„Od Marcina Świetlickiego wymaga się już od dawna, żeby był wciąż taki sam. A on nie chce. Bowiem był już kiedyś taki sam i wystarczy.” Tym zdaniem mruga do nas siedemnasty już zbiór tego poety. Marketing, żart czy cynizm? Ile starego w nowym, kpiącego w poważnym i takiego samego w innym Świetlickim? Niskie pobudki, średnio serio, wysoka poprzeczka...
A to jest zwyczajnie historia o człowieku, który wciąż gra. Żongluje samym sobą między niejednoznacznościami i niedookreśleniami. Wbrew tytułowej niskości poeta ironizuje wkurwianie lewaka i obśmiewanie mentalnego pedała, co nie przeszkadza mu w – całkiem poważnej? – ekspresji własnego wkurwienia w stosunku do Sierakowskiego czy Herberta („Wola ludu” i „Ohydny wiersz”). Doprawdy, stara się udawać pozę, być wyrafinowanym kloszardem, kimś obśmiewającym, nadstawiającym się na oplucie i przez swą podwójność jednocześnie demaskującym jakikolwiek sens opluwania, podważającym istotę rzekomej niskości własnych pobudek.
Słomiany człowiek patrzy z niepokojem, nie chce się rozpisywać, w istocie nie wie, gdzie jest rzeczywistość. Słomiany – kukiełkowo pusty, symulujący pustkę, grający stracha? Kolejna obok kloszarda niejednoznaczna inkarnacja wykpionego kpiarza, lecz poza tymi marionetkami Świetlicki występuje tu jedynie w negatywie, konsekwentnie stara się tworzyć i ukazywać przez zaprzeczenie. Nie patrzy nigdzie, nie wierzy w pracę, nie dowierza zmysłom, nie chce, nie wie, nie jest. Wszystko jest ulotne, urwane lub paradoksalne. Nierzadko poszczególne wiersze tworzą sprzeczne obrazy. Ta poezja sprawia wrażenie wzburzonej; nierównej, pełnej zmiennych prądów i możliwości odczytu. Niekiedy błyśnie zębem (np. „Wola ludu”), zapędzi w ślepą uliczkę (większość krótkich wierszy w zbiorze), zaintryguje formą (np. „Pieśń dziadowska”), jednak w innych miejscach przez wersy przebija się zmęczenie „przeklętego”: A co tam u mnie? / Ach, to ja zdradziłem. / I jestem w piekle. / Winny nieskończenie („Za oknem”).
Im głębiej, tym maska poety bardziej się rozdrabnia i wydaje się przeczyć sobie samej, jak w „Pozowaniu”: Prawdopodobnie żyje, lecz nie rusza się. / (...) / Czemu nie rusza się? To sprzeczne / z wszelką naturą. Nieruchomość / kłóci się z sensem. Siedzi, zastygł. / Patrzy w nic. To przecież jakby / wcale nie patrzył / (...) / Zaraz wstanie, / pobiegnie w poprzek. Spod zadziorności i zgorzknienia wyłania się rozmyty, nieodgadniony, chcący właśnie pobiec w poprzek etykietek buntownika, męczennika czy outsidera; grający z nami aluzjami co do tego, czym nie jest zjawisko zwane Marcinem Świetlickim. Spod ironii – śmiertelna powaga, „wysokie pobudki” chciało by się rzec, gra o jakąś większą stawkę. Bo choć pozornie Wszystko jest doraźne i tylko rani („Gloomy sunday”), to ostatecznie Zostaje dziura wypalona w czymś („Krótko, ale intensywnie”). Dziura w poezji, w życiu, w Świetlickim?
A to jest zwyczajnie historia o człowieku, / który co dzień budzi się w innym łóżku – tą klamrą spina zbiór, podkreśla zmienność. Czy w takim razie to, co w środku, znajduje się właśnie także pomiędzy różnymi łóżkami, snami, zawieszone na krawędzi przebudzenia? Codzienne zerwania, bezpowrotnie utracone sny ulatujące wraz z ustanowieniem nowej rzeczywistości, nowego punktu widzenia, nowego „łóżka”: nawet jeśli nie rusza się z miejsca, to jest / nieuchronne, konieczne, to jest, to być musi / historia o człowieku, który budzi się / codziennie w innym łóżku. Oniryczność zostaje zestawiona ze zmienną, a więc nieuchronnie przemijającą, powszedniością. Czy to tęsknota za utraconym czy może apoteoza zmienności? Nostalgia starego Świetlickiego, dynamizacja nowego, a może bunt przeciw takiemu czarno-białemu postrzeganiu? A to jest zwyczajnie historia o człowieku, / który uparcie pisze, choć wszystkie klisze / prześwietliły się – pisze w zamknięciu klamry; ostatecznie sprowadza do szarości.
Prześwietlenie i upartość – czyżby wśród przepalonego obrazu pełnego sprzeczności i niedomówień Świetlicki poszukiwał jednak jakiegoś pewnika? Może zmęczenie materiału? A co jeśli jest to prześwietlenie celowe, mające kryć coś pod pozą pozy, pod maską niskich pobudek? Jest wybór: praca albo zmysły. / (...) / Zmysły zawodzą. Praca wyje leżąc. / Jest również trzecia wersja ale ją pomińmy („Jest wybór”). Skąd (przy całym objawiającym się w tym zbiorze zamiłowaniu do ironii, aluzji i negatywów) tak kategoryczny unik? Czy są jednak problemy, które nawet żonglujący niejednoznacznością Świetlicki musi przemilczeć? Nie chce ryzykować wytrącenia z równowagi póz? Nie chce, nie potrafi?
A to jest zwyczajnie historia o człowieku, który zostawia nas z wieloma pytaniami.
Marcin Świetlicki, Niskie pobudki
ISBN 978-83-925583-6-1
Stron: 66
Wydawca: EMG, Kraków 2009
# Wszystkie fragmenty zapisane kursywą to cytaty, pozwoliłem sobie nie podawać za każdym razem dokładnego źródła, żeby nie przeładować odniesieniami.
Literatura, choćby najbardziej fantastyczna, oderwana od logiki przyczyn i skutków, jest jednak powiązana z życiem osobistym autora, jego wrażliwością, świadomością i umiejętnościami....


Start



Komentarzy: 2