Astana - stolica Kazachstanu
    Kazachstan8 · relacja z wyprawy63 · reportaże z podróży182 · Azja83
2008-10-01
Do nowej stolicy Kazachstanu pojechaliśmy głównie po bilet powrotny, a dokładniej mówiąc miejscówkę. Bilet kupiliśmy w Polsce. Oto bilet kolejowy na przejazd ze Szczuczyńska do Astany. Bilet, czy miejscówkę można kupić z trzydziestodniowym wyprzedzeniem. Postanowiliśmy kupić jak najwcześniej, bo w okresie wakacyjnym jest krucho z miejscami.

Astana dworzec kolejowy

Podróż trwała około 5 godzin. Jechaliśmy wagonem, w którym są miejsca do leżenie, tyle że nie ma przedziałów tzw. plackart. Koszt przejazdu prawie 300 kilometrów to jakieś 12 zł w wagonie kazachskim. Wagony rosyjskie były ponad 2 razy droższe. Jednak miały też duży wyższy standard, ale czy aż 2 razy to nie wiem. Około 10 przyjechaliśmy na znany mi już dworzec. Po kupieniu biletów powrotnych do Szczuczyńska i miejscówek do Polski wyruszyliśmy na zwiedzanie. Naszym głównym celem było zwiedzenie placu, na którym znajdują się nowe budynki najwyższej władzy państwowej oraz oględne poznanie miasta. Na pierwszy rzut oka wyraźnie widać, że w Astanę ładuje się sporą kasę (kosztem innych miast). Dużo się remontuje - niestety często remont elewacji polega na obiciu takim plastikiem.

Niektórym się podoba, mi nie za bardzo. Ponoć raz jak przyszła ostra zima to plastik popękał. Tak to wygląda - tyle, że to Kokcetaw, remontowany budynek kina i już wykończony budynek teatru. No cóż ... są różne metody. Ta przypomina trochę ładnie opakowany, ale kiepski prezent. Niemniej jednak lepsze to niż obdrapane ściany. Jeśli chcesz podziwiać starą architekturę to na pewno nie jest to odpowiednie miejsce. Nie wiem czy w Kazachstanie jest w ogóle coś ze starych, zabytkowych budowli. W czasie pobytu tam nasunęła mi się pewna refleksja, że Kazachowie przeprowadzili się prosto z jurt (wielkie namioty - Kazachowie prowadzili koczowniczo - pasterski tryb życia) do bloków, budynków wybudowanych przez Związek Radziecki. Tak to wygląda.

Hotel znak przyjaźni

Na pewno na południu jest lepiej - Ałma Ata - duży wpływ kultury chińskiej. Jednak tam nie byłem, więc nie będę się wypowiadał. Południe Kazachstanu chcę zwiedzić za jakieś 2 - 3 lata. Stolica również posiada bardzo dużo sklepów, ceny są mniej więcej na tym poziomie co w Szczuczyńsku, nieraz nawet niższe. Jest dosyć schludnie, czysto, widać, że dba się o kwiatki i zieleń. Komunikacja miejska stoi na całkiem niezłym poziomie - wszędzie można dojechać autobusem, trolejbusem lub busikiem. Są też taksówki. Po drodze na plac rządowy obejrzeliśmy sobie pamiętne miejsce, w którym moja dziewczyna zdawała egzaminy do Polski - aż strach pomysleć, co byłoby gdyby się nie dostała. Brrr .... Budynki najwyższych władz tj. parlamentu i rządu nie są dziełami architektury. Są niby nowe i może ładne, ale jakieś takie plastikowe. Podobne są do spotkanego później hotelu wybudowanego na znak przyjaźni Kazachsko - Tureckiej.

Chyba już wiadomo kto zajmuje się budową w Kazachstanie:) Na placu stoją niezłe furki - od razu widać, że należą do dygnitarzy. Na ulicach jest duży ruch. Na szczęście kierowcy są bardziej uprzejmi. Zdarzyło się nawet, że przepuścili mnie na pasach ... jak na Kazachstan to szok ! Nie nadużywają tu równie klaksonu jak to ma miejsce w Szczuczyńsku. W ogóle z tym klaksonem to mają trochę narąbane pod banią. Lubią potrąbić - tak bez powodu. Zwłaszcza jak zobaczą jakąś dziewczynę. Heh .. wieś tańczy i śpiewa:) Na szczęście w stolicy pod tym względem jest zdecydowanie lepiej. Niestety po oddaleniu się od centrum o powiedzmy 2 km mogą nas spotkać nieco gorsze widoki. Błoto, kałuże, ciasne ulice. Wyraźnie widać, że miasto dopiero niedawno zaczęło się rozbudowywać.

Meczet z minaretem w Astanie W Astanie znajduje się bardzo duży bazar handlowy. Można tam kupić absolutnie wszystko. Niestety nie czułem się tam specjalnie pewnie, więc dość szybko się stamtąd ewakuowaliśmy Pełno dziwnych ludzi i to niekoniecznie Kazachów - Cyganie, Ingusze, Czeczeni itd. Lepiej nie kusić losu:). Za nim znajduje się meczet. Pod meczetem spotkaliśmy jakieś cygańskie żebraczki. Powiem, że to był ewenement, bo widok żebrających i pijanych to naprawdę rzadkość. Oczywiście nie znaczy to, że nie ma biedy. Biedni raczej nie wychylają się, bo boją się milicji. Nie znaczy to również, że ludzie mało piją. Po prostu nie wychodzą z domu po wypiciu, gdyż milicja, chcąc wyrobić normę, bierze na izbę wytrzeźwień jak leci.

Ostatnie 2 godziny spędziliśmy na czyściutkim, pachnącym i bardzo bezpiecznym dworcu kolejowym. Może kiedyś takie będą również w Polsce W Astanie znajduje się też zupełnie nowa część miasta, z centrum rozrywki i innymi nowymi błyszczącymi budynkami. Niestety tam nie byłem. Ponoć jest bardzo nowocześnie i ładnie.

Weekend na "polskiej wsi" - Kalinowka

Przyznam, że byłem bardzo ciekawy jak żyją polscy przesiedleńcy i jak wygląda wieś zbudowana ich ciężką pracą przy praktycznie znikomej pomocy państwa. Z tego właśnie względu bardzo czekałem na ten wyjazd. Wieś nazywa się Kalinowka i położona jest jakieś 2,5 godziny drogi od Szczuczyńska. Początkowa droga na wieś to droga na Omsk - duże rosyjskie miasto. Całkiem niezła droga. Potem odbija się w lewo wjeżdżając na węższą dosyć zaniedbaną, ale ciągle utwardzaną drogę. Momentami prędkość należy zmniejszyć do 30 km/h. Cały czas należy obserwować kiepską nawierzchnię i slalomem pokonywać większe dziury. Po drodze widać nieliczne drzewa i krzewy oraz potężne pola uprawne. Ostatni las widziałem jakieś 100 km temu. Pszenica jest jeszcze niska (w Polsce zbliżają się żniwa). Skręciliśmy w lewo na drogę nieutwardzoną biegnącą przez pole uprawne. Było bardzo sucho. Za samochodem unosił się tuman pyłu, który to również wnikał do auta drażniąc nozdrza. Nagle na horyzoncie zaczęły pojawiać się kontury zabudowań. Wioska okazała się dosyć duża. Tworzy ją około 60 domów rozłożonych na 9 ulicach usytuowanych w układzie 2 na 7 (wszystkie przecinają się pod kątem prostym). Naprawdę widać tu biedę i zacofanie cywilizacyjne. Oczywiście biedę nie w sensie głodu, bo na wsi zawsze jest co zjeść i wypić.

Wiejski chleb

Kalinowska bieda objawiała się przede wszystkim brakiem dostępu do informacji, ponadpodstawowej edukacji, książek, podstawowych zdobyczy cywilizacyjnych (samochód posiadają nieliczni i są to z reguły stare, rozsypujące się auta). Najbardziej uderza jednak brak jakiejkolwiek przyszłości dla młodszych pokoleń. To bardzo przykre. Każdy kto zamartwia się wyimaginowanymi problemami, będącymi wynikiem znudzenia i nadmiernego dobrobytu powinien pojechać w takie miejsce i zobaczyć jak ludzie żyją i z jakimi prawdziwymi problemami się borykają. Na miejscu, u cioci Olesi, było już dużo ludzi. Ciocia znana jest z organizowania imprez. Stanowi taki punkt centralny w całej wsi. Imprezy są tutaj dosyć często. Stanowią one jedyną rozrywkę miejscowej ludności. Dzisiejsza impreza była zorganizowana na powitanie kilku osób. Między innymi nas. W przygotowaniach pomagały zaprzyjaźnione gospodynie z okolicznych domostw - kumy. Pracę zaczęły już dzień wcześniej. Skąd te kobieciny biorą na to siłę !!! Młode pokolenie, zwłaszcza miejskie nie dorasta im do pięt. Rozglądając się po domu zauważyłem spory piecyk do wypieku chleba, a obok niego kilka wielkich (przypominających grzyby atomowe) bochenów chleba.

Jak się za chwilę okazało chleb ten jest wręcz wyśmienity w smaku. Rewelacja. Imprezka zaczęła się jakieś 2 godziny po przyjeździe. Zdążyliśmy się jeszcze zdrzemnąc. Snu sprzyjała pogoda. Było niesamowicie gorąco. Jak na pustyni. Na dobrą sprawę to wieś ta wygląda w pewnym sensie jak pustynia. W pobliżu nie ma lasów, zbiorników wodnych, rzek, czyli miejsc, w którym można zaznać nieco ochłody. Jedzonko było bardzo smaczne. Spróbowałem niemal wszystkiego. Potrawy miały iście słowiański (polski) charakter (gołąbki, smażone mięso, ziemniaki), czyli dużo i tłusto:) Ziomki próbowali mnie upić. Nie udało się. Oczywiście nie dlatego, że mam taką silną głowę. Po prostu ja piłem tylko wino. Pijąc z nimi wódkę, w ich tempie, pewnie po godzinie zaliczyłbym zgon:) Pod względem odporności i wytrzymałości C2H5OH (alkohol etylowy) to są oni polakami (Słowianami) o wiele bardziej niż ja:) Po dwóch godzinach przy stole stwierdziłem, że zaraz pęknę. Potrzebny był spacer. Postanowiliśmy, że Olesia oprowadzi mnie po wiosce. Towarzyszyły nam również 2 córki jej kuzynki. Na środku kilku ulic znajdują się stare studnia. Już chyba nikt z nich nie korzysta, bo większość mieszkańców ma studnie na swojej posesji. W wiosce znajduje się szkoła - z wyglądu całkiem niezła. Na wejściem widnieje powitalny w języku kazachskim i rosyjskim (praktycznie wszędzie język kazachski używany jest jako pierwszy).

Niestety w szkole tej, zresztą jak w innych, nie prowadzi się nauczania języka polskiego (moja dziewczyna uczyła się języka polskiego na bezpłatnych zajęciach pozalekcyjnych - prowadzonych przez polskich nauczycieli). Wielka szkoda, bo gdyby tak było te biedne dzieci miałby szansę zdać egzaminy do Polski. Teren przy szkole jest zadbany. Jest dużo zieleni. Szkoła posiada prowizoryczne boisko, którego stan jest niestety bardzo kiepski. Jeśli już jestem przy języku to wspomnę, że ludzi ci nie mówią po polsku. Nie mówią nawet czystym rosyjskim (choć większość umie). Używany przez nich język to chochlacki - jest to taka mieszanka polskiego, ukraińskiego i rosyjskiego. W języku tym znajduje się sporo polskich lub polsko brzmiących słów. Niestety powiem szczerze, że miałem spore kłopoty ze zrozumieniem tego języka. Wolałem jak ludzie mówili do mnie po rosyjsku.

W wiosce znajdował się również Dom Kultury, który kilka tygodni przed naszym przyjazdem spłonął. Odbywały się tam różne zabawy, potańcówki, dzieci miały się gdzie spotykać. Teraz obok postawiono duży namiot, w którym znajduje się stary stół bilardowy, kilka stolików i krzeseł. Ot taki element zastępczy. Widać, że ludzie jakoś sobie radzą. Kolejnym dowodem na to, że ludzie potrafią się zorganizować jest utworzenie domu modlitewnego w starym, trochę pod remontowanym budynku. Raz w tygodniu, polski ksiądz odprawia tam msze, zarówno po rosyjsku jak i po polsku. Ludzie ci pomimo tego, że nie za dobrze rozumieją polski język, chcą go słuchać, gdyż naprawdę czują się Polakami (są z tego dumni). Za to bardzo dobrze znają polskie modlitwy i pieśni. Posiadają nawet bardzo stare, polskie modlitewniki (niektóre z 1886 roku). W salce tej wiszą różne materiały napisane po polsku. Miejsce handlu w Kalinówce to 2 sklepy. W wiosce jest również przystanek autobusowy. Nie wiem jak często kursuje autobus, ale raczej nie częściej niż 2 razy na dobę.

Obejście całej wsi nie zajęło nam więcej jak 30 minut. Wróciliśmy na imprezę. Wieczorem młodzież wystawiła magnetofon na ganek i zrobiła sobie mała potańcówkę. Rzeczą, która mnie niezwykle urzekła było niezwykle piękne, czyste, niesamowicie gwieździste niebo. Aż chciało się dotknąć gwiazd, zbierać je garściami. Było zupełnie inne niż Polsce - wyraźniejsze. W tamtej strefie geograficznej widać o wiele więcej gwiazd. W dzień niebo też jest inne, bardziej niebieskie niż Polsce. Widać to na zdjęciach. To w żadnym wypadku nie są przekłamania. Ono po prostu jest tak niesamowicie niebieskie. Noce są dosyć chłodne (znowu jak na pustyni). Na szczęście w domu, z ukochaną u boku, pod ciepłą puchową kołderką, na wielkiej miękkiej poduszce spało się wyśmienicie:) Wstaliśmy około 10. Oczywiście spaliśmy najdłużej ze wszystkich.

Cmentarz katolicki Mieszkańcy Kalinowki wstają około 5 rano. Po śniadanku pojechaliśmy na wiejski cmentarz chrześcijański, który położony jest jakieś 1,5 kilometra od wsi. Cmentarz wygląda trochę inaczej niż nasze, polskie cmentarze. Wszystkie groby otoczone są płotkiem pomalowanym na niebiesko. Tylko nieliczne groby posiadają kamienne pomniki. Cmentarzyk został utworzony kilka tygodni po tym jak powstała wioska. Pierwsze groby dawno się pozapadały. Pozostały po nich tylko malutkie krzyże. Na cmentarzu znajduje się punkt centralny, przy którym odbywane są nabożeństwa pogrzebowe. Wizyta na tym cmentarzu była dla mnie niezwykle wzruszająca. Wiadomo, że każdy cmentarz skłania do refleksji na ludzkim życiem, jednak ten, czyni to wyjątkowo mocno. Spoczywają tu ludzie, których siłą zabrano z domów rodzinnych i przerzucono w obce miejsce. Życie ludzkie, nie dość, że tak kruche i nędzne, jest dodatkowo komplikowane i utrudniane przez innych ludzi. Dlaczego tak się dzieje, dlaczego ludzie nie uczą się na błędach. Czy to się kiedyś skończy? Dlaczego cały naród, państwo daje się opętać przez jednego szaleńca? Ok niewazne. Mała dygresja .... Potem był obiadek, pożegnanie i powrót do Szczuczyńska.


Komentarzy: 1

tomek
1 listopada 2011 (16:45)
repatriacja
Czy Polacy tam mieszkający chcieliby powrócić do Polski? jakie są przeciwności wyłączając finansowe. Od niedawna funkcjonuje Karta Polaka, spory wysiłek trzeba ponieść aby ją zdobyć, ale wiele ułatwia. Jak się odnoszą do ewentualnej perpektywy zamieszkania w Polsce.? Chciałbym się jak najwięcej dowiedzieć. z góry dizękuję za info
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Serbia, czyli poprawianie transformacji

Jeśli chodzi o nationbranding Serbowie mają jeszcze wiele do zrobienia. Gdy szykowaliśmy się do podróży, nieraz spotkaliśmy się z obawami rodziny i przyjaciół, którzy martwili się czy to...