Teraz, gdy światło dzienne ujrzała trzecia płyta Gainsbourg „IRM”, możemy spekulować, iż Francuzka wróciła do twórczości wokalnej na dobre i nie zaserwuje nam już więcej dłuższych przerw pod tym względem. To doskonała wiadomość, ponieważ przy najnowszym albumie z aktorką ponownie współpracował świetny i doświadczony artysta - tym razem był to amerykański muzyk Beck. Rezultat znów okazał się całkiem udany, jednak oczywiste jest, iż zmiana producenta to często także zmiana stylu i jak nietrudno się domyślić, w tym wypadku jest ona dosyć spora.
Jeśli ktoś zna twórczość Air i przesłuchał „5:55” Gainsbourg, zapewne zgodzi się, że wkład francuskiego duetu był tu wręcz kluczowy. Nie inaczej jest w przypadku „IRM”, ten album to w większości praca Becka, co również bardzo wyraźnie słychać. Nie przeszkadza w tym wcale fakt, iż muzyk ten utrzymał każdą ze swych płyt w innej konwencji i nie sposób go kategorycznie określić pod jednym gatunkiem muzycznym. Gainsbourg nie została tu jednak całkowicie zdominowana przez Amerykanina, zdołała przenieść na „IRM” cząstkę siebie, którą poznaliśmy na poprzednim albumie, i wcale nie mam tu na myśli jedynie kwestii wokalnej.
Już przy pierwszym kawałku – Master’s Hands, usłyszymy, że będzie to płyta znacznie bardziej zróżnicowana od poprzedniej. Beck to multi-instrumentalista, tak więc nie brakuje tu gitar akustycznych, elektrycznych, basu, skrzypiec, fortepianu, cymbałków, elektroniki czy bębnów wszelakich. Podkreślić warto zwłaszcza tę ostatnią grupę instrumentów, ponieważ jak na Becka przystało są to zazwyczaj bardzo rytmiczne kompozycje, co możemy usłyszeć w przypadku takich utworów jak Trick Pony, Dandelion, Voyage czy singlowe Heaven Can Wait. Kawałek promujący płytę to jedyny moment, w którym Charlotte i Amerykanin łączą swoje wokale, przez resztę albumu muzyce towarzyszy jedynie głos aktorki, czasem wspomagany tłem przyjemnych chórków.
Warto zauważyć, iż śpiew oraz sposób w jaki współgra on z wybranymi instrumentami to właśnie to co artystka umieściła od siebie w „IRM”, coś co jednak muzycznie łączy tę płytę z „5:55”. Wokal znów będzie bardzo spokojny, stonowany, często przechodzący w szept i przede wszystkim bardzo kobiecy. Tym lepiej brzmi to w momentach gdy Charlotte śpiewa po francusku. Piękna linia skrzypiec i fortepianu, jakiej nigdy nie usłyszelibyśmy na solowych płytach Becka, sprawia, że płyta brzmi bardziej mistycznie i emocjonalnie. Dzięki temu, chwilami, gdy głos aktorki milknie, utwory potrafią brzmieć niczym soundtrack epickiego filmu, jak np. w numerze La Collectionneuse czy w końcówce Vanities. Nie zabraknie tu również oznak sympatii Charlotte do trip-hopowych smaczków, co najwyraźniej usłyszymy w Greenwich Mean Time oraz kawałku tytułowym.
Aktorka na pewno wydała znacznie mniej melodyjny album niż „5:55”, co jest zrozumiałe w przypadku zamiany Air na Becka. Jednak swoje indywidualne motywy, które jako nowe w muzyce Amerykanina wprowadziła na „IRM”, są od zawsze znane w twórczości Air. Tym samym sądzę, że styl francuskiego duetu pasował do Charlotte znacznie lepiej, w rezultacie dając bardziej zmysłowe i klimatyczne kompozycje. Mimo wszystko, najnowszy album aktorki to całkiem pozytywna zmiana, którą chętnie jeszcze nie raz przesłucham, mając nadzieję, że następne będą jeszcze lepsze. Wiem, że ją na to stać, ponieważ Gainsbourg już dawno udowodniła, iż jest wszechstronnie utalentowaną artystką.
Po sukcesie debiutanckiej płyty „Lungs” na współpracę z Florence Welch czekali najlepsi amerykańscy kompozytorzy i producenci, w celu nagrania drugiej płyty ponoć było już nawet...


Start



Komentarzy: 0