Bangladesz: w krainie Bangabongo
    Bangladesz6 · Azja86 · Indie57 · reportaże z podróży201
2009-08-17
Po dzień dzisiejszy nie wiem, gdzie leży mityczne Bangabongo, do którego prowadzą wszystkie drogi. Stało się ono dla mnie symbolem Bagladeszu. Historia o tym miejscu dobrze ilustruje codzienność podróżnika w tym kraju.

- Dokąd płynie ta łódka? - pytamy na nabrzeżu.

- Do Bangabongo.

- Gdzie?! – z trudem powstrzymujemy śmiech na odgłos tej iście dźwiękonaśladowczej nazwy.

- No, do Bangabongo.

- A czy płynie coś do Kaliganj?. - Jeżeli zwrócić uwagę na fakt, że jesteśmy w Ulukali, jednej z większych osad pod Dhaką, a konkretnie – na przystani rzecznej, gdzie na rzece Tongi stoi kilkanaście tolarów (czyli łódek pasażerskich mogących pomieścić koło 50 osób),to pytanie wydaje się rozsądne. Jednak nim nie jest.

- Niestety, nic nie płynie do Kaliganj. Może jutro.

- A dokąd płynie tamta łódka? – nie poddajemy się, wszak musimy się stąd jakoś wydostać.

- Do Bangabongo.

- A ta kolejna? – z desperacją pokazujemy na puste tolary.

- Tamta również do Bangabongo. I ta i tamta też.

Prawie w rozpaczy rzucamy: - Czy można się z stąd dostać gdziekolwiek indziej niż do Bangabongo?!

- Nie. Tu wszystko płynie do Bangabongo.

Beznadzieja... nie! Pojawia się jeszcze ostatnia iskierka nadziei: - A z Bangabongo dostaniemy się do Kaliganj. Albo do Dhaki?

- Nie to niemożliwie. Z Bangabongo nigdzie się nie dostaniecie.

- A gdzie jest Bangabongo?.

Pytanie zawisło w powietrzu. Nikt z ponad 30-osobowego tłumu ludzi na przystani, którzy na nasz widok niemal natychmiast zbiegli się zewsząd – i w którym na nasze pytanie odpowiadał rozumny nastolatek, nie był w stanie nam pomóc. Chłopak był zaiste darem niebios i tylko dzięki temu, że chciał nam pomóc i nas trochę rozumiał (nie wiem, co rzadsze w tym kraju) nie mieliśmy poczucia, że – niczym Billy Pilgrim – wypadliśmy z czasu, albo że znaleźliśmy się w jednym ze skeczów Monty Pythona.

Gdyby nie on, bylibyśmy tylko jedną wielką atrakcją dla miejscowych, dziwem o którym będą opowiadać wnukom. Tym niemniej, nawet z jego pomocą, nie udało się nam dotrzeć do Kaliganj, musieliśmy się wrócić, po sporych perypetiach, do Dhaki.

Po dzień dzisiejszy nie wiem, gdzie leży owo mityczne Bangabongo, do którego prowadzą wszystkie drogi. Stało się ono dla mnie symbolem Bagladeszu. Bo ta historia dobrze ilustruje codzienność podróżnika w tym kraju. To kraj, po którym się trudno podróżuje, gdzie nikt nie mówi w żadnych języku poza bengalskim, gdzie nie istnieje infrastruktura komunikacyjna, a zabytki policzyć można na palcach jednej ręki. Kraj, będący od zawsze daleko, zalewany przez rzeki i tajfuny, napadany przez piratów i tygrysy bengalskie, kraj do którego nikt nigdy nie chciał jechać i który do dziś pozostaje terrą incognitą globalnej wioski. Kraj na końcu świata.

Przypomnijmy: Bangladesz jest prawie połowę mniejszy od Polski (a około połowy jego terenu stanowią tereny podmokłe), ale mieszka w nim ponad 150 milionów ludzi, a zagęszczenie na metr kwadratowy jest jedno z największych na świecie (choć i tak zrobili postęp: w latach 70-tych była średnia 9 dzieci na małżeństwo, teraz tylko 5). Oni muszą się gdzieś pomieścić.

W tym kraju, jak w żadnym innym, docenimy znaczenie książki Halla „Ukryty wymiar”: tu przeludnienie dotyka nas na każdym kroku, jest namacalne, fizyczne, gorzej – nieuniknione. Wychodząc na ulicę dowolnego miasta, szczególnie wieczorami, spacer po nich będzie przypominał wsiadanie do polskiego pociągu pośpiesznego w połowie trasy - wszyscy się pchają, uciskają, odpychają, próbują przecisnąć, zmieścić na chodniku. Dramat polega na tym, że to nie jest chwila, jak z wsiadaniem do pociągu, to jest stan stały, permanentny. Przeżycie kilkunastu dni w takich warunkach, gdzie pokonanie 100 metrów w Dhace jest wysiłkiem autentycznie ekstremalnym, zapada na zawsze w pamięć. A tak jest wszędzie: na ulicy, w restauracji, na statkach, w autobusach. Ciągle tłum, ciągle tłok. Można oszaleć.

Ale podróżnik ma szansę od tego uciec (i należy to robić dla własnego zdrowia psychicznego) – kupić sobie pierwszą klasę na statku, czy pociągu, czmychnąć do hotelu. A Bengalczyk tej szansy nie ma – on tak ma na co dzień, dzień w dzień. W efekcie bardzo często traci nad sobą panowanie (o co nie trudno przy tym klimacie i tych genach). Prowadzi to do tego, że agresja jest czymś wyraźnie widocznym – i to agresja silniejszego nad słabszym. Pobicie rikszarza albo kelnera w knajpie nie jest wcale czymś odosobnionym. Dyskusja szybko tu przechodzi w sprzeczkę, a ta w bójkę, a ta z kolei – niewiele tu trzeba – do zamieszek.

bangladesz Jak zaczna się jakaś bójka, to natychmiast przyłączają się inni...

Rzecz bardzo charakterystyczna: jak zaczyna się jakaś bójka, to zazwyczaj natychmiast przyłączają się inni, a kończy się walką połowy ulicy albo całej wsi. Bierze się to wszystko z tego przeludnienia, ludzie są nabuzowani i wystarczy pretekst, by rzucili się sobie w twarz.

Bo Bengalczycy to istna mieszanka wybuchowa. Z jednej strony od wieków żyją na prawdziwej beczce prochu – Bengal od zawsze był terenem podmokłym, pełnym rozlewisk, dorzeczy, dopływów i delt rzek. Uprawiać ziemię tu ciężko, ciągle coś zatapiało, a poza tym życie stracić można było dość łatwo, jak nie zalało, to tygrysy zjadły. A do tego jeszcze w miarę często jakiś tajfun albo cyklon trafi i trzeba zaczynać od nowa.

Do tego, z racji ukształtowania terenu, Bengal od XVI w. był ulubionym miejscem schronienia piratów: Portugalczyków, Holendrów, Anglików i całej masy poszukiwaczy przygód. Jak na ten szlachetny zawód przystało, ludzie ci byli pełni temperamentu, żyli chwilą, słusznie jak najmniej ufając przyszłości. Nie trzeba dodawać, że skoro byli tu piraci - i skoro nie można się ich było pozbyć, bo tylko oni znali teren, to Bengal, a przynajmniej jego wschodnia część, czyli dzisiejszy Bangladesz, był swoistą azjatycką Siczą Zaporoską: to tam uciekali wieśniacy w poszukiwaniu przygód, by się wyzwolić z nędzy i ucisku. Do tego można jeszcze dodać, że dalej, za porośniętymi dżunglą górami, był już tylko Arakan, czyli przerażająca dla każdego Indusa kraina pijących zwierzęcą i – jak wieść niosła - ludzką krew (tylko chrześcijańscy misjonarze się ich nie bali). To wszystko sprawiło, że Bengal dla każdego władcy Indii był swoistym „końcem świata”: dalej byli już tylko budzący grozę barbarzyńcy. A ponadto był niedostępny, niemożliwy do kontrolowania, a idealny do krycia się i ucieczki.

Wszystko to sprawiło, że przez wieki Bengal i jego mieszkańcy byli pozostawieni samym sobie, dopiero Brytyjczycy jako tako to ogarnęli. Ale i oni mają grzeszki na sumieniu: to oni w 1905 r. po raz pierwsi podzielili Bengal, co dla autorów Podziału z 1947 r. było wzorem – i co ważne dla Bangladeszu, bowiem część wschodnia Bengalu zawsze była tą gorszą, biedniejszą, prowincjonalną i zacofaną. Kalkuta błyszczała blaskiem stolicy Perły w Koronie, a Dhaka przypominała dużą wieś, o reszcie kraju nie mówiąc.

Ponadto 1947 r. przecięto najważniejsze więzi łączące Bengal Zachodni ze Wschodnim, także ekonomiczne (jutę uprawiano tylko we Wschodnim, ale przerabiano w Kalkucie, jak podzielili, tragicznie zbiedniały oba). Tak więc do wszystkich cech z przeszłości doszło jeszcze poczucie zacofania i poniżenia, spotęgowane niesprawiedliwymi rządami i nierównym traktowaniem w 26- letnim okresie bycia Wschodnim Pakistanem. To odwieczne odosobnienie pozwoliło na to, by skrzyżowały się dwa rodzaje krwi i dwa charaktery: spokojny, osiadły, wytrwały i uparcie w znoju dążący do celu homo sapiens z kosmopolitycznym awanturnikiem, poszukiwaczem przygód, mordercą i złodziejem. Plus uczucie biedy i niechęć do obcych. Efekt jest taki, że Bengalczycy, na co dzień spokojni, ciut powolni, dyskretnie inteligentni, przypominający energicznym zachowaniem moczące się w wodzie bawoły wodne, w sekundę mogą się przemienić w dziki, agresywny tłum, który rzuci się sobie do gardeł w niezwykle spektakularny sposób.


foto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubina
Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".