CocoRosie – Grey Oceans
    CocoRosie1 · muzyka alternatywna274 · muzyka wszechczasów13
2010-05-16
CocoRosie to duet, który tworzy Sierra i Bianca Casady. Siostry te w 2005 roku wprowadziły niemały zamęt w muzyce alternatywnej wydając swój debiutancki album „Noah’s Ark”. Płyta opierająca się na dźwiękach absolutnie innowacyjnych i wyjątkowych, zróżnicowana niczym życiorys jej autorek, który swoją drogą mógłby być dobrym temat na niejeden scenariusz filmowy.

Duet nadal utrzymuje to jedyne w swoim rodzaju brzmienie, które pozwoliło mu zaistnieć. Dźwięki harfy, fortepianu, harmonijki ustnej czy akordeonu to nieliczne tradycyjne elementy muzyki CocoRosie. Siostry urzekają przede wszystkim pomysłowym użyciem dźwięków dziecięcych cymbałków, zabawek imitujących odgłosy zwierząt, wszelkich dzwoneczków, grzechotek i własnym równie wyjątkowym wokalem, który często wydaje się być głosem małych dziewczynek. Nie brakuje tu również sporadycznych elementów operowych, chórków oraz przesterowanych wokali. Całość połączona w piękne kompozycje sprawia, iż fani CocoRosie wiele razy nazywają muzykę sióstr magiczną i poruszającą do głębi.

Stwierdzenia te można oczywiście potraktować jako przesadzone i kiczowate, ale według mnie najnowszy album tylko potwierdza ich trafność. „Grey Oceans” to już czwarta płyta w karierze duetu. Wydawać by się mogło, iż muzyka cały czas oparta na tych samych elementach przy czwartym krążku będzie tracić na oryginalności swojego brzmienia. Nic bardziej mylnego, siostry doskonale potrafią pokazać, iż rozwijają się muzycznie zachowując jednocześnie tę charakterystyczną tylko dla nich nutę.




W porównaniu do poprzednich płyt na „Grey Oceans” jest nieco więcej elektroniki. Czasem dyskretnie wkrada się ona w refren idealnie współgrając ze spokojną melodią pozostałych instrumentów jak np. w pierwszym kawałku Trinity’s Crying, a czasem tworzy wyrazisty bit, będący podstawą danego utworu jak to ma miejsce w numerach Fairy Paradise czy Here I Come. Bywa też, że bit pozostaje w tle i nadaje piosence jedynie jej ogólny rytm, co można usłyszeć w The Moon Asked The Crow czy Lemonade, które dzięki znakomitej kompozycji pianina i wokalu z wesołym refrenem jest jednym z najładniejszych momentów płyty.

A jeśli już o wokalu mowa i jego współpracy z instrumentami to warto zauważyć, że jest to kolejny element, w którym CocoRosie rozwinęło się na tej płycie. Głos sióstr potrafi być fragmentami zmiksowany z brzmieniem instrumentów, że znowu przytoczę kawałek Fairy Paradise czy początek R.I.P. Burn Face, którego forma może kojarzyć się z piękną kołysanką. Wokal potrafi tu być także bardzo zróżnicowany pod względem jego stylu. Chwilami jest dojrzały jak nigdy przedtem – piękne Gallows, skromny kawałek tytułowy i kolejna zaleta wspomnianego już Trinity’s Crying. Czasem jednak wokal ponownie ma lekko operową barwę jak choćby w Smokey Taboo, lub znów potrafi zabrzmieć jak gdyby należał do małej dziewczynki – Hopscotch, które chwilami do złudzenia może przypominać dziecięcą wyliczankę, natomiast w Undertaker siostry przypomniały z kolei, iż nieobce im są również klimaty szamańskie.

Według mnie jest to najbardziej dojrzały album CocoRosie. Charakterystyczne zabawki, dzwoneczki i wszystkie im podobne elementy jak nigdy wcześniej nie są tu już podstawą utworów, a jedynie sporadycznymi dodatkami. „Grey Oceans” jest bardziej instrumentalne, mamy tu sporo bardzo ładnych kompozycji fortepianu, więcej wspomnianej już elektroniki i bardziej zróżnicowany wokal. Chwilami w tle pojawiają się też skrzypce, trąbki czy saksofon. Na tej płycie po prostu dzieje się więcej, co jednocześnie ani trochę nie odebrało muzyce sióstr jej wyjątkowości i magii. Pozostaje jedynie zanurzyć się w tytułowych szarych oceanach dźwięków tej pięknej płyty.


Komentarzy: 1

I.K.
19 lipca 2010 (22:10)
Grey Oceans bez zaskoczeń ;)
Czwarta płyta sióstr Cassidy zaskakuje... brakiem zaskoczeń ;) Wszystko tutaj jest bardzo, oczywiście jak na siostry Cassady, ułożone i zwyczajne. Co nie znaczy, że gorsze. Więcej na temat tego krążka możecie przeczytać na blogu Informator Kulturalny: www.informatorkulturalny.blogspot.com
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Florence and the Machine – Ceremonials

Po sukcesie debiutanckiej płyty „Lungs” na współpracę z Florence Welch czekali najlepsi amerykańscy kompozytorzy i producenci, w celu nagrania drugiej płyty ponoć było już nawet...