And the Oscar goes to...
    Oscary filmowe21 · film74
2013-02-26
I znów wielka noc hollywodzkiego szyku za nami. Oscary przyznano, przez czerwony dywan przemaszerowała defilada najnowszych trendów światowych domów mody i rozpoczął się trudny czas oczekiwania na kolejną galę.

Michelle Obama ogłasza zwycięzcę w kategorii najlepszy film, foto: Wikipedia

Z ceremonią rozdania nagród amerykańskiej Akademii Filmowej jest trochę tak jak z ważnymi meczami piłkarskimi naszej reprezentacji. Niby wiemy jak to działa, trudno oczekiwać emocji, a jednak karnie zasiadamy przed telewizorami i czekamy na to, co się wydarzy.

Przeczytaj typy autora sprzed ceremonii

A co wydarzyło się w nocy z niedzieli na poniedziałek? Przede wszystkim część moich przewidywań poległa w starciu z decyzjami Akademii. Najlepszym filmem została „Operacja Argo”, bardzo dobry thriller (trzeci w moim zestawieniu), a nagrodą pocieszenia dla mnie jako widza, była sromotna porażka „Lincolna”. O tym, że nagrody nie otrzyma drugi w mojej klasyfikacji „Wróg numer jeden” wiedziałem od momentu, kiedy zobaczyłem że to Pierwsza Dama ogłosi zwycięzcę. Film Kathryn Bigelow, z oczywistych względów wizerunkowych, nie mógł być zapowiadany przez małżonkę prezydenta Obamy. Żałuję, że tak mało nagród otrzymał „Poradnik pozytywnego myślenia”. I o ile przeboleć można główną statuetkę na rzecz „Argo”, to już nagrody dla aktorów powinny być rozdysponowane inaczej. Drugoplanowa rola wiedeńczyka Christopha Waltza („Django Unchained”) trzymała poziom znany widzom z Bękartów wojny, ale nie różniła się od niej w wyraźny sposób. Drugoplanowa rola Roberta De Niro była dużo bardziej wyrazista i złożona, i do końca będę bronił jego zasług dla filmu w 2012 roku. Przy okazji warto dodać, że spośród aktorów drugoplanowych w „Django” dużo ciekawiej zaprezentował się Leonardo DiCaprio, który z niezrozumiałych powodów merytorycznych nie dostał nawet nominacji. Ale niechęć Akademii do Quentina Tarantino i fakt, że nominowano również Waltza wiele wyjaśnia.

Wszystkim narzekającym na skostniałość Akademii przypominam, że taki właśnie jest jej urok. Kilka tysięcy członków tego gremium podejmuje decyzję o nagrodzie amerykańskiego przemysłu filmowego. Nie oczekujmy po Oscarach jakiejś szalonej obiektywności, nie szukajmy w jej werdyktach kina ambitnego

Bardzo ucieszył mnie pierwszoplanowy Oscar dla Jennifer Lawrence za „Poradnik” (zwłaszcza, że dobrze obstawiłem zwycięzcę), bo była to nagroda w pełni zasłużona. Kobiecy drugi plan zdominowała Anne Hathaway („Les Misérables”), która może nie zagrała lepiej od mojej faworytki (Sally Field, „Lincoln”), ale ogolona, głodna i brudna wzruszyła swoimi śpiewem czułe serduszka członków Akademii.

Pierwszoplanową rolą męską roku okazała się praca Daniela Day-Lewisa, której szczerze mu gratuluję, bo nie wypada nie gratulować roli za całokształt pracy twórczej. Tylko w takim wymiarze można rozpatrywać uhonorowanie jego fatalnej roli w „Lincolnie”. W kontrze do filmu Spielberga, wielkim zwycięzcą okazał się Ang Lee. Utalentowany i uznany reżyser wspaniałych filmów, uhonorowany został podobnie jak Day-Lewis, w charakterze docenienia całokształtu pracy twórczej. Nawet przy ogromnej dozie sympatii trudno inaczej zrozumieć nagrodę za film, w którym praca reżysera jest niemal niedostrzegalna. Co wyreżyserował tak świetnie? Uroczego tygryska czy komputerowo generowaną burzę?

Polecamy Michał Denka omawia: Wróg Numer Jeden

W czasie ceremonii każdy mógł znaleźć coś dla siebie - emocje oczekiwania na werdykt, wspaniałe kreacje pań (podobno najlepiej wypadły Charlize Theron i Jennifer Lawrence), zaskakujący telemost z Białym Domem i wreszcie słynny już upadek Jennifer Lawrence (moim zdaniem zaplanowany, ale nie mniej uroczy). Nagrodą pocieszenia tegorocznych Oscarów jest z pewnością nagroda za najlepszy scenariusz oryginalny dla Quentina Tarantino, który bardzo pięknie podziękował aktorom za ożywienie postaci z jego historii. Warto przypomnieć, że Quentin nie dostał nawet nominacji do statuetki dla najlepszego reżysera.

Przeczytaj podwójną recenzję „Lincolna” i „Django”

Najlepszy film: „Operacja Argo” Bena Afflecka.

Pierwszoplanowa rola męska: Daniel Day-Lewis za „Lincolna”.

Pierwszoplanowa rola żeńska: Jennifer Lawrence za „Poradnik pozytywnego myślenia”.

Drugoplanowa rola męska: Christoph Waltz za Django Unchained.

Najlepszy reżyser: Ang Lee za „Życie Pi”.

Najlepszy scenariusz oryginalny: Quentin Tarantino za „Django Unchained”.

Najlepszy scenariusz adaptowany: Chris Terrio za „Operację Argo” na podstawie książki Tony'ego Mendeza.

Najlepszy film animowany: „Merida Waleczna” Marka Andrewsa i Brendy Chapman.

Najlepszy film nieanglojęzyczny: „Miłość” Michael Haneke.

Najlepsze zdjęcia: Claudio Miranda za „Życie Pi”.

Najlepszy montaż: William Goldenberg za „Operację Argo”.

Najlepsza scenografia: Rick Carter i Jim Erickson za „Lincolna”.

Najlepsze kostiumy: Jacqueline Durran za „Annę Kareninę”.

Najlepsza charakteryzacja: Lisa Westcott i Julie Dartnell za „Les Misérables” (tu naprawdę można było wyróżnić „Hobbita”...).

Najlepsza muzyka: Mychael Danna za „Życie Pi” (widocznie Thomas Newman musi poczekać na dwunastą nominację).

Najlepsza piosenka: Adele za „Skyfall”.

Najlepszy dźwięk: „Les Misérables”.

Najlepszy montaż dźwięku: remis dwóch produkcji – „Skyfall” i „Wroga numer jeden” (jedyny Oscar!).

Najlepsze efekty specjalne: „Życie Pi” (dlaczego nie „Hobbit”, dlaczego?).

Najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny: „Sugar Man” Malika Bendjelloula

Najlepszy krótkometrażowy film animowany: „Paterman” Johna Kahrsa (Walt Disney Animation Studios).

Najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny: „Inocente”, reżyseria Sean Fine i Andrea Nix.

Najlepszy krótkometrażowy film aktorski: „Curfew” Shawna Christensena.

Wszystkim narzekającym na skostniałość Akademii przypominam, że taki właśnie jest jej urok. Kilka tysięcy członków tego gremium podejmuje decyzję o nagrodzie amerykańskiego przemysłu filmowego. To oznacza, że koledzy wręczają wyróżnienia swoim kolegom. Koledzy, którzy w przypadku akademików to w przeważającej większości starsi, biali faceci; kolegom, którzy od lat wyciągają milionowe budżety od wielkich wytwórni na swoje wielkie filmy. Nie oczekujmy po Oscarach jakiejś szalonej obiektywności, nie szukajmy w jej werdyktach kina ambitnego. Istnieją liczne festiwale, nie tylko w Europie, których werdykty dają jasny sygnał o trendach w kinie jako dziedzinie sztuki. O tym, co liczy się w kinie masowym nie dowiadujemy się z Dolby Theatre przy Hollywood Boulevard, a z wyników oglądalności. Nominacji nie otrzymują wielomilionowe produkcje kina nowej przygody (gatunek zapoczątkowany w Hollywood przez Georga Lucasa i Stephena Spielberga w końcu lat 70.) jak „The Avengers” Jossa Whedona czy „Skyfall” Sama Mendesa, które podbiły serca widzów na całym świecie. Akademia czasem trafia w gusta widza masowego (np. „Władca Pierścieni” Petera Jacksona), ale jest to raczej wyjątek potwierdzający regułę. Oscary ogląda się dla show, które trzeba przyznać, jest intrygujące.

Czym dzisiaj jest ceremonia wręczenia Oscarów? Dla mnie to swoista „wigilia” dla gwiazd Hollywood - aktorów, producentów, reżyserów, scenarzystów, operatorów, wszystkich ludzi z branży. Przy okazji rozdaje się tam laurki, na które nagrodzeni reagują spazmami (albo niezbyt lotnymi „dziękuję mamie, tacie i położnikowi”) i humorem (Daniel Day-Lewis i jego sceniczny dialog z Maryl Streep). Ale to ciągle nagroda od Hollywood, najbardziej magicznego miejsca na Ziemi.

Najwięcej nominacji uzyskał „Lincoln” Stephena Spielberga, najwięcej nagród zgarnęło „Życie Pi” Anga Lee. Zwyciężyła „Operacja Argo” Bena Afflecka. I te trzy filmy w wydaniu płytowym będą wabiły nas swoimi sukcesami - warto się skusić.




Chcesz odnieść się do stanowiska autora, chcesz polemizować, skomentować ten tekst? A może chciałbyś Drogi Czytelniku napisać na inny temat?
Jeżeli jesteś zainteresowany i zdecydowany przeczytaj nasz anons dotyczący współpracy redakcyjnej lub od razu napisz i wyślij do nas swój materiał na adres: redakcja@mojeopinie.pl. Odezwiemy się szybko!!


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".