Cmentarz WWW
    serwisy internetowe37 · Internet53
2010-12-31
Autor: Otto Katz
Jeszcze niedawno na łamach MojeOpinie rozwodziłem się nad historią sukcesu, odniesionego przez wielkich internetowego świata. Piejąc z zachwytu nad tym, jak chałupniczo tworzone przez pasjonatów stronki stały się medialnymi gigantami nie wolno jednak zapomnieć o tych, którzy zostali z tyłu. Nie wytrzymali morderczego tempa, narzuconego podczas wyścigu o dominację w cyberprzestrzeni. Tak jest. Tym razem piszę o mniej lub bardziej spektakularnych klęskach, wielkich przegranych i nieudanych projektach, które miały szanse wiele osiągnąć, ale gdzieś zabrakło jakiegoś ważnego elementu.

Naturalnie, skoro mówimy o porażkach, czy upadkach, to nie braknie tu witryn, o których w tej chwili nie usłyszymy wiele ponad ponure 404: not found. Aczkolwiek pod niektórymi z adresów, na jakie natkniecie się poniżej, wciąż znajdują się normalnie funkcjonujące strony internetowe. Niektóre dogorywają w cieniu dawnej świetności, inne wciąż się rozwijają i na zgliszczach niegdysiejszych osiągnięć usiłują ponownie zbudować sobie dobrą pozycję. Nie będziemy się jednak zbyt długo zastanawiać nad tym, czy realizacja tych ambitnych planów się powiedzie. To, co interesuje nas tym razem, to odpowiedź na pytanie: dlaczego w pewnym momencie każda z poniższych witryn znalazła się w sytuacji podbramkowej i nie potrafiła wyjść z tego obronną ręką.

OdSiebie

Piraci w Polsce mieli swoje pięć minut – powiedzmy to sobie szczerze. OdSiebie.com było, jak na rodzime warunki, wielkim przedsięwzięciem. Serwis hostingowy z prostą wyszukiwarką plików multimedialnych i funkcją streamingu danych – pomysł prosty jak budowa cepa, ale chwycił idealnie. Przez moment nawet pozycja RapidShare i The Pirate Bay wydawała się u nas zagrożona, bo ludzie rzucili się na ten pomysł jak Amerykanie na promocje w Black Friday. Każdego dnia gigabajty danych trafiały na serwery OdSiebie, skąd pod swoje wirtualne strzechy ściągali je wszyscy chętni – a tych, rzecz oczywista, nie brakowało ani przez chwilę. Z tymi materiałami wiązał się jednak pewien, całkiem niemałych rozmiarów problem. Otóż miażdżąca większość plików, którymi użytkownicy witryny wzbogacali jej nieprzebrane zasoby, nie miała nic wspólnego z pojęciem legalności.

Utwory muzyczne, filmy, oprogramowanie – dostęp do tego wszystkiego stał w jawnej sprzeczności z prawem i w końcu ktoś musiał zareagować. Do akcji wkroczyła policja, zatrzymała właściciela strony, a samą witrynę zamknęła. Od tamtego czasu, a działo się to jesienią zeszłego roku, jedynym śladem działalności OdSiebie.com są smętne e-nekrologi opublikowane na bardzo wielu polskich portalach. Piracka sielanka nie mogła trwać zbyt długo, strona żyła szybko i umarła młodo. Pomiędzy 2007 a 2009 rokiem zyskała ogromną popularność, natomiast dziś pod adresem OdSiebie.com nie ma już nic poza krótkim komunikatem: nie odnaleziono serwera. Co ciekawe, Chomikuj.pl – druga rodzima przystań dla wirtualnych „korsarzy” wciąż trzyma się świetnie i nic nie wskazuje na to, by miała w najbliższym czasie wyparować. Cóż, niezbadane są koleje losu.

Lycos

Jeden z pierwszych wielkich serwisów internetowych w historii. Lycos dawno był już na rynku, kiedy o Google nikt jeszcze nawet nie myślał. Stronę założono w 1994 roku – jeszcze przed internetowym boomem, toteż na tym rynku brakowało poważnych, wielkich graczy. Można śmiało powiedzieć, że w tej kategorii projekt Michaela Lorena Mauldina był przedsięwzięciem pionierskim. Na przestrzeni lat Lycos dokonuje przebranżowienia – ze zwykłej wyszukiwarki treści staje się pełnoprawnym portalem. Pod tą banderą działają mniejsze serwisy najróżniejszego typu. Lycos sprawdza się jako „strona-orkiestra”. W drugiej połowie lat 90. jeżeli czegoś nie znajdzie się tam lub na America Online, to nie znajdzie się tego nigdzie. A jednak, w pewnym momencie bańka z napisem „Lycos.com” pęka.

Coś nie zagrało, gdzieś zabrakło jakiegoś fundamentalnego elementu i nawet, w szczytowym momencie, przebicie popularnością Yahoo nie wystarczyło, by utrzymać się na topie. Kiedy na przełomie wieków hiszpańska Telefonica przejęła portal, zaczęły się problemy. Spółki powiązane z Lycos umowami zaczęły popadać w finansowe tarapaty. Cały złoty interes zawalił się jak starannie ułożone domino. Wśród gigantów internetowej branży zaczęło brakować miejsca dla projektu Mauldina. Europejski oddział firmy przestał istnieć, a w 2004 roku Hiszpanie pozbyli się swoich udziałów za ułamek sumy, który nie tak znowu wiele wcześniej za nie zapłacili. I to właściwie koniec bajki o potędze Lycos.com. Oczywiście, strona istnieje dalej, ale... czy cokolwiek jeszcze znaczy w sieci? Spójrzcie na Google, Amazon, FaceBooka i odpowiedzcie sobie sami.

Valhalla

Kawał historii polskiego Internetu. W pewnych kręgach strona określona nawet mianem kultowej – być może słusznie, bo było nie było, popularna „V” to jeden z pierwszych wortali z prawdziwego zdarzenia pomiędzy Odrą a Bugiem. Gry wideo to może nie jest najpoważniejsza tematyka na świecie i nie rzuca na kolana, ale Valhalla swego czasu nie była „jakąś tam stroną o grach”. To była pierwsza taka inicjatywa w Polsce. Funkcjonowała w latach 1997 – 2001 i, jak na ówczesne warunki, osiągnęła bardzo duży sukces. Ani elektroniczna rozrywka nie była u nas jakoś szczególnie popularna, ani Internet nie zdążył jeszcze wedrzeć się pod każdy dach w Rzeczypospolitej, a witryna powołana do życia przez Adama Jesionkiewicza i tak zdołała przyciągnąć do siebie rzesze zwolenników. Z resztą, niech o wielkim sukcesie tego projektu zaświadczy fakt, iż w szczytowym okresie działalności Valhalla przebojem wdarła się do dziesiątki najpopularniejszych witryn w kraju.

Mimo to, nie zdołała przetrwać próby czasu. U progu nowego stulecia trzeba było, ku zmartwieniu wiernych czytelników, zwinąć interes. W czasie wielkiego wzrostu popularności Internetu najróżniejsze strony rosły jak grzyby po deszczu, zaś po Valhalli świat powoli zapominał, a ślad zanikał. Dopiero w 2006 roku projekt został reaktywowany i ze zmiennym szczęściem trwa sobie do dzisiaj, choć po latach świetności nie zostało już wiele. Strona oczywiście ciągle ma swoją grupę wiernych sympatyków, ale świat się zmienił i konkurencja, pod postacią Gry OnLine i serwisów podległych wielkim informacyjnym portalom wydaje się być całkowicie poza zasięgiem. Choć kto wie, może jeszcze kiedyś wrócą czasy świetności Valhalli?

Tenbit

Ktoś wyjątkowo skrupulatny mógłby uznać umieszczenie w tym artykule właśnie Tenbitu za nadgorliwość i przesadne czepialstwo. W końcu strona ciągle istnieje, ma dużą liczbę zarejestrowanych użytkowników, prowadzi wcale niemałą platformę blogową... ale kiedy przyjrzeć się bliżej, iluzja działającego portalu szybko pryska. Wystarczy spojrzeć na daty i częstotliwość publikacji by wiedzieć, że tak na poważnie, to Tenbitem już się pies z kulawą nogą nie przejmuje. Z kolei włodarze medialnego giganta, Grupy ITI, chyba już nawet nie pamiętają o tym, że w ogóle posiadają taki serwis. A kiedyś przecież był to jeden z bardziej popularnych wortali rozrywkowych w kraju. Spytajcie dzisiaj dowolną osobę o tę stronę, a usłyszycie zapewne: Co? Tenbit? Nie wiem, nie znam. Na początku obecnego stulecia odpowiedź brzmiałaby zupełnie inaczej. Na przykład tak: Pewnie, że wiem co to.

Mam tam konto pocztowe i prowadzę bloga. Swego czasu bowiem była to jedna z większych i ważniejszych „przystawek” do rosnącej potęgi Onetu. Niestety, tak to jest, jeżeli nie potrafi się pójść z duchem czasu i rozwijać tak, by sprostać oczekiwaniom konsumenta. Internet to taki rynek, w którym mało elastyczni nie mają szans przetrwania. Brutalne, ale prawdziwe. Albo dostosowujesz się do błyskawicznych zmian rzeczywistości, albo – kolokwialnie rzecz ujmując – rzeczywistość kopie cię w tyłek i całkowicie przestajesz się liczyć. Właściwie ciężko powiedzieć, po co właściciele trzymają Tenbit przy życiu. Poza względnie popularną platformą blogową strona nie ma do zaoferowania właściwie nic co mogłoby przyciągnąć do niej czytelników. A z tak archaicznym designem i niemal tylko teoretycznym funkcjonowaniem portal w założeniu młodzieżowy nie ma żadnych szans by trafić do swojego targetu. Kto by teraz pomyślał, że były lata, kiedy ta strona zapowiadała się na główne wirtualne miejsce spotkań młodocianych miłośników surfowania po sieci.

Grono

Pewnie znalazłyby się osoby, które uznałyby mnie za heretyka, widząc, że umieszczam Grono.net na liście upadków, porażek i niepowodzeń, które w cyberprzestrzeni powinny zostać zapamiętane na dłużej. W końcu, jakby nie było, to ciągle jest pierwsza setka najpopularniejszych witryn nad Wisłą (choć jak tak dalej pójdzie, na przestrzeni najbliższych tygodni nawet to przestanie być aktualne). Nie ma się jednak co czarować. Grono to projekt będący pierwszym poważnym polskim podejściem do sieci w społecznościowym wydaniu. A stan, w którym od pewnego czasu się znajduje, można określić tylko hornby'owskim Długa droga w dół. To kolejny, po Tenbicie, przykład na to, że w wirtualnej rzeczywistości trzeba się zmieniać. I to w dodatku zmieniać z głową. Ciężko twórców Grona posądzać o nieświadomość tego stanu rzeczy, skoro już w 2004 roku wyczuli nadchodzący boom na serwisy społecznościowe.

Jednak życie pokazało, że wiedzieć o czymś to jedna sprawa, a umieć z tej wiedzy skorzystać, to już historia zupełnie odmienna. Z początku Grono nie miało sobie równych. Każdy, kto chciał podążać za najnowszym internetowym trendem musiał być członkiem tej elitarnej społeczności, w wyniku czego rosła jak na drożdżach. W końcu strona dobiła do 1.5 miliona użytkowników – wynik na owe czasy niebagatelny. Niestety, nic nie trwa wiecznie – szczególnie kiedy sprawa dotyczy plastycznej materii Internetu. Gdy na szerokie wody wypłynęła wrocławska inicjatywa pod tytułem Nasza Klasa, a FaceBook Marka Zuckerberga w końcu zaczął podbijać serca Polaków, nagle okazało się, że dla Grona nie ma już miejsca. Użytkownicy odpływali do większych, bardziej popularnych stron społecznościowych, a spółka założona przez Roberta Rogacewicza i Wojciecha Sobczuka niewiele mogła na to poradzić. Nawet łatka strony kultowej i wspomnienie dawnej elitarności nie pozwoliły uratować Grona przed klęską w starciu z branżowymi gigantami. W zeszłym roku dodatkowo wyszły na jaw poważne problemy finansowe i zaczęła się walka o życie. Walka, póki co, zwycięska, ale ile jeszcze Grono.net będzie w stanie ją kontynuować? Czas pokaże.

Google Video

Google to w tej chwili być może największa i najważniejsza firma opierająca swoją działalność o Internet. Mimo całej swojej potęgi, amerykański koncern nie zdołał na drodze do sukcesu uniknąć również licznych porażek. Długo by wymieniać: Buzz, Wave, Orkut, Audio Ads to tylko kilka projektów, które szefostwo wielkiej firmy najpewniej chciałoby czym prędzej wymazać z pamięci. O tym, co Google się nie powiodło i dlaczego można by pewnie napisać całą książkę, więc ograniczę się do jednej klęski, ale zapewne najbardziej bolesnej i spektakularnej. Pamiętacie jeszcze Google Video? Przez jakiś czas koncern z siedzibą w kalifornijskim Mountain View chciał konkurować z YouTube na polu streamingu plików wideo. W pewnym momencie w tej części sieci liczyło się dwóch graczy, ale na dłuższą metę Google nie wytrzymało rywalizacji. Ich strona z wielką bazą krótkich filmów została zamknięta. Ale w tym miejscu bynajmniej nie zakończyła się przygoda internetowego giganta z zyskującą coraz większą popularność technologią streamingu. Jak to tak, zaakceptować porażkę? Poddać się? Zrezygnować z wielkiego kawałka e-tortu, krojonego właśnie w siedzibie YouTube? Nie może być! I nie było. Nikt nie lubi przegrywać.

Google nie jest wyjątkiem. Ale większość osób, czy to fizycznych czy prawnych, nie wiele może poradzić, kiedy porażka staje się faktem. Firma z Mountain View ma luksus w postaci wielocyfrowych numerów pod hasłem „saldo” na swoich kontach bankowych. Skorzystali z tego w pełni i po prostu... wykupili YouTube. Od tamtej pory Google Video to zwyczajna wyszukiwarka filmów, a właściwym serwisem do umieszczania i oglądania nagrań z całego świata jest właśnie YT. Zwycięstwo? Stuprocentowe. Miliony użytkowników i ciągle rosnąca popularność? Zdecydowanie tak. Prawdziwy sukces? A gdzie tam! Tube to finansowa studnia bez dna i nawet współpraca z wielkimi medialnymi koncernami nie pozwala Google pokryć strat, jakie generuje utrzymanie potwornie kosztownych serwerów. Jeżeli ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła, to drugim powinna być pycha.

eBay Polska

Polacy nie gęsi i swój język mają. Jak się okazuje, nie tylko język, bo i potężny serwis aukcyjno-zakupowy się znajdzie. Ta stara myśl, pamiętająca polski renesans, okazuje się sprawdzać nawet w XXI wieku. Boleśnie przekonał się o tym międzynarodowy portal aukcyjny eBay, gdy chciał powtórzyć swój ogromny sukces również nad Wisłą. 21. kwietnia 2005 roku pojawiła się polska odsłona eBay i z początku radziła sobie nawet nieźle, choć bez szczególnej pompy. Niestety, jak się później okazało - „nieźle” absolutnie nie wystarcza do spełnienia imperialistycznych ambicji, szczególnie jeśli za przeciwnika ma się bardzo mocną konkurencję, w postaci Allegro, o ugruntowanej pozycji na rynku i sporym zaufaniu użytkowników. Gwoździem do trumny polskiej odsłony eBay było wprowadzenie opłat za wystawianie przedmiotów na aukcjach. Masowy odpływ sprzedających sprawił, że konsumenci właściwie nie mieli już czego na tej stronie szukać. Prawdę powiedziawszy, Amerykanie od początku mieli niewielkie szanse, chcąc przejąć palmę pierwszeństwa od Allegro, ale tym krokiem po prostu strzelili sobie w stopę. Z wyrzutni rakiet. Dzisiaj jak wklepiecie w pasek adresu „ebay.pl” oczywiście wyświetli się główna strona serwisu i to w całości przetłumaczona na język Mickiewiczów, Słowackich i Krasińskich. Szkoda tylko, że to nic więcej, jak zwyczajna nakładka na oryginalną witrynę. Najzwyklejszy w świecie, amerykański eBay, tylko, że z „.pl” w adresie. Faktycznie, godne podziwu.

AOL Polska

O dawnym America Online bardzo wiele mówią słowa z wikipedyjnego artykułu, poświęconego właśnie tej firmie. Edytor hasła pisze w nim tak: W latach 90. AOL był utożsamiany przez wielu Amerykanów z Internetem i trudno się z nim w tej materii nie zgodzić. America Online to było coś. Jeden z pierwszych wielkich portali informacyjnych, w dodatku o globalnym zasięgu. Jeden z liderów tej części cyberprzestrzeni. Teraz już to taka pozycja AOL to tylko ciepłe wspomnienie – serwis walczy o to, by utrzymać się w pięćdziesiątce najpopularniejszych stron świata. Nie zmienia to jednak faktu, że kiedy pod koniec 2007 roku próbował szturmem zdobyć polski rynek, było to spore wydarzenia w lokalnej sieci. Szkoda, iż najwyraźniej odezwał się w twórcach rodzimej wersji AOL syndrom eBay. Ktoś uznał, że skoro medialny gigant zza wielkiej wody wchodzi na rachityczny ryneczek ze wschodniej strony dawnej Żelaznej Kurtyny, to wszyscy będą padać przed nim na kolana, a konkurencja w angielskim stylu wycofa się z gry, by uniknąć wielkiego upokorzenia.

Jak to zwykle bywa – rzeczywistość okazała się zupełnie inna, a zderzenie z nią bardzo bolesne. Efekt? Dzisiaj próbując wejść na „aol.pl” zostaniemy przeniesieni do brytyjskiego wydania serwisu. Brak unikalnej zawartości, fatalne zaplecze techniczne, bardzo kiepskie opinie internautów... jeżeli ktoś tak lekceważy potencjalnego konsumenta, nigdy nie kończy dobrze. I takim sposobem właśnie polski AOL też skończył tragicznie. Czyli dokładnie tak samo, jak zaczął.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Kto z trójki – Internet, The Pirate Bay, Dennis Rodman – naprawdę był w Korei Północnej

Obserwując Koreę Północną wciąż dziwni mnie fenomen konfucjańskiego bezsprzecznego podporządkowania tamtejszych obywateli władzy. Kult dżucze-kimirsenizmu sprawił, że Koreańczycy z...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".