Cztery ciała dla jednej duszy - „Le Quattro Volte”
    kino autorskie77 · Dramat106 · kino włoskie4
2011-01-29
Na ekranach polskich kin u progu drugiej dekady XXI wieku pojawiła się mocno świecąca gwiazda. Na imię jej reinkarnacja. To, co duchowe, miesza się z cielesnym. Brak jasnych granic pomiędzy światami, mistyczne kręgi, życie i śmierć, powroty do przeszłości – to wątki, które zajmują dziś nasze myśli, także w kinie. Warto skonfrontować ze sobą różne wizje duchowości, obecne w tych filmach, każdy z nich opowiada o nieskończonym jak praca Syzyfa poszukiwaniu harmonii.

Le Quattro Volte

Francuski reżyser Bruno Dumont w „Hadewijch” (w kinach od 7.01) każe swojej bohaterce, młodej Paryżance, studentce teologii odwoływać się do postaci flamandzkiej średniowiecznej mniszki i poetki Hadewijch, ekstatycznie zakochanej w Jezusie, w mistycznych wizjach poszukującej namacalnego, cielesnego kontaktu z oblubieńcem. Céline (współczesne wcielenie Hadewijch) nie może pogodzić się z instytucjonalnym, „wirtualnym” charakterem współczesnej duchowości, żarliwie poszukuje dotyku. Wprost powołując się na Tybetańską Księgę Umarłych, spektakularnie (w stylu ery techno) o reinkarnacji opowiada Gaspar Noé we „Wkraczając w pustkę” (w kinach od 21.01). Uśmierciwszy swojego bohatera - mieszkającego w Tokio dilera narkotyków, pokazuje wędrówkę duszy po śmierci przez czyściec retrospekcji, w dosłownym locie ku ponownym narodzinom. Z kolei Apichatpong Weerasethakul w tajlandzkim „Wujku Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia” (w kinach od 17.01) skupia się na zakorzenionej we wschodniej kulturze bliskości i przenikaniu świata żywych i duchów. O reinkarnacji opowiada również Włoch Michelangelo Frammartino w „Le Quattro Volte” (w kinach od 18.02), choć w jego przypadku określenie „reinkarnacja” nie pada, to już interpretacja struktury filmu, na jaką zdecydował się reżyser.

Frammartino wzbudza moją sympatię z wielu powodów. Może dlatego, że studiował w Mediolanie architekturę, ma wyjątkowe wyczucie przestrzeni, zdaje sobie sprawę z wagi każdego detalu. Akcję swoich filmów (także debiutu z 2003 roku „Il dono”) umieszcza w surowym krajobrazie górzystej Kalabrii na południowym krańcu Włoch, z której pochodzi jego rodzina. W „Le Quattro Volte” za scenerię - oprócz górskich pastwisk i niezwykłej manufaktury, wytwarzającej węgiel drzewny tradycyjną metodą – służy rodzinna wioska reżysera Caulonia, zbudowana z kamienia, piętrząca się na wzgórzu, wypełniona plątaniną wąskich uliczek i ciasnych przesmyków. Prostota życia w odsuniętym od centrum zakątku włoskiego buta prowokuje na pierwszy rzut oka „etnograficzny” styl w jego pokazywaniu. Jednak struktura filmu nadaje mu charakter kreacyjny. To nie dokument, a zataczająca koło przypowieść, podporządkowana naturalnemu i jednocześnie symbolicznemu rytmowi. Przenikanie, przepływ – choć brzmi bardzo postmodernistycznie, jest tu silnie obecne mimo wrażenia, jakbyśmy znajdowali się poza czasem. Dziwna konstrukcja do wypalania węgla, kopuła, z której wydobywa się dym, pojawiająca się już w początkowych ujęciach „Le Quattro Volte”, wygląda i futurystycznie i archaicznie.

Reżyser w jednym z wywiadów mówił, że jego film jest „polityczny”, odwołując się do szczególnie silnego we Włoszech związku władzy i wizualności. Rządni władzy królowie ludzkich spojrzeń nadają rytm włoskiej polityce. Tymczasem on bohaterami swojego filmu uczynił pozostającego na marginesie wiejskiej społeczności starego pasterza, psa, młodą kozę i drzewo, każdemu z nich „oddając” spojrzenie. Frammartino nie ulega dosłowności (jak chociażby Noé, który umieszcza kamerę tuż za plecami bohatera). Oddając spojrzenie, wkracza w „przestrzeń intymną” postaci, lecz pozostaje obserwatorem. Stąd skojarzenie, trop, który każe utożsamiać to współczujące, skupione na bohaterach widzenie z cząstką ich samych – człowieka, zwierzęcia, drzewa - być może właśnie z jedną i tą samą duszą, przenoszącą się z ciała do ciała bez względu na jego gatunkowe pochodzenie. To odczucie budowane jest przez reżysera świadomie i precyzyjnie, ale nie nachalnie.

Schorowany pasterz z wiernym psem u boku każdego ranka pędzi swoje stado górskimi ścieżkami. Wieczorami odwiedza kościół - w ciemnym, chłodnym wnętrzu tańczą drobinki kurzu. Sprzątająca kobieta zaopatruje go w garść pyłu, zmiecionego z kościelnej podłogi. To lekarstwo, dzięki któremu mężczyzna utrzymuje się przy swoim cichym życiu, ciszę przerywają jedynie podzwaniające na szyjach kóz dzwonki. W jego życiu – jak w każdym życiu, o czym się przekonamy – zdarzają się chwile spokojne i dramatyczne, zwykłe i symboliczne. Po śmierci staruszka głównym bohaterem „Le Quattro volte” zostanie jego pies, a doskonale sfilmowana scena z jego udziałem przyniosła filmowi specjalną nagrodę Palm Dog Special Jury Award w Cannes. Tymczasem w stadzie kóz, które przechodzą w ręce innego właściciela, rodzą się kozie dzieci, spędzające czas na psotach. Wielką siłą tego filmu jest fakt, że Frammartino patrzy na zwierzęta. Uwagę skupia szczególnie na ich podobieństwie do ludzi. Przyjemność, jaką sprawia nam patrzenie na zwierzęta, John Berger tłumaczył ich rolą – pośredników pomiędzy człowiekiem a jego pochodzeniem, rozpoznawalnym, głębokim, witalistycznym związkiem. Włoch jest tego twierdzenia orędownikiem.

Zmieniają się pory roku. Śmierć człowieka, samotność opuszczonego psa, który frustrację odreagowuje mszcząc się na ludziach w zabawny sposób, rozpacz zgubionej przez stado młodej kozy przechodzi w historię drzewa, rosnącego na górskiej łące. Drzewo zostaje ścięte przez mieszkańców wioski, ociosane, ozdobione i wykorzystane w ludowym rytuale. Ustawione na placu niczym święte drzewo życia, wyzwanie dla wspinających się po nim śmiałków, drzewo obfitości. Zamienione potem w węgiel drzewny, ułożone w kopulastych kopcach, już w domowych piecach zostanie spalone, a wydobywający się z kominów dym, uleci w niebo.

W chwilami zabawnym, innym razem melancholijnym filmie Frammartino jest wszystko, o czym wspomniałam na początku – przenikanie światów, mistyczny krąg życia i śmierci, wiara w duchową relację, zakorzeniona nie w dogmatach, a w materialności, podobieństwie, wzruszającej wspólnocie przemijania. Czego mi w filmie Frammartino zabrakło? Dobiegające z daleka głosy krytyki obiecywały, że reżyser porzuci antropocentryczną perspektywę, która wciąż przecież dominuje nie tylko w kinie. Miałam oczekiwania – czyżby udało mu się dotknąć obcości, pokazać dualistyczną istotę natury? „W czym tkwi tajemnica podobieństwa i niepodobieństwa zwierzęcia i człowieka? – pytał Berger – Tajemnica, której istnienie człowiek rozpoznaje, gdy tylko przechwytuje spojrzenie zwierzęcia” (John Berger, „O patrzeniu”, Warszawa 1999). Wciąż szukam, myśląc o filmie Michelangelo Frammartino, który – mimo swojej pozornej prostoty – prowokuje wiele pytań.

Film został doceniony na międzynarodowych festiwalach, otrzymał Nastro d'argento speciale - nagrodę włoskich krytyków, Europa Cinemas Label dla najlepszego europejskiego filmu w Cannes, CineVision Award na festiwalu w Monachium, Golden Puffin Award oraz nagrodę krytyków FIPRESCI na MFF w Rejkiawiku, Grand Prix dla najlepszego filmu na MFF w Bratysławie, główną nagrodę DOX Award na festiwalu dokumentów w Kopenhadze, w Polsce – Nagrodę Publiczności na 10. MFF Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".