Al-Kaida w rok po śmierci Osamy bin Ladena
    Afganistan75 · ISAF11 · Osama Bin Laden10 · Obama177
2012-05-23
Przypadająca dwa tygodnie temu pierwsza rocznica śmierci Osamy bin Ladena – założyciela i wieloletniego lidera Al-Kaidy – stanowi dogodny moment dla próby oceny zasadności zapowiedzi „bliskiego końca” tej największej i najgroźniejszej islamistycznej organizacji terrorystycznej, składanych od roku przez wielu zachodnich polityków.

Z biegiem czasu staje się jasne, że wbrew optymistycznym założeniom i nadziejom, prezentowanym przez zachodnich decydentów i ekspertów już w kilka godzin po ujawnieniu faktu eliminacji Osamy bin Ladena, Al-Kaida wcale nie znalazła się na krawędzi rozpadu i klęski.

Minione dwanaście miesięcy zdają się doskonale potwierdzać ten fakt. Śmierć bin Ladena absolutnie nie przyczyniła się do zdezorganizowania działalności Al-Kaidy nie tylko na szczeblu operacyjnym, ale także strategicznym. Organizacja wciąż zdaje się być tak samo sprawna i efektywna w działaniu, jak przed 1 maja 2011 roku. Co więcej, pojawiły się nawet symptomy świadczące o tym, że ugrupowanie to żywiołowo rozwija się i zwiększa geograficzny zasięg swego oddziaływania, zwłaszcza w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie.

Jak to możliwe, aby przez dwa kolejne lata liczba bojowników Al-Kaidy – pomimo ciągłej ich eliminacji ! – wciąż była taka sama? A nawet jeśli jest to możliwe, to czy na tej podstawie można wysnuwać wniosek o rychłym końcu Al-Kaidy w regionie AFPAK, skoro organizacja ta – w świetle oficjalnych statystyk ISAF! – jest w stanie tak szybko, rok do roku, efektywnie odnawiać własne zasoby ludzkie i struktury organizacyjne

Również wiele organizacji islamistycznych z regionu bliskowschodniego, luźno powiązanych z Al-Kaidą (np. jedynie odwołujących się do jej haseł ideologicznych, ogólnej strategii czy też po prostu do jej modus operandi, bez formalnej podległości organizacyjnej), odnotowało w ostatnim czasie znaczący wzrost zdolności operacyjnych i wpływów politycznych w krajach, gdzie są aktywne. Czy może to przemawiać na korzyść tezy, że Osama bin Laden miał realny wpływ na operacyjne – a nawet strategiczne, choć krótkookresowe – aspekty funkcjonowania swojego ruchu i jego śmierć wywołała swoistą „próżnię władzy” na szczytach Al-Kaidy?

Wszystko wskazuje na to, że nie – zamknięty w swej luksusowej willi na przedmieściach Abbottabadu, bin Laden nie miał bezpośredniego, operacyjnego wpływu na bieżącą aktywność i kierunki działań poszczególnych struktur Al-Kaidy, najpewniej nawet także tych najbliższych mu w sensie geograficznym: w Pakistanie czy Afganistanie. Choć Osama był twórcą ogólnej strategii swej organizacji i głównym autorem jej doraźnych modyfikacji po 2002 roku (kiedy to ostatecznie upadł reżim Talibów w Afganistanie), to jednak nie miał on zapewne trwałego i poważniejszego wpływu na konkretne strategie przyjmowane przez poszczególne odłamy swej organizacji, w tym zwłaszcza jej główne „franszyzy” – Al-Kaidę Islamskiego Maghrebu (AQIM), Al-Kaidę Półwyspu Arabskiego (AQAP) czy Al-Kaidę w Iraku (AQI).

Część źródeł, które miały dostęp do dokumentacji przechwyconej rok temu w rezydencji bin Ladena, twierdzi, że miał on podobno pełen ogląd bieżącej sytuacji w ramach swego ruchu, w tym kierunków działań i strategii jego poszczególnych odłamów. Problem w tym, że pojęcie „ogląd” nie oznacza jeszcze bezpośredniego wpływu i „sprawstwa kierowniczego” w odniesieniu do konkretnych działań i przedsięwzięć różnych części Al-Kaidy – wzajemnie odległych geograficznie od siebie oraz od „jądra” organizacji, a także odmiennych pod względem etnicznej, historycznej, politycznej i geopolitycznej specyfiki regionów, w których przyszło im funkcjonować.

Nawet jednak przy założeniu, że Osama mógł mieć jakiś konkretny (a do tego w czasie zbliżonym do rzeczywistego) wpływ ma kierunki działań najważniejszych „franszyz” i odgałęzień swego ruchu, nie był to z pewnością czynnik o charakterze konstytutywnym, determinujący faktyczny wymiar działań tych struktur i jako taki będący nie do zastąpienia w przypadku jego nagłego zaniku. Innymi słowy – śmierć Osamy bin Ladena nie miała (bo nie mogła mieć) wpływu na bieżące, operacyjne funkcjonowanie tych ugrupowań, a i ich strategia raczej nie ucierpiała po wyeliminowaniu przez Amerykanów legendarnego emira.

Ruch dżihadu spod znaku Al-Kaidy, zapoczątkowany w latach 80-tych ub. wieku w regionie afgańsko-pakistańskim przez bin Ladena, od dawna bowiem jest już swego rodzaju „samograjem”, niczym przysłowiowe „perpetuum mobile” działającym bez konieczności jego dostrajania i nakręcania. Osama był tu raczej ikoną całego ruchu, jego symbolem i żywym (do czasu) mitem, lecz niewiele więcej. Przypisywanie mu jakiejś specjalnej roli w ruchu dżihadu w ostatnich latach – a tym bardziej przecenianie wpływu faktu jego śmierci na przyszłość Al-Kaidy – stanowią więc spore nadużycie, nie będąc popartymi żadnymi twardymi dowodami. Geopolityka i dynamika stosunków międzynarodowych rządzą się jednak swymi żelaznymi prawami, a i taktycznie postrzegany polityczny oraz propagandowy PR ma swe wymogi.

Już sam dobór terminu, w którym Amerykanie dokonali „eliminacji celu nr 1” w wojnie z islamizmem nie pozostawia co do tego żadnych złudzeń. Wszak ponoć Pentagon wiedział o obecności bin Ladena w Abbottabadzie już co najmniej kilka miesięcy przed ostatecznym terminem operacji „Neptun Spear”. Czemu zwlekano tak długo? Dlaczego ryzykowano, że „cel nr 1” ucieknie, gubiąc znowu ślad? Na te i podobne pytania pewnie nigdy nie poznamy rzetelnej odpowiedzi, nasuwa się jednak przypuszczenie, że wybrano ten moment „także” ze względu na właśnie dopiero co rozpoczętą kampanię prezydencką Baracka Obamy (oficjalna data jej startu to 4 kwietnia 2011 roku). Już pierwsze, szybujące w górę wskaźniki poparcia dla prezydenta USA, sporządzone zaraz po śmierci bin Ladena wskazują, że kalkulacje takie były z politycznego względu słuszne.

Ledwo operacja „Neptun Spear” dobiegła końca, a już w świat poszedł z Waszyngtonu silny i pewny siebie przekaz, całkowicie ignorujący chłodną analizę faktów i za nic mający rzeczywistość panującą „w terenie” (nie tylko pod Hindukuszem, ale i w innych regionach świata, dotkniętych plagą islamizmu w wydaniu ludzi bin Ladena).

Na fali ogólnonarodowej euforii w Stanach Zjednoczonych po zabiciu inicjatora ataków z 11 września, prezydent Barack Obama obwieścił światu, że oto wojna z Al-Kaidą zbliża się do końca, islamiści mają już „przetrącony kręgosłup”, a wszystko to daje podstawy do... podjęcia decyzji o radykalnych redukcjach poziomu amerykańskiego zaangażowania militarnego w Afganistanie.

Tak jakby wojna z islamskim ekstremizmem była wojną jedynie z Al-Kaidą, ta zaś toczyła się głównie pod Hindukuszem... W całościowym ujęciu niewiele zmienia tu także równoczesna decyzja administracji USA o intensyfikacji operacji z użyciem samolotów bezzałogowych na terytorium Jemenu. Wojny z islamistami nie wygra się wyłącznie przy użyciu dronów, co świetnie pokazuje przebieg niezwykle intensywnej podobnej kampanii na obszarze Pakistanu, prowadzonej już niemal przez dekadę. Stosowne decyzje dotyczące sił USA w Afganistanie zostały podjęte bardzo szybko, od razu niemal wchodząc w fazę realizacji, co tylko potwierdza obawy, że także i w tym przypadku wszystko zaplanowane było znacznie wcześniej, jako PR-owska „ustawka” u progu kampanii wyborczej Obamy.

Dziś, zgodnie z oficjalną wykładnią Białego Domu, Al-Kaida – zwłaszcza w regionie AFPAK – jest już martwa, co pozwalać ma na wycofanie stamtąd ponad 30 tys. amerykańskich żołnierzy (operacja ma się zakończyć we wrześniu br., choć biorąc pod uwagę jej obecne tempo, jest duża szansa na znaczne wyprzedzenie założonych terminów). Zgodnie z oficjalnymi danymi ISAF, w Afganistanie walczy obecnie nie więcej niż 100 bojowników Al- Kaidy, przy czym w ostatnim roku wyeliminowano ok. połowę z nich. Problem w tym, że rok temu... dowództwo ISAF przedstawiało niemal dokładnie takie same dane liczbowe. Co się więc dzieje – czy mamy do czynienia ze współczesnym wcieleniem mitu o Feniksie, odradzającym się z popiołów, czy też raczej (osobiście obstawiałbym raczej tę właśnie wersję) z „kreatywną statystyką” planistów i sztabowców z ISAF i NATO, kreujących odpowiednie dane statystyczne pod aktualne potrzeby polityczne decydentów z głównych państw uczestniczących w operacji afgańskiej?

Jak to możliwe, aby przez dwa kolejne lata liczba bojowników Al-Kaidy – pomimo ciągłej ich eliminacji ! – wciąż była taka sama (a do tego dodajmy: znacznie zaniżona w stosunku do szacunków niezależnych ośrodków analitycznych)? A nawet jeśli jest to możliwe, to czy na tej podstawie można wysnuwać wniosek o rychłym końcu Al-Kaidy w regionie AFPAK, skoro organizacja ta – w świetle oficjalnych statystyk ISAF ! – jest w stanie tak szybko, rok do roku, efektywnie odnawiać własne zasoby ludzkie i struktury organizacyjne ?! Coś tu nie gra...

Ale ogłoszenie a priori przez władze USA faktu „śmierci Al-Kaidy” daje także możliwość zmiany charakteru działań jednostek amerykańskich (i ISAF) pozostałych na teatrze afgańskim, poprzez rezygnację z operacji typu COIN (counter-insurgency operations, ofensywne akcje przeciwpartyzanckie), co ma nastąpić według różnych źródeł jesienią tego roku lub najdalej na wiosnę przyszłego. Tak szybkie i głębokie redukcje liczby personelu militarnego USA w Afganistanie oraz zmiany w trybie działania pozostałych, niewątpliwie pożądane z politycznego punktu widzenia przez ubiegającego się o reelekcję prezydenta USA, poważnie obniżają jednak zdolność ISAF do realizacji ich zadań w coraz trudniejszych warunkach strategicznych i operacyjnych, panujących w Afganistanie. Znowu mamy więc przykład prymatu „polityki PR-u” nad real-politik.

Niezależnie od kontekstu afgańskiego, istotną kwestią pozostaje faktyczny poziom zdolności operacyjnych struktur Al-Kaidy, zarówno tej związanej z jej „starym” kierownictwem (obecnie głównie przebywającym w regionie AFPAK), jak i nowymi odgałęzieniami organizacji, operującymi w różnych częściach obszaru szerokiego Bliskiego Wschodu. Prawdą jest, że nie mamy tu „twardych”, bezspornych dowodów na potwierdzenie takiej czy innej tezy, ale też musimy pamiętać, że nigdy w kilkudziesięcioletniej już historii Al-Kaidy nie było ich zbyt wiele. Czy zatem faktycznie możemy mówić – jak chcieliby tego planiści z Białego Domu – o regresie, o zauważalnym procesie zmniejszania się skali aktywności i efektywności operacyjnej struktur islamistycznych powiązanych (w różnym stopniu i na różny sposób) z Al-Kaidą? Czy rzeczywiście ruch dżihadu, zainicjowany przez zabitego rok temu Osamę bin Ladena, jest obecnie w odwrocie?

Analiza sytuacji islamskich ekstremistów z Al-Kaidy na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy musi dać na powyższe pytania odpowiedź negatywną. Chyba, że za główny miernik poziomu aktywności Al-Kaidy uznamy liczbę udanych zamachów przeprowadzonych przez nią na Zachodzie. Tu faktycznie islamiści nie mają się czym pochwalić. Ale przecież, z drugiej strony, już dawno temu organizacja ta podjęła decyzję o skupieniu się w pierwszej kolejności na budowie swych struktur, wpływów i zdolności operacyjnych na obszarze Dar al-Islam („świat islamu”).


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Wschodnia Ukraina w ogniu

Wschód Ukrainy to nadal pole walki. W związku z wyborem Petro Poroszenki na stanowisko prezydenta, wiele wskazuje na to, że walka ta nabierze na sile. Separatyści usłyszeli wreszcie, że...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".