Chwila refleksji przed świątecznym szaleństwem
    konsumpcja10 · religia12 · kultura wysoka7 · kapitalizm6
2013-12-10
Piszę te słowa, bo już połowa listopada za nami – a świątecznych (tj. bożonarodzeniowych) reklam i dekoracji coraz więcej. Pierwsze zazwyczaj pojawiają się już po 11 listopada, a niekiedy bezpośrednio po święcie zmarłych. Ot, kapitalizm.

Świąteczna ciężarówka Coca-Coli

W Biblii nie jest napisane kiedy dokładnie urodził się Jezus. Symbolicznie (czy też strategiczne) ojcowie kościoła wyznaczyli ten dzień na 25 grudnia. Absolutnie nieprzypadkowo – w okolicach tej daty ma bowiem miejsce zimowe przesilenie. (Przesilenie zimowe na półkuli północnej wypada 21 bądź 22 grudnia, jednak na początku naszej ery, w kalendarzu juliańskim, przed reformą był to 25 grudnia). Większość starożytnych religii obchodziło w tym czasie jakieś święto. Ma to związek z faktem, że w grudniu słońce zaczyna się odradzać, dni stają się coraz dłuższe, natura daje znak że to nie koniec, że niebawem rozpocznie się nowy cykl. Dla ludzi niedysponujących elektrycznością, zwartą siecią komunikacji, w pełni zależnym od kaprysów natury, była to naprawdę dobra wiadomość.

Cofnijmy się teraz jednak mniej więcej o 1500 lat. Jesteśmy w Europie, chłodny grudzień daje się we znaki praktycznie każdemu człowiekowi, a nasi niedojadający na co dzień przezorni przodkowie zgromadzili zapasy, które można teraz uszczuplić. Ba, masy na to czekają!

Mądre głowy obserwujące grudniowe szaleństwo pomyślały: wszyscy ludzie coś świętują, ciężko by było im tego zakazać – niech więc świętują, ale coś innego. I najważniejsze: razem. Miało to miejsce w IV wieku naszej ery. W jakich okolicznościach? Wciąż trwają spory. Więcej tu jednak zimniej kalkulacji niż natchnionego mistycyzmu, a już na pewno sporo astronomii. Warto odnotować, że czas od narodzin Chrystusa zaczęto liczyć dopiero w pierwszej połowie VI wieku!

Rzymskie święta ku czci Saturna, narodziny Mitry, święta odrodzenia słońca u Celtów, Germanów, Słowian i innych nacji oraz wszystkie związane z nimi analogie – zostawmy je. Skupmy się na tu i teraz.

Wigilia już tuż, tuż, a wraz z nią wieczorne obżarstwo (po którym sen nie będzie tym najzdrowszym w ciągu roku, a na pewno nie najmocniejszym – no chyba ze zapobiegliwe polana zostanie czysta, bądź jakiś lepszy alkohol). Mamy co prawda więcej jedzenia niż możemy przyswoić, bardzo kalorycznego i różnorodnego, nie uzależnionego, jak kiedyś, od produktów sezonowych, swoistą nadwyżkę – ale tradycja to tradycja (a ludzie nie są wnikliwi). A więc zjemy więcej niż organizm będzie w stanie przyjąć i przetworzyć.

Rozmowy przy świątecznym stole: starzy – głownie o zdrowiu, kredytach, ile kto wydał, co kto kupił i kto ma wydajniejszy silnik w aucie; młodsi – iPody, tablety, komórki, i co kto pił oraz jakie magiczne właściwości mają zwykłe leki bez recepty w nieco większej ilości niż zalecają farmaceuci. Ponadto odwieczne tematy – kto z kim i co się urodziło – ponadwiekowo łączą pokolenia. Prócz tego wychodzące na jaw (a skrywane pieczołowicie przez cały rok) animozje, nowe, rodzące się dopiero antagonizmy oraz zwyczajne przepychanki słowne – ot tak, rozrywkowo.

Przez lata Boże Narodzenie obrosło w różne folklorystyczne tradycje, które coraz bardziej wypaczały jego sens (bądź ubogaciły je – jak kto woli). To, co powszechnie kojarzy się ze świętami: śnieg, choinka, postać obdarowująca prezentami dzieci grzeczne oraz karząca te krnąbrne (jak się zdaje najpopularniejszy jest Mikołaj), dzwoneczki i cukrowe słodkości – mają niewiele wspólnego z tym, co miało miejsce przeszło 2000 lat temu.

Święta bardzo wcześnie przestały mi się podobać. Miało to chyba miejsce jakoś tak około dwunastego roku życia, kiedy czułem więcej rutyny i rozczarowania, niż podniecenia wynikającego z faktu, że przyjdą goście i będzie można tych gości posłuchać. No i mniejsze pożądanie prezentów – bo wiadomo, te częściowo kompletnie nietrafione, a jeśli nawet trafiające w gust i potrzebę chwili, to jednak żaden normalny człowiek nie jest Gollumem upajającym się danym przedmiotem z niesłabnącą ekscytacją – dzięki Bogu było skromnie i mnie to nie zepsuło. Niemniej brak atmosfery, brak wyjątkowości – ogólny deficyt poczucia, że to wyjątkowe święto, uroczysty czas (tj. tego podtrzymywania ułudy). Ani przeżyć duchowych, ani szczególnych uciech ciała.

I tak święta przestały być dla mnie atrakcyjne. Na pewno skłania to do analiz lepiej niż świąteczna euforia.

Kiedy jadę przez miasto autobusem, i widzę te ozdobne iluminacje, reklamy i ludzi gotowych dać sobie w mordę, byleby tylko załatwić wymarzone sprawy na czas, cynizm i umordowane karpie... czuję się jakbym był pośród obcych mi ludzi... To niekoniecznie mizantropia... po prostu: mógłbym się znaleźć podczas Chanuka w Jerozlimie i pewnie podobnie nie łapałbym o co chodzi.

Z uwagi na fakt, że rzadko oglądam telewizję, a filmy dawkuję sobie sam, w zasadzie omijam ten cały harmider (tj. obowiązkowy program świąteczny) – bo przecież głownie w telewizji skupia się to całe przeżywanie, a w domu jest po świecku. Jezus i jego narodziny to zaledwie niewymienialny werbalnie podczas samej uroczystości dodatek do suto zastawionego stołu, sztucznej choinki czy symbolicznej gałązki z bombkami. Kolęd się nie śpiewa – większość rodziny wyznaje religię w stylu pop: czyli niezbyt głęboko, a w zasadzie nie tyle wyznaje, co ich kiedyś w jej ramy wtłoczono i nie wyszli. Jak z odstającymi uszami – mam bo mam: nic z tym nie zrobię, a żyć trzeba.

Święta to taki rytuał: chcesz czy nie – musisz się spotkać i wspólnie pooglądać telewizję, rodzinnie. I zjeść w trzy dni tyle co w tydzień – jest Ci niedobrze, czyli jest dobrze... tj. niedobrze, ale rytuał został spełniony – można wspólnie ponarzekać na kłopoty z trawieniem, wzdęcia i mdłości, szybko zapomnieć o niezbyt wyczekiwanych i nieudanych prezentach, bądź poirytować się nieco na nie (kiedy już darczyńca zniknie z oczu reszty). Bądź uradować się nowym gadżetem, kompletnie niezwiązanym ze świętem: wolność.

Czyż owa aureola, to nie odradzające się słońce? Już egipscy bogowie biegali z czymś takim na głowie. Czy to chodzi tylko o słońce, radość i bycie razem, a reszta to dorabianie ideologii? Czy przez brak szczerości coś nam nie umknęło, pierwotny sens nie zanikł... wykreowaliśmy dużo form bez właściwej treści? Ja tak to widzę.

Charakterystycznym dla naszego gatunku jest zapominanie o genezie (i jej całej złożoności) poszczególnych świąt i rytuałów, bezrozumne odprawianie obrzędów i spychanie myślenia na drugi tor. A skutki to obolały brzuch i poczucie pogwałcenia swojej wolnej woli.




Chcesz odnieść się do stanowiska autora, chcesz polemizować, skomentować ten tekst? A może chciałbyś Drogi Czytelniku napisać na inny temat?
Jeżeli jesteś zainteresowany i zdecydowany przeczytaj nasz anons dotyczący współpracy redakcyjnej lub od razu napisz i wyślij do nas swój materiał na adres: redakcja@mojeopinie.pl. Odezwiemy się szybko!!

Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
O Instytucie „Pamięci Narodowej”, czyli Polaków problemy z pamięcią oraz historią

Mało jest sporów w polskiej przestrzeni publicznej, które wzbudzałyby równie wielkie emocje jak kwestie historyczne. Chociaż renoma historii, jako nauki grzebiącej w dawnych dziejach i...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".