Był sobie dzieciak, czyli kolejny nijaki film o powstaniu
    powstanie warszawskie22 · kinematografia polska21
2013-08-11
Czy w powstaniu warszawskim jest nadal coś do odkrycia? Albo czy można pokazać je w nowy, nieznany dotąd sposób? Taki cel postawił sobie Leszek Wosiewicz, który przed seansem podczas Festiwalu Nowe Horyzonty mówił o tym, że długo szukał oryginalnego sposobu na opowiedzenie swojej historii tak, jak jeszcze tego nie zrobiono.

Zamierzenie ambitne, ale wydaje się, że celu osiągnąć się nie udało.

Rzadko zdarza mi się myśleć o opuszczeniu sali w trakcie seansu, a tym razem pokusa dręczyła mnie przez większość czasu. Bardzo trudno doszukać się w tej produkcji czegoś, co można by policzyć na jej korzyść. Począwszy od irytującego narratora, którego obecność niczego do filmu nie wnosi, opowiada tylko to, co i tak widać na ekranie. Przy tym robi to jak stary, poczciwy dziadek, ewidentnie chcąc wzbudzić sympatię w stosunku do swojego bohatera. A nie jest to łatwe bo konstrukcja tego bohatera pozostawia wiele do życzenia.

Raz, że jest do bólu banalny, oto staje przed nami nieskory do walki poeta, który pod wpływem wojennych wydarzeń przeistacza się w możliwie najodważniejszego żołnierza, dwa – przemiana, jaką przechodzi wydaje się niewiarygodna ze względu na tempo, w jakiej się rozwija oraz fakt, że jest to przejście z jednej skrajności w inną. Jakby tego było mało, aktor, który postać odtwarza (Rafał Fudalej) zdecydowanie nie zagrał roli swojego życia. Podobnie jak cała reszta ekipy, mimo obecności takich nazwisk jak Magdalena Cielecka czy Eryk Lubos, ale im nie można mieć tego za złe, bo też niewiele mieli do zagrania. Zwłaszcza jeśli chodzi o Lubosa, którego osobiście uważam za jednego z ciekawszych współczesnych aktorów. Wosiewicz powierzył mu rolę, która jest wierną kopią postaci, którą ten wcześniej zagrał w "Róży" Smarzowskiego – kto widział ten wie, czego się spodziewać. Podobnie rzecz ma się z Piotrem Głowackim, choć on chyba jako jedyny zapada troszkę bardziej w pamięć, o ile widz nie wyjdzie z kina zanim jego postać pojawi się na ekranie.

Ciekawe (choć nie oryginalne!) wydawało się na początku połączenie fragmentów dokumentalnych nagrań z częścią fabularną oraz łączenie tego z rockową muzyką. Reżyser zapomniał jednak, że co za dużo, to nie zdrowo i stosował te zabiegi bez opamiętania. W efekcie powstał film chaotyczny, męczący i nijaki.

Nie byłabym jednak sobą gdybym nie doszukała się czegoś wartościowego w filmie. Tym razem jest to piosenka, która powraca kilka razy w trakcie seansu. Piękne tango "Trzeba nam się rozstać" w wykonaniu Wojciecha Waglewskiego było zachętą do wybrania się na film, w trakcie seansu nie pozwalało opuścić sali, a teraz jest jedynym miłym wspomnieniem po tym dyskomfortowym przeżyciu, jakim była jego projekcja.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".