Chiny - lustrzane odbicie Zachodu w dokumentach z cyklu „OBLICZA CHIN”
    film74 · festiwal filmowy86 · Chiny152 · Pekin8
2008-10-17
Sierpniowe wydanie miesięcznika dvd, który prezentuje najlepsze światowe dokumenty docenione na warszawskim festiwalu Planete Doc Review, było formą manifestacji. Właśnie zaczynało się olimpijskie szaleństwo, przywódcy zachodnich państw zastanawiali się: jechać czy nie jechać do Pekinu, widzowie: oglądać czy nie oglądać telewizyjnych relacji z olimpiady. Wydawca kolekcji - Against Gravity - przekonywał: oglądać! i do oglądania zproponował trzy bardzo dobre filmy, zrealizowane we współczesnych Chinach przez wytrawnych dokumentalistów z Zachodu.

Tym najważniejszym w zestawie miał być zdobywca Grand Prix Planete Doc Review 2008, nagrody Millennium - „W górę Jangcy” (Kanada, 2007) w reżyserii Kanadyjczyka chińskiego pochodzenia Yunga Changa. Ale – mówiąc szczerze – trudno przyznać palmę pierwszeństwa któremukolwiek z dokumentów. Wszystkie trzy są niezwykle interesujące. Nazwiska realizatorów pozostałych propozycji mówią same za siebie – w ekipie „Sfabrykowanego krajobrazu” (Kanada, 2006) Jennifer Baichwal znalazł się Peter Mettler (jako autor zdjęć i kreatywny konsultant) – gwiazda jednej z edycji festiwalu Era Nowe Horyzonty. Wypełnione przestrzenią, a jednocześnie intymne, skupione na sobie, medytujące dokumenty Mettlera - „Picture of light” czy „Gambling, Gods and LSD” - okazały się wtedy wielkim zaskoczeniem, prawdziwym festiwalowym odkryciem. Z kolei reżyser niezależnych „Chin w kolorze blue” (USA, 2005) Micha X. Peled jest postacią o naprawdę ciekawej biografii. Urodził się i wychował w Izraelu, z którego wyemigrował do USA, by imać się najróżniejszych prac – importował hamaki i baranie kożuchy, był nauczycielem, strażnikiem w więzieniu, niezależnym dziennikarzem i przewodnikiem wycieczek po dżungli w Tajlandii i Brazylii. Reżyserem zaangażowanym został we wczesnych latach 90. Założył własną firmę producencką Teddy Bear Films. Pierwszym profesjonalnym filmem Peleda była historia życia jego matki - „Will My Mother Go Back to Berlin?” (1993).

LIST W BUTELCE

Dokument Peleda jest najbardziej „chiński” z całej trójki. Dotyka chińskiego życia bez charakterystycznej dla zachodnich twórców estetyzacji, która więcej niż o Chinach mówi o nich samych. Tu najważniejszy jest temat – opowieść o nastoletniej Jasmine, która jak wiele jej podobnych, młodych dziewcząt wyrusza z rodzinnej syczuańskiej wioski, by dotrzeć do jednej z fabryk odzieżowych w Shaxi, niedaleko Kantonu. Jej historia ilustruje życiową sytuację większości Chińczyków, najtańszej siły roboczej na świecie. Brak jakichkolwiek praw pracowniczych, brak snu, brak pieniędzy, które pracodawcy wypłacają, kiedy chcą, wyczerpująca praca na akord nieraz i całą dobę bez przerwy, tęsknota za domem to codzienność młodziutkich robotnic z fabryki. Dżinsy, które szyją dziewczyny, zachodnia ikona wolności, stają się znakiem zniewolenia. Barbarzyński, brutalny kapitalizm podlany komunistycznym sosem to trudna do przełknięcia regionalna potrawa. W ogłupiającym rytmie życia jedynym ratunkiem dla bohaterki Peleda jest zapisywanie wymyślonych opowieści o dzielnej wojowniczce kung-fu Shiang-Shiang, która podobnie jak Jasmine walczy z przeciwnościami losu. To gra, jaką dziewczyna prowadzi z rzeczywistością, o wiele bardziej niewinna niż ta, którą rozgrywają właściciele fabryk, poddawani kontroli zachodnich obserwatorów i obrońców praw człowieka. Fikcja jest dla Chin czymś naturalnym. Jasmine postanawia napisać list i włożyć go w kieszonkę dżinsów, które uszyła razem z koleżankami. To taki „list w butelce”, który będzie dryfował po oceanach zachodniej konsumpcji, być może ktoś przez przypadek go przeczyta, być może kogoś poruszy. Opisze w nim siebie i swoich przyjaciół, rodzinę, podróż, fabrykę, pracę, zwierzy się z marzeń i z własnych doświadczeń. Skoro stać cię na kupno tych dżinsów – napisze – mam nadzieję, że nie musisz pracować tak ciężko jak my i jesteś szczęśliwy. Tym listem jest film Peleda.

PIĘKNO SMUTKU

U Peleda odnalazłam prawdziwe Chiny, w których przez kilka tygodni z uwagą przyglądałam się ludziom i pokrytym pyłem, szerokim ulicom, unikając turystycznych atrakcji. Z autopsji wiem, że 100 juanów ma słodki różowy kolor, ale dopiero film Peleda uświadomił mi, ile pracy, wyrzeczeń i wewnętrznego smutku wymaga tu zdobycie 100 juanów. Chiny to bardzo smutny kraj. Mimo gigantycznych inwestycji, z niczym nie porównywalnej feerii świateł na głównych placach nowych miast i wypełnionych tańczącymi ludźmi parków. Tym smutkiem dotknięty jest każdy kąt. Musiał go zauważyć, szczególnie uwrażliwiony na jego czarującą moc, kanadyjski fotografik Edward Burtynsky, który wyruszył do Chin w poszukiwaniu industrialnych krajobrazów, a za nim ekipa filmu „Sfabrykowany krajobraz”.

Burtynsky należy do grupy współczesnych artystów, którzy piękna poszukują wśród śmieci. Zdając sobie sprawę z reguł, panujących w konsumpcyjnym świecie, który z piękna uczynił najlepiej sprzedający się towar, estetyzują na potęgę. Fotografie Burtynsky'ego są doskonałe, są oszałamiające. Fotografuje krajobrazy przekształcone, często zdewastowane przez człowieka, tak, jakby fotografował te naturalne, którymi tak lubimy się otaczać, kupując fototapety z jesiennym lasem albo karaibskim atolem. Przytłaczające piękno postindustrialnych ruin ma jednak swoje drugie dno. W zmienionym krajobrazie raz po raz pojawia się przecież człowiek. I to nie jako winowajca, ale raczej - ofiara. Biedacy z Bangladeszu, rozbierający na części oblepione ropą wraki statków, obok mieszkańców chińskiej wioski skrupulatnie przerabiających komputery na dające się wykorzystać kupki niezdrowego „złomu”. Tam gdzie są ludzie, tam są i odpady. Transporty odpadów przybywają do Chin, by sprawne chińskie ręce wyczarowały z nich kolejne przedmioty jednorazowego użytku. Zmultiplikowane na zdjęciach artysty, śmieci wyglądają jak fragmenty malarskich wizji piktorialistów, czy abstrakcjonistów. Burtynsky opowiada o tym, co złego uczyniliśmy planecie. Ale jego fotografie mówią co innego. Planeta nie doznała uszczerbku, stała się jeszcze piękniejsza, choć tkwi w tej wizji i odrobina niepokoju. Może właśnie dzięki niemu te fotografie są jeszcze atrakcyjniejsze. Film Jennifer Baichwal dotyka czegoś bardzo ważnego, jakiejś odwiecznej ambiwalencji, wpisanej w dzieje świata i człowieka, fascynacji złem, przemocą, niesprawiedliwością, ale też postępem, który je usprawiedliwia.

ATLANTYDA

I wreszcie zdobywca laurów - „W górę Jangcy” - to film jakby przełamany na pół. Wyobrażam sobie, że jest trochę taki, jak jego autor – Yung Chang, skośnooki Kanadyjczyk, który słucha opowieści dziadka o dawnych Chinach, które już nie istnieją, ponieważ zostały zalane, zatonęły jak mityczna Atlantyda. Nawet jeżeli ta metafora wyda nam się nieco sentymentalna, w dolinie, którą płynie chińska rzeka Jangcy, staje się realnością. Budowa gigantycznej tamy Trzech Przełomów oddaje odmętom kolejne miasta i wioski, miliony ludzi już są lub zostaną przesiedlone, a ich domy zniszczone. Mimo że w centrum opowieści Changa znajduje się historia podobnej do Jasmine, wiejskiej dziewczyny, zmuszonej przerwać szkołę i pracować na pasażerskim statku, opowiada też o zachodnich turystach, którzy tym statkiem podróżują, karmiąc oczy widokami ostatnich chwil zatapianych miast.

Wszyscy uwielbiamy fikcję. Jesteśmy cesarzami fikcji. Chang z jednej strony ją demaskuje, pokazując z siłą kontrastu życie wiejskiej rodziny na właśnie zalewanym terenie i reguły, rządzące relacjami mieszkańców pasażerskiego statku. Z drugiej – nie unika zamazującej surowość przekazu urody świata, odchodzącego i tego, który nadchodzi. Wspólny posiłek w pozbawionym prądu, skleconym z byle czego domku nad rzeką pokazuje jak romantyczną kolację przy świecach. Betonowe bebechy tamy, otulone mgłą, czy smogiem, cudownie monochromatyczne, zyskują w jego kadrach podniosłą, niemal świątynną atmosferę.

Cykl „Oblicza Chin” to nie bedeker, który pomoże nam poznać daleki, egzotyczny kraj. Uzupełniające się filmy Changa, Peleda i Baichwal dotyczą świata, w którym żyjemy. W którym hasło globalizacji przestało być naukowym terminem. Chiny są bardzo blisko, my jesteśmy blisko Chin. Takie sąsiedztwo chwilami wydaje się bolesne, bo oglądamy w chińskim zwierciadle zniekształcone własne odbicie, wyolbrzymione najgorsze własne cechy, największe błędy. Chiny to nie jest wybryk natury, efekt szaleństwa jakiejś obcej siły. Autorzy „W górę Jangcy”, „Sfabrykowanego krajobrazu” i „Chin w kolorze blue” nie dadzą nam zasnąć spokojnym snem.

Festiwal Filmowy Planete Doc Review 2008, który odbył się w warszawskiej Kinotece w maju, widzowie spoza stolicy mogli śledzić w internetowym kinie Iplex www.iplex.pl.

strona festiwalu: www.docreview.pl
Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".