka! Nie było żadnych zwolnień. Od ewentualnych przyszłych Żeromskich czy Einsteinów były Rady Pedagogiczne (z dużej litery), które przepuszczały wybitnie ukierunkowane jednostki. Jeszcze w latach 70-tych na egzaminach na wyższe uczelnie zdawało się po kilka przedmiotów, w tym zazwyczaj na kierunki matematyczno-fizyczne i przyrodnicze - matematykę i fizykę. Dzisiaj nikt by ówczesnym wymaganiom nie sprostał. Kiedy w końcu lat 70-tych zlikwidowano obowiązkową matematykę na maturze, a z samego egzaminu zrobiono pośmiewisko, trzydzieści lat trzeba było, by matematyka wróciła. Skutki obecnych reform i pokolenia nie odkręcą. I od lat wymagania w całej edukacji są obniżane pod hasłem - uczymy myśleć, a nie wiedzieć. Jak można myśleć nie mając wiedzy, to „wiedzą” tylko reformatorzy. Jeżeli zdarza się, że uczniowie gimnazjum nie umieją czytać, a jak umieją, to nie zawsze rozumieją, co czytają, nie trzeba dalszych dowodów.

Studiująca młodzież w rozmowach prywatnych wielokrotnie wyraża żal, że w szkołach nie zmuszono ich do nauki tych „trudnych” przedmiotów, bo na uczelni nie dają sobie rady. Kto widział rozpacz młodej osoby, która po krótkim pobycie w wyśnionym świecie studiów, musi wrócić do swej, często zapyziałej, osady na tarczy, bo braki były zbyt duże, by je nadrobić, ten ma nieodpartą ochotę wybatożyć odpowiedzialnych za to.

Na uczelniach też odchodzi się od solidnego wykształcenia na rzecz przygotowania do zawodu. Temu rzekomo ma służyć tzw. licencjat, obecnie zgodnie z wymogami Unii obowiązkowy. Spowodowało to wepchnięcie na pierwsze trzy lata wszystkiego, co kiedyś było na pięciu, oczywiście ograniczając i program i wymagania. Wobec słabego przygotowania szkolnego, na uczelniach uczy się tego, co kiedyś było w programach szkół średnich. I zamiast podnieść poziom szkół i poziom nauczania na uczelniach, proponuje się podział uczelni na badawcze dla orłów i zawodowe dla reszty. A wszystko pod hasłem powszechnego wyższego wykształcenia i tak miłych urzędnikom rosnących współczynników scholaryzacji. Przed kilku laty Prof. Łukasz Turski z Uniwersytetu im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego nazwał takie powszechne wyższe wykształcenie „podobno wyższym”. Słusznie – podobno. Ja to nazywam wprost – kształceniem eurogłuptaków. Ciekawe, że na takie rewolucyjne rozwiązanie nie wpadli w Wielkiej Brytanii czy Ameryce. Tam są uczelnie, które i badają, i uczą na wysokim poziomie. I to od nich kupujemy wynalazki i technologie. I zazdrościmy miejsc w rankingach.

A może by inaczej? Może powrócić do solidnego wykształcenia na poziomie średnim. Przyjąć, że szkoły ogólnokształcące powinny dawać solidne podstawy do dalszego rozwoju, do rozumienia świata, do umiejętności samodzielnego zdobywania wiedzy i studiowania na poziomie wyższym. Żeby maturzysta mógł sprostać każdemu swemu zamiarowi, by wiedział w jakim świecie żyje, rozumiał mechanizmy rządzące społeczeństwem a nie szukał pomocy u znachorów, wróży i chiromantów. Konkretnych umiejętności zawodowych uczy się w pracy. Szkoły ogólnokształcące, poza stricte zawodowymi, nie muszą dawać praktycznych umiejętności, ale powinny przygotować absolwenta do sprostania „wyzwaniom” wedle prostej zasady: gdy mnie przyjmą do pracy, muszę móc tak szybko nauczyć się tego, czego ode mnie wymagają, by nie zauważyli, że tego nie umiem. Dawniej nierzadko na kolokwiach czy egzaminach z matematyki można było mieć podręczniki. Kto się uczył – zdawał egzamin lub kolokwium, kto nie, to mu i podręcznik nic nie pomógł. I tak uczono młodzież studiowania!! A dzisiaj nagminnym jest uczenie się na pamięć. Wszystkiego, nawet rozwiązywania zadań. I nie ma żadnych relacji pomiędzy przedmiotami. Każdy jest traktowany oddzielnie. Odnosiłem nieodparte wrażenie, że gdy na matematyce pyta się ile jest 2x2 to odpowiadają 4, ale na fizyce zapada milczenie – bo student nie jest pewien - to wszak fizyka, więc może wynik mnożenia jest inny!

Proponuję zatem przyjąć jako obowiązkowe dla wszystkich uczących się w liceach (lub jak to było jeszcze nie tak dawno – gimnazjach-liceach) tzw. Quadrivium: j. polski i historię z elementami wiedzy o społeczeństwie, kulturze i filozofii, matematykę i fizykę z elementami nauk przyrodniczych i filozofii przyrody. Z całym szacunkiem dla innych dziedzin, ale bez fizyki i matematyki nie istnieje żadna nauka przyrodnicza. I tych przedmiotów nie da się uczyć po łepkach, fragmentami wyciągniętymi z całości. Nauki pozostałe da się zawsze przyswoić. A zaniedbania w fizyce i matematyce są praktycznie nie do naprawienia. Na wielu uczelniach na świecie nauki ścisłe i przyrodnicze są w jednym bloku nazwanym Science. Podobnie z językiem polskim i historią. Jak można być osobą wykształconą nie potrafiąc mówić poprawnie i nie znając zdarzeń, które mówią o przeszłości rodzaju ludzkiego i mają niebagatelny wpływ na przyszłość – bo wiele jest prawdy w twierdzeniu, że historia lubi się powtarzać. To nie historia lubi, to my dzisiaj i nasi pra-, pra- przed tysiącem lat jesteśmy praktycznie tacy sami – rządzeni tymi samymi emocjami, żądzami, pragnieniami, obawami, uprzedzeniami, zawiściami, zabobonami…..

Wbrew obiegowym poglądom, matematyka i także fizyka, która budzi największy popłoch, nie są trudne. Muszą być tylko dobrze prowadzone. Brytyjczycy, gdy kilkanaście lat temu zorientowali się, że poziom edukacji w dziedzinach ścisłych, od której zależy cały postęp technologiczny i rozwój kraju, jest słaby, bo nauczyciele są często przypadkowi, to wprowadzili specjalne dodatki do wynagrodzeń dla wykładowców tych przedmiotów, by móc zatrudnić najlepszych! Zatem, poza owym obowiązkowym Quadrivium, resztą czasu można już dysponować dowolnie, wedle programów nauczania i zainteresowań młodzieży. Oczywiście konieczne są języki obce, by młodzież mogła wymieniać myśli z innymi nacjami. Mnie chodzi, by miała co wymieniać. I pozwólmy, a właściwie nauczmy młodzież uczyć się „przy okazji”, z obserwacji Świata. Ale do tego trzeba nauczyć się ten świat obserwować, stawiać pytania i szukać odpowiedzi, a nie jedynie gapić się.

Kiedy przed laty młodzież, która wyjeżdżała z rodzicami za granicę i uczęszczała do zachodnich szkół, szczególnie w Ameryce, to praktycznie nie musiała się uczyć, bo górowała nad rówieśnikami poziomem wykształcenia wyniesionym z naszych szkół. Po powrocie był dramat. Braki były poważne. A dzisiaj to tamte szkoły mają być dla nas wzorcem. Gdy wprowadzimy Quadrivium, nasza młodzież przejdzie jak burza przez wszystkie sita…

Nie wszyscy muszą od razu zdobywać szczyty edukacji. Dlatego edukacja musi być drożna. Oznacza to, że każdy, niezależnie jakie będzie miał po drodze meandry edukacyjne, gdy ma zdolności i chęci, musi mieć możliwość nadrobienia zaległości i sięgnięcia tak wysoko, jak potrafi.

Gdy nic się nie zmieni i nadal będziemy kopiować pomysły Eurolandu i ,kosztem poziomu wykształcenia, fascynować się współczynnikami scholaryzacji, to niebawem, za kilkanaście-kilkadziesiąt lat nasza młodzież będzie wyjeżdżać do Indii, Singapuru, Japonii, Korei Południowej, Chin, Rosji itd., by tam pracować - na zmywaku.



Chcesz odnieść się do stanowiska autora, chcesz polemizować, skomentować ten tekst? A może chciałbyś Drogi Czytelniku napisać na inny temat?
Jeżeli jesteś zainteresowany i zdecydowany przeczytaj nasz anons dotyczący współpracy redakcyjnej lub od razu napisz i wyślij do nas swój materiał na adres: redakcja@mojeopinie.pl. Odezwiemy się szybko!!

Komentarzy: 1

Kapitan
5 czerwca 2013 (14:49)
TAK
zgadzam się w 100%
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
O Instytucie „Pamięci Narodowej”, czyli Polaków problemy z pamięcią oraz historią

Mało jest sporów w polskiej przestrzeni publicznej, które wzbudzałyby równie wielkie emocje jak kwestie historyczne. Chociaż renoma historii, jako nauki grzebiącej w dawnych dziejach i...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".