Czarna dekada Ameryki - Kathryn Bigelow rozlicza wojnę z ibn Ladinem
    Kathryn Bigelow2 · Osama Bin Laden10 · Oscary filmowe21 · Wróg numer jeden1
2013-03-09
Wielkich przegranych tegorocznych Oscarów jest wielu. „Lincoln”, bo dostał tyle nominacji; „Poradnik pozytywnego myślenia”, bo ma taki potencjał; „Django”, bo Akademia nie lubi Tarantino. Ale prawdziwym przegranym jest „Wróg numer jeden”, bo to świetny film. Świetny film, który nie jest bajką dla dorosłych, a mówi o naszym tu i teraz.

Zdobywczyni dwóch Oscarów Kathryn Bigelow nakręciła jeden z ciekawszych filmów sensacyjnych ostatniej dekady. Jej „Wróg numer jeden” to połączenie kilku pomysłów na thriller - historia szpiegowska, działania militarne i samotny bohater (w tym przypadku bohaterka), który w iście westernowym stylu - w pojedynkę i wbrew przeciwnościom losu - dąży do swego celu.

Samotną sprawiedliwą w filmie Bigelow jest młoda agentka CIA, którą przez cały film znamy tylko pod imieniem Maya. O tym, że nie jest to postać fikcyjna dowiadujemy się na końcu seansu i po wyjściu z kina możemy się zastanawiać, co by było, gdyby w zbiurokratyzowanej agencji nie znalazła się ta jedna odważna osoba. Sama Kathryn Bigelow konsekwentnie odmawia udzielenia jakichkolwiek informacji na temat pierwowzoru Mai, w programie Davida Lettermana powiedziała w tym filmie przedstawiamy pracę ludzi z wywiadu i chcemy, żeby nadal chronili nasze państwo. Zresztą rozmowa Bigelow i Lettermana zwraca uwagę na jeszcze jeden ważny szczegół tej historii, a mianowicie fakt, że to właśnie kobieta jest jej główną bohaterką. Kathryn Bigelow przyznała, że była zaskoczona rolą kobiet pracujących w wywiadzie i zaskoczona swoim własnym zaskoczeniem tym faktem. Kobiety odgrywały, odgrywają i będą odgrywać ważną rolę w życiu społeczności wywiadowczej, potwierdzają to liczne źródła, do których dotarł Mark Boal, scenarzysta filmu. Motyw kobiety-szpiega walczącej z nieudolnością przełożonych to również coraz popularniejszy motyw filmowy - taką właśnie rolę kreuję Claire Danes w obsypywanym nagrodami serialu Showtime „Homeland”. W rolę główną we „Wrogu numer jeden” wcieliła się wschodząca gwiazda amerykańskiego kina Jessica Chastain i bez wątpienia poradziła sobie z wyzwaniem, jej gra jest emocjonująca i pełna wyrazu.

Przeczytaj nasze podsumowanie rozdania Oscarów

Ten film i użyte w nim środki aktorskie porusza do głębi i prowokuje do przemyśleń, jednocześnie skłaniając do porównania metod amerykańskiej demokracji i dwudziestowiecznych totalitaryzmów.

Tym, co w mojej ocenie stanowi podstawową wartość filmu jest jego wiarygodność. Scenariusz jest przemyślany, dobór scenografii i ubiorów również. Oglądając film można odnieść wrażenie, że to program paradokumentalny, przy czym trzeba zastrzec że zarówno reżyser jak i pozostali członkowie ekipy filmowej odżegnują się od takich porównań. My również musimy pamiętać, że to film i historia jaką opowiada musi być przepuszczona przez maszynę tworzącą kino, a nie dokument. Inaczej produkcja musiałaby trwać 90 godzin, zamiast dwóch i pół. Przy okazji warto dodać, że choć to film dość długi (osobiście preferuję filmy półtoragodzinne, dłuższe są na ogół nużące i świadczą o brakach warsztatowych reżysera), to każda użyta minuta jest w nim uzasadniona. Akcja cały czas jest wartka, a film ogląda się przyjemnie i z dużym zaciekawieniem.

Rzecz jasna wszyscy wiemy, jaki jest główny wątek fabuły, a spoilerem tego co zobaczymy na ekranie były dziesiątki tysięcy depesz prasowych, godziny materiałów stacji telewizyjnych i radiowych, miliony wpisów w internecie. W końcu to film o dekadzie amerykańskiego upokorzenia, kiedy to najbogatsze państwo świata (z najlepiej wyposażoną armią i najbardziej rozbudowanym wywiadem) nie mogło wytropić jednego Saudyjczyka, który niemal na osiołku podróżował pasztuńskim pograniczem między Afganistanem a Pakistanem. Film zamyka klamrą historię wojny Stanów Zjednoczonych z Al-Kaidą, pierwszej wojny państwa z podmiotem niepaństwowym - pierwszej wojny asymetrycznej. Pościg za "terrorystą numer jeden" rozpoczęła seria brutalnych zamachów terrorystycznych - w 1998 roku na ambasady Stanów Zjednoczonych w Kenii i Tanzanii, w 2000 na stojący w Zatoce Adeńskiej USS Cole, wreszcie w 2001 roku na Waszyngton i Nowy Jork. Pościg, który na kinowym ekranie obserwujemy od początku wojny z terroryzmem aż do zamordowania szejka Usamy ibn Ladina na przedmieściach pakistańskiego Abbottabadu był oczywistym materiałem na film. Bardzo wymowną interpretacją oryginalnego tytułu filmu (ang. „Zero Dark Thirty”) jest opisanie tej dekady jako czasu ciemności w amerykańskiej historii, od zamachu we wrześniu 2001 do uśmiercenia jego rzekomego inspiratora w maju 2011. Zresztą sam tytuł też jest dość interesujący, zwłaszcza w zestawieniu z polskim „Wrogiem numer jeden”. Uważam, że polscy dystrybutorzy nie mają szczęścia do tłumaczeń filmów zagranicznych, zwłaszcza że "0 Dark 30" w żargonie wojskowym oznacza wpół do pierwszej w nocy (godzina rozpoczęcia operacji przez SEAL Team Six). Jako żywo nie ma to nic wspólnego z wrogiem, choćby nadać mu numer jeden.

Urozmaiceniem filmu jest przeplatanie go nagraniami archiwalnymi i rekonstrukcjami autentycznych wydarzeń jakie miały miejsce przez dekadę poszukiwań ibn Ladina. Możemy zobaczyć zrekonstruowane zamachy w Wielkiej Brytanii, Arabii Saudyjskiej i Camp Chapman (baza wojskowa w prowincji Chost, Afganistan), oraz autentyczne nagrania telewizyjne przedstawiające te tragiczne wydarzenia na ekranach telewizorów głównych bohaterów. Mamy wreszcie prawdziwe arcydzieło scenograficzne, odwzorowaną z wszelkimi detalami silnie ufortyfikowaną willę ibn Ladina pod Abbottabadem. Gra aktorska również nie budzi żadnych zastrzeżeń, wydaje się że zachowania poszczególnych pracowników agencji odpowiadają rzeczywistym wyzwaniom walki wywiadów - mało w niej efektownych strzelanin, dużo więcej autentycznej pracy analitycznej. Często też najważniejszym elementem śledztwa są zagubione dane (nazwisko rodowe kuriera ibn Ladina, Abu Ahmeda al-Kuwaitiego, którego namierzenie pozwoliło znaleźć samego szejka), a nie ściśle tajne materiały wykradzione przez Jamesa Bonda. Tak samo zachowanie komandosów nie przypomina fajerwerków z filmów z Chuckiem Norrisem czy Stevenem Seagalem - każdy ich krok jest wyważony, ich działania to strategiczny majstersztyk, a ubezpieczanie w czasie penetracji zabudowań wroga nie przypomina szaleńczego biegu z nieśmiertelnym "biegnij, ubezpieczam cię".

Równie wiarygodnie wyglądają zaprezentowane w filmie techniki przesłuchań podejrzanych o aktywność terrorystyczną. Zdaniem ekspertów to realistyczne, choć mocno ocenzurowane przykłady metod wydobywania zeznań - zresztą i bez ekspertów możemy porównać sceny z filmu z informacjami jakie wyciekły z Abu Ghraib (więzienie w Iraku w którym amerykańscy żołnierze torturowali osadzonych; proceder ujawnił w kwietniu 2004 roku amerykański dziennikarz The New Yorker Seymour Hersh). W filmie Bigelow tortury więźniów to niezwykle przejmujące sceny, budzące u mnie szczerą odrazę dla praktyk popieranych m.in. przez byłego premiera Leszka Millera. Być może amerykański odbiór tych scen jest inny, ale dla mnie, Polaka, były to sceny wstrząsające. Czym, poza strojem i językiem, różniły się od tortur niemieckich oprawców z alei Szucha? Jaka jest różnica między waterboardingiem a polewaniem strumieniem zimnej wody (praktyka stosowana w więzieniach stalinowskich pokazana przez Ryszarda Bugajskiego w filmie „Przesłuchanie” z 1982 roku)? Ten film i użyte w nim środki aktorskie porusza do głębi i prowokuje do przemyśleń, jednocześnie skłaniając do porównania metod amerykańskiej demokracji i dwudziestowiecznych totalitaryzmów. Nie wiem czy po jego obejrzeniu zdanie zmieniłby premier Miller, ale ja z pewnością utwierdziłem się w przekonaniu, że tortury nie są rozwiązaniem godnym człowieka cywilizowanego.

W filmie pojawia się również Polska, wśród gdańskich żurawi portowych (symboli Solidarności i walki z reżimem!) stoi statek będący tajnym więzieniem CIA. Żadna scena nie ukazuje Polski jako miejsca tortur, ale możemy się domyślać czym poprzedzono złożenie zeznań przez jednego z osadzonych. Kwestia więzień CIA w Polsce to temat na osobny cykl artykułów, ale film Bigelow daje przedsmak tego, jaka będzie reakcja świata na udokumentowane potwierdzenie takich karygodnych praktyk. Natychmiast wizerunek zwycięskiej Solidarności zastąpią obrazki podobne do tych z Abu Ghraib, tylko na szyldzie będą Szymany.

Uważam „Wroga numer jeden” za pozycję obowiązkową dla każdego kinomana. Można oglądać go jako film paradokumentalny, można jako sensacyjną opowieść szpiegowską, można wreszcie za jego przyczyną pochylić się nad kwestiami fundamentalnymi, pytaniami czym my, "dobrzy", różnimy się od nich, "złych". Ciężko znaleźć słaby punkt tego filmu, a z pewnością nie jest nim rzekoma "antyamerykańskość". W podsumowaniu dekady wojny z terroryzmem na końcu filmu nie pojawiają się bowiem dziesiątki tysięcy cywilnych ofiar z okupowanych krajów Bliskiego Wschodu.




Chcesz odnieść się do stanowiska autora, chcesz polemizować, skomentować ten tekst? A może chciałbyś Drogi Czytelniku napisać na inny temat?
Jeżeli jesteś zainteresowany i zdecydowany przeczytaj nasz anons dotyczący współpracy redakcyjnej lub od razu napisz i wyślij do nas swój materiał na adres: redakcja@mojeopinie.pl. Odezwiemy się szybko!!


Komentarzy: 3

Kolos
10 marca 2013 (16:28)
mocny film
i za bardzo nie widać, czy Bigellow jest za czy przeciw torturom. Świetna gra aktorów. I choć CIA odcina się od scenariusza, że jednak nie tak było...to wszystko w tym filmie wydaje się prawdziwe.

Dogopogo
10 marca 2013 (19:04)
niesamowita rola Jessici Chastain
świetnie grała. Film okrutnym 40 minut pokazane tortury, (oczywiście bez krwi, ale jednak mrożą trochę).

Darek
12 marca 2013 (11:18)
faktycznie fil spełnia kryteria
i dokumenty i fabularnego filmu. Jest naprawdę niezły. Świetnie pokazane zawiłości walki z terrorystami, oni też pokazani są często w dwuznaczny sposób nie tylko negatywny.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".