Bangladesz: w krainie Bangabongo cz.3
    Bangladesz6 · Azja86 · reportaże z podróży201 · Indie57
2009-09-26
Bangladesz jak żaden inny kraj na świecie predestynowany jest do określenia „wodny świat”. Tu, jak nigdzie indziej, przekonamy się, co znaczy ten największy z żywiołów. Połowę terytorium tego dawnego Bengalu Wschodniego stanowią zlewiska wielkich rzek, Gangesu i Brahmaputry, a także wszelkiego rodzaju tereny podmokłe: bagna, szuwary, sitowia, czy wreszcie „dżungla na wodzie”: Sundarbands, czyli najbardziej niezwykły park narodowy subkontynentu (2/3 w Bangladeszu, 1/3 w Indiach).

Jest to las prawie w połowie zatopiony w wodzie, pełen kanałów, przejść, wąskich „uliczek”, w innych miejscach zamieniający się w gąszcz chaszczy, krzaków i szuwarów. Miejsce, gdzie żyją słynne Tygrysy Bengalskie - główna atrakcja turystyczna, choć – a może na szczęście – już tylko wirtualna.

W większości kraju typowym krajobrazem jest jeden wielki pejzaż z wodą w tle. Szczególnie silnie daje się to odczuć na południu kraju, w delcie Gangesu, a także w Sundarbands: terenach najbardziej narażonych na cyklony, tajfuny i tego typu powszechne tu zmiany pogody.

Jedyną odmianą jest pogranicze z Birmą, niedostępne, górzyste i porośnięte dżunglą. Jak na sztandarowy wręcz kraj „Trzeciego Świata” przystało, w Bangladeszu mamy jedno wielkie miasto, a dalej nic. Dhaka jest olbrzymią metropolią, straszliwie przeludnioną, ciągle wchłaniającą okoliczne wsie. Pozostałe miasta są już znacznie mniejsze: „miejsko” prezentuje się jeszcze Chittagong, gorzej – Khulna, Barisal, reszta to już po prostu większe wsie.

Geografia Bangladeszu ma olbrzymie implikacje dla transportu: znaczna jego część odbywa się drogą wodną, co jest najszybszym (co nie znaczy, że szybkim) sposobem poruszania się po tym kraju. Jednak w większości przypadków jest to przekleństwo, bo do większości miejsc i tak dojedzie się tylko autobusem.

Zważywszy na to, że zazwyczaj jest tylko jedna droga, która jest poprzecinana siecią kanałów, trzeba co i rusz korzystać z promów. Na taki prom wchodzi kilka autobusów, w efekcie mamy korek, który przy każdym promie potęguje się, by po godzinie-dwóch jazdy osiągać imponujące rozmiary kilkukilometrowej, sięgającej po horyzont masy unieruchomionych pojazdów. Dlatego też przejechanie 200 km zajmuje 8-10 godzin, a tak jest praktycznie przy każdej większej trasie.

Autobusy są zatłoczone, jest w nich duszno i źle z amortyzacją (czytać się w żadnym wypadku nie da). Do tego jeżeli wjeżdża bądź wyjeżdża się Dhaki, to należy liczyć się z minimum godziną, a zwykle więcej, stania w gigantycznych korkach. Bo wjazd i wyjazd ze stolicy kraju to makabra, wtedy najlepiej można odczuć odhumanizowanie tego miasta, zbudowanego, by pomieścić kilkaset tysięcy mieszkańców, a mającego 10 milionów. Jest tam kilka dworców, rzecz jasna daleko od siebie, do których dotarcie zajmuje tyle, ile dojazd do miejscowości docelowej. Najgorsze jest uczucie spełnienia, gdy już znajdzie się dworzec, kupi bilet, będzie w pełnym autobusie, który już ma odjechać... i nic. Nie odjeżdża. Stoi. Pół godziny, godzinę. Wreszcie, równie nieoczekiwanie, rusza. Ale tylko na chwile. Włącza się do korka. Co chwilę na jedynce podjeżdża kilka metrów, podczas których można poczuć delikatny przewiew, na sekundy pozwalający zapomnieć o duchocie.

Po godzinie, dwóch wyjeżdża z Dhaki, ale tylko po to, by za jakieś 30-40 km włączyć się do kolejnego korka – przed promem. A potem kolejny prom i kolejny. Przejazd z Dhaki do Barisalu zajmuje cały dzień, choć nie ma chyba tam więcej niż 150 km. Okolice Dhaki można pozwiedzać, ale tylko przy założeniu, że zobaczy się jedno miejsce w jeden dzień. Dwóch już się nie da.

W Bangladeszu istnieje linia kolejowa – co jest godne pochwały zważywszy na geografię tego kraju (Anglicy zbudowali – wszak jedyne co dobre zrobili w Indiach to koleje… no i jeszcze gin z tonikiem) – ale praktycznie ogranicza się tylko do przejazdu między Dhaką i Chittagongiem (jest jeszcze jedna, mniejsza linia na zachodzie kraju).

Bangladesz

Bezdyskusyjnie najlepszą formą podróżowania po Bangladeszu jest statek. Najlepszy jest rejs Khulna-Dhaka. Ten płynący koło doby pojazd pływający nazywa się dość humorystycznie „Rocket” i odpływa co drugi dzień z Dhaki i Khulny. Jest to pozycja wręcz obowiązkowa dla każdego odwiedzającego Bangladesz. Statek płynie cały dzień i jest to najlepsza okazja by podziwiać majestatyczne pejzaże tego „wodnego kraju”, zachwycać się Gangesem i pozazdrościć Anglikom, którzy mogli płynąć tym rejsem i sączyć gin z tonikiem (bo nie ma ani ginu - choć jak się bardzo postarać, to można dostać w Dhace i Chittagongu różne miejscowe „whisky” – ani toniku, chyba, że się zaopatrzy w Kalkucie). Można też podpatrzyć działanie wielkich, drewnianych konstrukcji – średniowiecznych chińskich machin z sieciami do połowy ryb (Chinese Fishing Nets), obsługujących je rybaków, małych osad nad setkami kanałów, czy też po prostu leniwej, majestatycznej WODY – głównego żywiołu tego kraju.

Ta wszechogarniająca woda jest właśnie tym, dla czego warto poznać to osobliwe miejsce na ziemi: Bangladesz to jedno z ostatnich obszarów na globie nieskażonych turystyką, zapomnianych i omijanych przez innych – bo niby po co tam jechać? Kraj to nieludzki, strasznie doświadczony przez naturę i los, wyrzucony na „koniec świata” – i może przez to fascynujący? Wreszcie: kraj niezwykle męczący i dający niewiele (no, może z wyjątkiem przyrody) w zamian. Kraj, w którym „nic nie ma” i do którego „nikt normalny nie jeździ” i przez to - można by przewrotnie rzecz – raj to dla backpackerów.

Tyle, że i to może być mylące, czasem wszak plecakowcy dziwne zachcianki mają. Przykładem miejsca rozbiórki statków pod Chittagongiem (Chip-Breaking Yards). Wśród części backpackerów wykształciła się swoista, dziwna moda na zwiedzanie miejsc rozbiórki statków. W niektórych miejscach – w Bangladeszu jest to koło Chittagongu (a np. w Indiach w Gudżaracie) – są odpowiednie stocznie, do których zwijają stare statki, gotowe do rozbiórki. Tam się je niszczy na części – metodami dostępnymi miejscowym, czyli czasem można mieć wrażenie, że się człowiek pojawił nieoczekiwanie w jakiejś powieści Zoli – a następnie sprzedaje z zyskiem.

Bangladesz

Wszystko brzmi dobrze, tyle tylko, że jest to szemrany interes, nikt tu się nie przejmuje żadnymi normami, a prawa pracownicze można by uznać za żart – i to kiepski. Co więcej, na skutek kilku wścibskich kolesi z Greenpeace i innych organizacji, właściciele takich stocznie stali się szczególnie mało gościnni dla kogokolwiek, kto przybywa „popatrzeć”. Stąd też nawet jeżeli dojedzie się do tego miejsca pod Chittagongiem i znajdzie kilka stoczni, to szansę na wejścia są marne.

Oczywiście, można ponegocjować (sukces szybciej zagwarantuje dar przekonywania niż pieniądze), ale nawet gdy się uda, to i tak nie warto (a bardziej prawdopodobne, że się nie uda). Ta swoista fascynacja dekonstruktywizmem jest o tyle zaskakująca, że tu naprawdę nie ma nic ciekawego. Chodzi człowiek po jednym wielkim placu budowy, gdzie mnóstwo zardzewiałego żelastwa się wala, a ludzie na wszelkie sposoby próbują to odłamać, to ułamać, a to wykręcić. By takie coś zobaczyć nie trzeba jechać do Bangladeszu, wystarczy podejść na skład złomu.


foto: Michał Lubinafoto: Michał Lubinafoto: Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubinafoto:Michał Lubina
Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".