„Bijatyka u krzyża”, filipińska tradycja
    Filipiny9 · chrześcijaństwo25 · Wielkanoc4 · Luzon3
2010-04-04
Oglądane z oddali ukrzyżowanie nie szokuje. Widać aktora (jeśli to dobre słowo) Rubena, grającego Jezusa, dostrzega się uwijających się wokół niego "Rzymian". Najbardziej przykuwa uwagę moment wbijania 50-70 centymetrowych gwoździ. "Jezus" wyje wtedy z bólu - co świetnie słychać (organizatorzy postarali się o głośniki, tak, by każdy jęk był doskonale słyszalny). Najpierw jedna ręka. Potem druga. Wreszcie nogi. 10 minut i koniec - ściągają go, kładą na nosze, zawożą do szpitala. Po nim idą następni ochotnicy - trojkami. Znów to samo: gwoździe, wycie, krzyż w górę, krzyż w dół, nosze, następny. Jak u Monty Pythonów: Kolejka na lewo, jeden krzyż dla każdego. Szybko się to nudzi.

Foto: Michał Lubina

Organizatorzy są tego świadomi, więc na koniec przygotowali coś specjalnego. Do tej pory cała uroczystość przebiegała wokół sztucznego kopca za wsią Cutud San Pedro (ok. 80 km na płn od Manili). Do kręgu z 3 krzyżami prowadziła usypana rampa, po obu jej stokach usytuowane były stanowiska dla VIP-ów. Po lewej dla oficjeli, po prawej dla mediów. Pospólstwo (czyli cała reszta) tłoczyła się ściśnięta w niemiłosiernym upale wokół metalowych barierek. Za 5-10 tysięcznym tłumem wznosiły się blaszane budy z jedzeniem i piciem. Rzucało się w oczy stanowisko McDonald'sa. Tak to wyglądało przez większą część spektaklu.

Dla ostatnich kilku ukrzyżowanych przygotowano nie lada atrakcję. W pewnej chwili ludzie zaczęli się gromadzić przy rampie. Nagle ochraniający teren "Rzymianie" dali znak. Już można! I się zaczęło. Kto żyw biegł, gnał, pędził. Potykając się, przewracając, grzęznąc w pyle, zapadając się w żwirze, gubiąc w tumanach kurzu, tratując się nawzajem. Mimo to - lecąc dalej, na złamanie karku. Biegli miejscowi, gnali Filipińczycy z całego kraju. Asystowali im turyści z reszty świata. Pędzili z najnowszym sprzętem zachodni dziennikarze. Do przodu rwał kto mógł. Z aparatami, kamerami, komórkami. W końcu dopadli trzech ludzi leżących na krzyżach, którzy właśnie mieli zostać ukrzyżowani. Każdy chciał być jak najbliżej, pstryknąć z najlepszego ujęcia, jak najlepiej ująć wielkie gwoździe. Chcieli wszyscy, a miejsca było mało. Zaczęli się więc rozpychać, popychać, szturchać. Wreszcie - bić. Francuski dziennikarz pobił się przy ramieniu krzyża z filipińskim. Włoski dostał w łeb od "Rzymian"(co za ironia!), bo staranował miejscową fotografkę. Filipińczycy obładowani w komórki krzyczeli, że są rodziną, krewnymi. Dziennikarze - że wykonują swoją pracę. Atmosfera była napięta do granic, w każdej chwili groziło wybuchem jednej wielkiej draki. Bijatyki u krzyża nawet w Monty Pythonie by nie wymyślili.

Makabreskę w końcu przerwali "Rzymianie". Widać, że swą rolę spełniają od dawna i do pewnych zachowań już przywykli. Wiedzą, jak się im przeciwstawić. Mają świadomość, że apele w stylu: "nie bić się pod krzyżem!" niewiele pomaga. Na tłum nawet protest krzyżownika - o którym chyba najwyraźniej zapomniano - nie podziałał. Wstał on na moment i zaszantażował, że jeśli się nie uspokoją, to on odmawia przybicia się. Na chwile uciszono się, lecz gdy krzyżownik znów się położył, zaś wznowiono przepychanki i szturchanki. "Rzymianie" siłą zaprowadzili więc porządek, odpychając wszystkich na znośną odległość. Następnie powoli, dokładnie odmierzając, zaczęli wbijać gwoździe. Ryk krzyżowanych nie podziałał na tłum uspokajająco - wręcz przeciwnie, każdy chciał uchwycić TEN moment. Po przybiciu gwoździ trochę ucichło - co wykorzystali dziennikarze. Z kamerami i mikrofonami ładowali się do krzyżowników, zadając im pytania pt. "Co czujesz?", "Czy wolałbyś by nas tu nie było?" i tym podobne. Nie przestali nawet jak krzyż podniesiono, podstawiając ukrzyżowanemu pod nos mikrofon i grzecznie prosząc: "opisz swoje doświadczenie". Szczytem wszystkiego było pytanie żurnalistki francuskiej TV do młodego chłopaka ZARAZ po tym, jak ściągnięto go na dół i wyciągnięto gwoździe z jego rąk:
Jak było?”. Co miał odpowiedzieć człowiek, który właśnie zszedł z krzyża?! "Wspaniale" odparł.

Podczas całego zamieszania szczególną estymą cieszyły się gwoździe. Każdy chciał podejść bliżej, pstryknąć z lepszego ujęcia, dokładniej, drastycznie. Ludzie nie pobili się znów tylko dlatego, że "Rzymianie" naprawdę stracili już cierpliwość. Swoimi drewnianymi pillum okładali bez litości każdego, kto podchodził bliżej niż na 20 centymetrów. Tak wyglądało zakończenie misterium męki Pańskiej w Wielki Piątek na Filipinach.

Albo raczej - w ich części. Konkretnie: w środkowym Luzonie, bo tylko tam w tak specyficzny sposób obchodzi się Wielkanoc. Cała reszta tego prawie 90 milionowego kraju (95% chrześcijańskiego) celebruje Święta "normalnie". Większość ludzi słysząc gdzie jadę była jakby zażenowana i zawstydzona tym faktem. Ci z Luzonu są marginesem religijności całości narodu Filipińskiego. Ale - widocznym. A teraz sławnym. Tym niemniej przedstawianie tego, jako ogólnego obrazu podejścia Filipińczyków do katolicyzmu jest klasycznym Schopenhauerowskim chwytem erystycznym polegającym na przedstawieniu części całości jako ogólnego obrazu. Pytanie, czy świadomym.

Wszystko zaczęło się w 1962 r., gdy nijaki Artemio Atniola usłyszał głos Boga mówiący mu, że ma się ukrzyżować. Uczynił to, a dokonawszy tego - uzyskał moc uzdrawiania. Jego kariera, jak wielu podobnych na Filipinach (uzdrowiciele to miejscowa specjalność; charakterystyczne też jest to, że spadają oni z piedestału równie szybko, jak nań wchodzą) prędko się skończyła. Dał jednak przykład. Za nim poszło wielu.

Od tego czasu obchody Wielkiego Tygodnia na tych terenach zdominowane zostały przez obrazy krzyżujących się ludzi, a także - lub raczej przede wszystkim - biczowników, chodzących przez miasta i wsie. Kościół te praktyki potępia - ale to ten Kościół odległy, ten w Manili i ten w Watykanie. Daleki. Miejscowi hierarchowie na ten temat milczą. I słusznie - gdyż w powszechnej opinii - i tak by ich nikt nie posłuchał.

Przyjechawszy na Filipiny w przeddzień Niedzieli Palmowej, ujrzałem ich pierwszy raz we wtorek, gdy wyjechałem z Manili. Szli drogą, niosąc wielkie krzyże. Uderzającym doznaniem było to, iż... nie zrobiło to żadnego wrażenia. Patrzy się na nich mniej więcej tak, jak w Polsce spojrzałoby się na szczególnych bigotów. Idą sobie obok życia: poboczami dróg, autostrad. Mijają ich samochody, autobusy, taksówki. Przechodzą obok supermarketów, stacji benzynowych, przeciskają się między zaparkowanymi autami. Wszystko bardzo spokojne, naturalne, nikogo nie szokując ani nie przykuwając szczególnej uwagi. Jak u nas procesje. Niczym się od ogólnokatolickiej normy nie odróżniają. Tyle, że mają krzyże. Nie przybijają się do nich jednak. Nie ci ludzie.


Foto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał Lubina
Komentarzy: 6

piero70
5 kwietnia 2010 (23:56)
Gwoździe
Cześć Michał, Super tekst, super zdjęcia. Ale z tą wielkością gwoździ to chyba żeś przesadził. 50-70 centymetrów?! A może jednak milimetrów? I byłoby OK (zresztą widać to na zdjęciach)...

Igor
6 kwietnia 2010 (10:31)
ja ich dawniej nie rozumiałem
teraz widzę że to czysta komercha, więc się już nie dziwię. kapitalne zdjęcia.

michallubina
6 kwietnia 2010 (11:35)
re: gwozdzie
Mea Culpa: rzeczywiscie nie tyle centymetrow. 10 cali - to na pewno, bo tak podawali organizatorzy i ta cyfra sie czesto w rozmowach przewijala. A - jak wiesz - nigdy z matematyki dobry nie bylem i przeliczenie cali na centymetry przekracza moje skromne mozliwosci, szczegolnie w tym upale. Pzdr!

Ełk
7 kwietnia 2010 (13:05)
ci ludzie są nienormalni
gratuluję fotosów

Tamerlan
7 kwietnia 2010 (13:40)
z jakiej TV była ta
francuska dziennikarka? Co za idiotka? Podobne zdarzenie jak podczas olimpiady w Vancouver. Podchodzi dziennikarka do holenderskiego łyżwiarza szybkiego i pyta, (po biegu) i pyta jaką dyscyplinę uprawia!!!

Beata
27 sierpnia 2010 (00:09)
Gratulacje!
Dobre fotki! Całkiem realistycznie zrealizowane tylko że ... ten co był na krzyżu jako Jezus nie podobny.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Serbia, czyli poprawianie transformacji

Jeśli chodzi o nationbranding Serbowie mają jeszcze wiele do zrobienia. Gdy szykowaliśmy się do podróży, nieraz spotkaliśmy się z obawami rodziny i przyjaciół, którzy martwili się czy to...