Clegg versus Farage czyli euroliberał i pogrobowiec Imperium
    Nigel Farage3 · Wielka Brytania43 · Unia Europejska276 · Nick Clegg3
2014-04-27
26 marca i 4 kwietnia w dwóch transmitowanych przez telewizję debatach zmierzyli się przywódca Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) Nigel Farage oraz wicepremier Rząd Jej Królewskiej Mości, lider Liberalnych Demokratów Nick Clegg.

BBC Productions, wikimedia commons,

Warto przeanalizować ten pojedynek, ponieważ pokazuje on wokół jakich sporów koncentruje się obecnie polityka na Wyspach.

Pretekstem do oratorskiego starcia była kwestia ewentualnego referendum dotyczącego wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Premier David Cameron obiecał, że po wygranych przez Konserwatystów wyborach referendum takie zostanie rozpisane – taka perspektywa ma dać czas na ewentualną renegocjację traktatów unijnych oraz poskromienie skrajnie eurosceptycznej opozycji wewnątrzpartyjnej. Tym niemniej od dłuższego czasu sondaże dają przewagę Partii Pracy, nie jest więc pewne, czy do takiego referendum w ogóle dojdzie. Farage i Clegg to przywódcy stronnictw mających na kwestię UE najbardziej wyraziste stanowiska – UKIP domaga się wyjścia z Unii i zorganizowania referendum jak najszybciej. Liberalni Demokraci zaś to tradycyjnie najbardziej prounijna partia w Parlamencie, pragnąca większego zaangażowania Wielkiej Brytanii w instytucjach unijnych. Nie są to jednak główni aktorzy wyspiarskiej sceny politycznej, jednak Cameron i Ed Miliband udziałem w debacie nie byli zainteresowani. Torysi stoją trochę w rozkroku. Z jednej strony część partii jest eurosceptyczna w stopniu równym co UKIP, jednak jej mainstream nie chce definitywnie opuszczać UE. W rozkroku znajduje się również Partia Pracy. Wprawdzie to gabinet premiera Blaira otworzył rynek pracy dla obywateli nowych państw Unii, jednak coraz częściej słychać w obozie lewicy opinię, że była to decyzja błędna. Póki co David Cameron zdaje się szachować rywali hasłem: Laburzyści i Liberalni Demokraci nie chcą zorganizować referendum, a UKIP nie może. Partia Konserwatywna chce i może.

Podobno gentlemani o faktach nie dyskutują, jednak w tym przypadku brak było porozumienia nawet co do podstawowych danych. Chociażby co do tego, ile z obowiązującego w UK prawa jest pochodzenia unijnego. Clegg, przytaczając dane Biblioteki Izby Gmin, twierdził że 7%. Farage obstawał przy tym, że co najmniej połowa. Podczas pierwszej z godzinnych debat przywódca UKIP przedstawiał swego rywala jako część skompromitowanego politycznego establishmentu, uniemożliwiającego wyborcom wyrażenia opinii na temat dalszej obecności ich kraju w ramach UE. Clegg natomiast odpowiadał, że Brytania w Europie będzie bogatsza, silniejsza i bezpieczniejsza. Opuszczenie Unii miałoby jego zdanie zniweczyć skutki z trudem osiągniętego (zresztą przy współudziale Liberalnych Demokratów) ożywienia gospodarczego. Farage ripostował, że gdyby dziś odbywało się referendum akcesyjne, to większość Brytyjczyków powiedziałaby „nie”. Jego zdaniem z Europą należy handlować, a nie być zarządzanym przez jej instytucje.

Przywódca Niepodległościowców oskarżał główne partie o brak zaufania do wyborców i celowe wyznaczenie takich warunków przeprowadzenia referendum, które czynią je niepewnym. Wicepremier obstawał, że referendum jest bezcelowe w sytuacji, kiedy instytucje unijne wciąż podlegają przeobrażeniom. Publiczność na sali bardzo interesowała (i potencjalnie powinna też interesować polskiego odbiorcę) kwestia imigrantów zarobkowych. Zapytany o setki tysięcy Wschodnich Europejczyków odbierających nisko płatne prace Brytyjczykom Nick Clegg odpowiadał, że przyjezdni także tworzą miejsca pracy. Nigel Farage pomstował natomiast na otwarcie granic dla 450 milionów Europejczyków i wykazywał, że sytuacja taka przyczynia się do obniżenia płac.

Poruszono również głośną także w Polsce sprawę popierania zasiłków na dzieci znajdujące się poza granicami Zjednoczonego Królestwa. Wicepremier Clegg przyznał, że zasiłki takie nie mają sensu i podkreślił działania rządu mające na celu ich ograniczenie. Zaznaczył przy tym, że imigranci pobierają zaledwie 2% ogółu świadczeń społecznych i znacznie więcej do wspólnej kasy wpłacają pomagając finansować szkoły czy szpitale. Publiczność domagała się także odpowiedzi na pytanie, jak Wielka Brytania zamierza konkurować gospodarczo z Chinami czy Indiami. Clegg odparł, że kraj będzie silniejszy a nie słabszy jako część ekonomicznego mocarstwa. Farage ripostował, że członkostwo w Unii Europejskiej uniemożliwia Zjednoczonemu Królestwu zawieranie własnych umów handlowych. Lider liberałów stwierdził na to, że po wyjściu z Unii Brytyjczycy byliby zmuszeni renegocjować 77 umów z innymi krajami przez kolejnych 20 lat. Wskazywał także na zalety europejskiego listu gończego w zwalczaniu przestępczości.

Dyskutowano również na temat kryzysu ukraińskiego. Nick Clegg wyraził dumę z udziału Wielkiej Brytanii w spełnieniu europejskich aspiracji państw postkomunistycznych. Farage natomiast za sytuację na Ukrainie obwinił ekspansjonistyczną i imperialistyczną politykę Unii Europejskiej i brytyjskiego rządu, która dała Ukraińcom fałszywe nadzieje i przyczyniła się do eskalacji wydarzeń. Jego argumentacja nie odstawała zbytnie od tego, co choćby w Polsce głoszą prawicowi publicyści tacy jak Janusz Korwin-Mikke czy Adam Wielomski, jednak dała Cleggowi dobrą okazję to przedstawienia oponenta jako kumpla Putina. Według sondażu YouGov zdaniem 57% respondentów debatę wygrał Farage, zaś Clegg – według 36%. W moim odczuciu zakończyła się ona remisem.

Polecamy: Wielka Brytania zagłosuje w referendum w sprawie UE?

Podczas drugiej debaty kontynuowano wątki z pierwszej. Farage mówił, że polityka przyzwolenia na liczną imigrację oraz „zasiłkowa” hojność dla przyjezdnych doprowadziła do wytworzenia wśród rdzennych Brytyjczyków białej podklasy. Widać tutaj pewną zmianę w narracji UKIP. Choć partia to w gospodarce nadal odwołuje się do wzorów thatcherowskich, to wizerunkowo nie jest to już „taki angielski korwinizm”. Obecnie Niepodległościowcy dążą do przyciągnięcia rozczarowanych wyborców wszystkich partii – Partii Pracy nie wyłączając, a może nawet ją mając szczególnie na myśli. Clegg przedstawił starą ulotkę UKIP przedstawiającą amerykańskiego Indianina i napis głoszący Jemu też nie przeszkadzała imigracja. Teraz siedzi w rezerwacie., sugerującą że Brytyjczyków również czekają rezerwaty w ich własnym kraju. Farage bronił się, że nie przypomina sobie tej ulotki. 69% ankietowanych orzekło, że drugą debatę wygrał Farage, zaś 31% że Clegg. Także i moim zdaniem lider Partii Niepodległości był wyraźnie lepszy. Wicepremier jest dobrym mówcą, ale był to zupełnie inny Clegg niż ten który kilka tygodni wcześniej w zastępstwie przebywającego akurat z wizytą w Izraelu Davida Camerona odpowiadał na pytania posłów.

Zdaniem Brytyjczyków wyraźnym zwycięzcą obydwu debat był Nigel Farage. Nie dziwi to przy uwzględnieniu bieżących trendów politycznych. Liberalni Demokraci dołują w sondażach, płacąc ogromną cenę za niepopularną koalicję z Torysami. UKIP natomiast zwyżkuje i o ile w Izbie Gmin, z uwagi na ordynację większościową, wielkiej reprezentacji póki co mieć nie będzie (chociaż gdyby hipotetycznie wszystkie głosy zamiast na Niepodległościowców oddano na Konserwatystów, Cameron drugą kadencję miałby w kieszeni), o tyle w eurowyborach może „namieszać”.

Debaty były ciekawe także dlatego, że był to pojedynek dwóch polityków „niedzisiejszych”. Nick Clegg to polityk „wczorajszy” typowy zachodnioeuropejski liberał, który dobrze sprawdziłby się w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia czy też najpóźniej w momencie rozszerzenia UE także o Polskę. Były to czasy mniemanego końca historii i wielu sądziło, że Unia Europejska będzie panaceum na wszystkie trapiące nasz kontynent troski. Niestety, chociażby wydarzenia na Ukrainie przypominają nam, że historia bynajmniej się nie skończyła, a Unia nie ze wszystkim jest w stanie sobie poradzić.

Nigel Farage jest zaś politykiem wręcz „przedwczorajszym”, wciąż żyjącym w blasku chwały Imperium Brytyjskiego. On nie jest wcale nową Margaret Thatcher – to raczej nowy Enoch Powell. Widać to było chociażby przy wymianie zdań dotyczących umów handlowych. Argumenty lidera UKIP nie były pozbawione sensu. Członkostwo w Unii bardzo osłabiło więzy z krajami Commonwealthu. Przecież Kanada czy Australia były z Wielką Brytanią połączone szczególnymi więzami o charakterze także ekonomicznym. A teraz Zjednoczone Królestwo musi stosować się chociażby do unijnej wspólnej polityki celnej. Także antyimigranckość Farage’a nie jest motywowana nacjonalistycznie czy rasistowsko, ale właśnie postimperialnie. Pani która podczas debaty zadała pytanie o napływ zagranicznych pracowników była, sądząc z urody, Hinduską. Szef UKIP odpowiadając jej bardzo narzekał, że Unia każe zamiast Hindusa czy Nowozelandczyka przyjmować Rumuna czy Bułgara. Nawet prorosyjskość czy proputinowskość Farage’a pasuje do tego wzorca. Przed Thatcher bynajmniej nie wszyscy brytyjscy przywódcy konserwatywni byli tak pryncypialnie antysowieccy a i pryncypialność Żelaznej Damy naznaczona była typowo brytyjskim pragmatyzmem).

Wydaje mi się, że gdybym był Anglikiem, argumenty przywódcy Partii Niepodległości przekonałyby mnie. Problem polega jednak na tym, że jestem Polakiem – do Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu lepszego życia wyjechały setki tysięcy moich rodaków, a kto wie, czy i ja nie będę kiedyś „dumać na londyńskim bruku”. I co z tego? To, że Nigel Farage jest politykiem otwarcie antyimigracyjnym. Polscy jego sympatycy, głównie zwolennicy Kongresu Nowej Prawicy, lubią zaklinać rzeczywistość – on nie ma nic do imigrantów, on chce tylko odebrać zasiłki. Jest to absolutnie nieprawdą. Zjednoczone Królestwo w wizji Farage’a to kraj budek strażniczych na granicy (jakże kontrastuje to z tak idealizowanym przez konserwatywnych liberałów XIX wiekiem) oraz pozwoleń na pracę (co było szczególnie podkreślane w drugiej debacie). Gdyby UKIP zrealizowała swój program, to do pracy w Wielkiej Brytanii z naszej części Europy przyjeżdżać mogliby jedynie wysoko wykwalifikowani specjaliści i to na specjalne zaproszenie. Sytuacja jaką dziś znamy, że bezrobotny Polak przyjeżdża na Wyspy i niemal od ręki dostaje pracę niby mało prestiżową, ale pozwalającą na godne życie (bo różnicy w cenach wielkiej nie ma, w przeciwieństwie do różnicy w zarobkach) odeszłaby w niepamięć. Bo obywatel dowolnej byłej brytyjskiej kolonii zawsze będzie bardziej „swój” od „jakiegoś tam” Polaka.

Głównie z tych przyczyn nie życzę Partii Niepodległości dojścia do władzy, ani większego wpływu na nią. Nie oznacza to, że opinie Nigela Farage’a nie zasługują na refleksję, a poparcie dla niego na zrozumienie. Mam też nadzieję, że mieszkańcy Zjednoczonego Królestwa odrzucą opcję wyjścia z Unii w referendum – bo prawa do niego nie śmiem im odmawiać. Podziwiam Brytyjczyków i uważam, że od nacji tej należy się uczyć. Mam nadzieję, że takie ulokowanie moich życzeń co do polityki w UK świadczy o dobrym odrobieniu lekcji typowo wyspiarskiego cynicznego pragmatyzmu.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Wschodnia Ukraina w ogniu

Wschód Ukrainy to nadal pole walki. W związku z wyborem Petro Poroszenki na stanowisko prezydenta, wiele wskazuje na to, że walka ta nabierze na sile. Separatyści usłyszeli wreszcie, że...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".