De(re)formacja emerytalna, czyli jak minister Rostowski przelewa z pustego w próżne
    ZUS26 · Ministerstwo Finansów7 · system emerytalny36 · finanse publiczne54
2009-11-06
Emerytury od wielu lat są drażliwym tematem na styku polityki i ekonomii. Tematem, który dotyczy nas wszystkich i dlatego wzbudza bardzo silne emocje. Tym razem szybsze bicie serc zapewnił nam pomysł przeniesienia części składek z OFE do ZUS. Pomysł przedstawiony tak mętnie, że poza specjalistami niewielu jest w stanie zrozumieć, o co naprawdę chodzi.

Informacja, że minister finansów będzie coś kombinować przy składkach emerytalnych krążył już od kilku tygodni. W tym czasie został kilkakrotnie zdementowany, parę razy skrytykowany i nieraz przypisany komuś innemu. Dlatego z zainteresowaniem oczekiwałem na środową konferencję prasową minister pracy i polityki społecznej Jolanty Fedak i ministra finansów Jacka Rostkowskiego, na której sprawa miała być oficjalnie zaprezentowana i wyjaśniona.

Konferencja odbyła się w dość rozrywkowym stylu, przypominającym nieco chaotyczny wykład z ekonomii. Były wykresy, wskaźniki, procenty i niezrozumiały dla przeciętnego widza wykład. Dla przeciętnego widza niezrozumiały, natomiast dla specjalisty dość podejrzany, żeby nie powiedzieć kuriozalny.

Bajki o emeryturach

Para ministrów, jak niezbyt zgrany duet komiwojażerów próbowała nam sprzedać wizję, w której ZUS będzie zarządzał naszymi pieniędzmi taniej i bezpieczniej niż firmy ubezpieczeniowe prowadzące OFE. Jednocześnie zaznaczono, że OFE świetnie się sprawdzają i nie ma powodu żeby wycofywać z nich pieniądze (?!). Dlatego część składek należy przenieść do ZUS, ale nie na nasze zwykłe konta, tyko na specjalne konta, które w tym celu zostaną utworzone. A tam pieniądze będą nam rosły wg. jakiegoś uśrednionego współczynnika powiązanego z oprocentowaniem obligacji. Tak będzie dla emerytów lepiej i bezpieczniej, a świadczenia dzięki temu nawet wzrosną.

Dlaczego wyliczony odgórnie współczynnik wzrostu ma być lepszy od realnie naliczanych odsetek od inwestycji w OFE, tego ministrowie niestety nie wyjaśnili. Tak samo, jak nie byli łaskawi powiedzieć, skąd ten wzrost na kontach się weźmie. Na ich miejscu też bym nie mówił, że zrzucimy się na to z naszych podatków, dokładnie tak samo jak na oprocentowanie obligacji, kiedy te emerytury będą wypłacane.

Mówiąc krótko, rząd chce od nas pożyczyć pieniądze, ale tak żebyśmy tego nie zauważyli teraz, tylko kiedy podatki będą płaciły nasze dzieci. Rząd musi to zrobić, bo postanowił nie przyznawać się, że odczuwamy skutki kryzysu i braku reformy wydatków publicznych, które objawiają się zadłużeniem niebezpiecznie bliskim ustawowej granicy 55% PKB. Przecież premier Donald Tusk nie może się teraz przyznać, że cudu nie ma i jak cały świat płacimy cenę kryzysu. Nie może, bo mogłyby spaść mu notowania, a przecież chce być prezydentem. Do tego czasu minister skarbu musi jakoś załatać budżet.

Zapłać wnusiu, rachunek za premiera

Wielu ekspertów podnosi w tym momencie lament, że dokonuje się gwałt na systemie emerytalnym i zaprzepaszczana jest reforma przeprowadzona w 1999 roku. Trochę jest, ale nie całkiem. „Trochę”, ponieważ faktycznie rząd łatając doraźne dziury, przerzuca koszty tej operacji na później. Polityczne koszty, bo ekonomiczne w zasadzie się nie zmienią i tu ministrowie Rostowski i Fedak faktycznie nie mijają się wiele z prawdą. Dla emeryta różnica będzie niewielka. OFE faktycznie nie osiągają specjalnie dobrych rezultatów, ale jest to wina przepisów, które zmuszają je do kupowania obligacji państwowych i w żaden sposób nie skłaniają do konkurowania. Gdy ponad 60% portfela stanowią w OFE obligacje skarbowe, to zarządzanie czymś takim niewiele różni się od tego, co robi ZUS. Z tym, że wbrew bajkom, które wmawiano nam dziesięć lat temu, skutkiem reformy nie miało być zwiększenie emerytur.

Celem reformy było ujawnienie długów Państwa Polskiego, jakie zaciąga w postaci sytemu emerytalnego, polegającego na płaceniu bieżących wydatków z bieżących przychodów. W ZUS corocznie trzeba wpompować kilkadziesiąt mld złotych, które są przeznaczane na wypłaty emerytur. Jest to zadłużenie, którego nie widać bezpośrednio w deficycie. Jest obecne w postaci tych pieniędzy, które zebraliśmy na swoich kontach emerytalnych płacąc składkę do ZUS, ale zostały one wydane. Fizycznie ich tam nie ma i rząd kiedyś będzie musiał je nam oddać, dopłacając w naszych emeryturach różnicę z procentami.

Tymczasem pieniądze, które trafiają do OFE służą do zakupienia od państwa obligacji, czyli mówiąc wprost, państwo pożycza od OFE na procent, który wypłaci nam w postaci wzrostu wartości naszych udziałów. W naszych przyszłych emeryturach. Suma summarum wychodzi wiec na to samo, ale wartość wyemitowanych obligacji jest znana i wlicza się do długu publicznego. Deficyt w ZUS-ie nie, choć jest łatwy do policzenia (obecnie to około 240mld zł). W zasadzie reforma służyła temu, aby politycy zauważyli, kiedy to zadłużenie niebezpiecznie wzrośnie (osiągnie np. próg 55%) i zaczęli jakoś temu zapobiegać. Tymczasem, gdy do tego doszło, politycy chcą zmienić zasady gry i oszukać nas, że nic się nie stało. Płacąc za tą kreatywną księgowość naszymi pieniędzmi.

Tak wiec nie należy wierzyć w dobre intencje ministra Rostowskiego, bo nie o wysokość naszych emerytur się on obawia. Chodzi mu o notowania i dobre samopoczucie polityków, oraz wyborców. Ale kiedy przeniesie pieniądze z OFE do ZUS, to dług nie zniknie, lecz ujawni się przy wypłacie naszych emerytur. Niestety politycy zapomnieli nam to powiedzieć 20 lat temu i nie chcą tego robić dziś. Już dawno powinni nam wytłumaczyć, że gwarantowana emerytura będzie żałosna i trzeba samemu zbierać, kupować ubezpieczenia emerytalne i myśleć o swojej przyszłości, bo na „darmowe obiady” nie ma, co liczyć. Nie wierzycie? Spytajcie swoich dziadków-emerytów. Moi pracowali ciężko całe życie i dostają poniżej 1000zł miesięcznie. Wasze emerytury wcale nie muszą być aż tak duże.

Nie ma darmowych obiadów

No dobra, - może ktoś powiedzieć - marudzić to każdy potrafi. Ale co zrobić? Cóż, moim zdaniem to, czego żaden polityk chcący wygrać wybory nie zaryzykuje.
Po pierwsze, należy przyznać, ze przekroczymy próg 55% i zamiast maskować deficyt, zawiesić na powiedzmy dwa lata działanie ustawy, która o nim mówi. Dług publiczny powyżej 55% to i tak nieźle jak na Unię. Kraje takie jak Francja czy Niemcy dawno już przeskoczyły 60%. Ale to musi być rozwiązanie czasowe. W tym czasie trzeba zrobić to, na myśl o czym poci się każdy polski polityk od 20 lat.
Po wtóre, należałoby przeprowadzić redukcję wydatków publicznych, reformę KRUS, ograniczyć drastycznie przywileje i może też wydłużyć czas przechodzenia na emeryturę.

Powiedzmy szczerze – społeczeństwo się starzeje i nie stać go na płacenie 45 letnim emerytom mundurowym, czy finansowanie wszystkim rolnikom 95% ich emerytury (składki KRUS pokrywają emerytury rolnicze w 5%). Rozumiem, że 60 latka niekoniecznie można posłać żeby ganiał kieszonkowców po ulicach, a nie każdy policjant awansuje z wiekiem. Tylko czy ktoś mi wyjaśni, dlaczego policjant mający 45 lat nie może znaleźć sobie pracy na kolejne 20? Czy musimy go utrzymywać? Czy nie może dostać częściowej emerytury, a pełną dopiero w pełnym wieku emerytalnym? Przecież przez 20 lat pracy wiele nie odłożył, a to znaczy, że rząd dokłada mu resztę z naszych podatków. Może przy kolejnym proteście rolników, górników czy policjantów pomyślcie, że ich emerytalne przywileje są finansowane waszym kosztem. Pieniądze które rządy tak chętnie im rozdają nie biorą się z powietrza.

Takich kwestii jest więcej. Należy usprawnić i zredukować urzędy, bo jedyna gałąź gospodarki, w jakiej stale rośnie nam zatrudnienie, to administracja. Mieszkacie w tym kraju, sami wiecie, co jeszcze można, czy raczej trzeba poprawić. Niestety politycy nie chcą tego robić, bo efekty odczujemy za wiele lat, a oni żyją od wyborów do wyborów.

Pointa tego wywodu nie będzie raczej taka, jakiej się spodziewacie. Nie napisze, że politycy to banda leniwych obiboków bo nie robią reform. To banda leniwych obiboków, ponieważ nie chce im się wyjaśnić społeczeństwu (w tym również wam i mnie), że trzeba to zmienić. Że im szybciej to zrobimy, tym taniej nam to wyjdzie. Więc nie dziwcie się, że minister finansów przelewa do próżnego ZUS, z niewiele pełniejszego OFE. Spytajcie się raczej, ile wy byście dziś zapłacili, żeby tego nie robił. Bo ktoś, kiedyś zapłacić musi. Jak powiedział pewien sławny fizyk, – „we wszechświecie nie ma darmowych obiadów”.

Komentarzy: 6

Bokser
6 listopada 2009 (11:55)
własnie dzięki limitom
na obligacje OFE straciło w tym roku "tylko" 24 mld złotych z tego co zarobiło dla nas, a nie znacznie więcej...po zmniejszeniu tej stawki, nie bedzie limitów, będą mogły pakować kasę gdzie chcą....a argument przedst. OFE, że mniejsze Fundusze upadną, bo nie będą miały na czym zarobić, nie przemawia do mnie. Wolny rynek. Teraz też mogą upaść. Od 2010 zmniejszą sie również przecież uposażenia za każdego delikwenta (prowizja) - już o to płaczą, choć były to kwoty z sufitu.

TomaszP
6 listopada 2009 (13:25)
ostrożnie z wnioskami
już OFE ruszyły z PR w mediach, ostro atakują rząd...a same żerują o to ostro na naszych składkach. Straty jakie poniosły OFE w bessie giełdowej są zatrważające, to dramat wielu ludzi, którzy wpłacali tam pod przymusem swoje składki. Dobrze mówię pod przymusem. II filar podobnie jak trzeci powinny być nieobowiązkowe. Momentalnie OFE zaczęłyby oszczędzać na bizantyjskim stylu. Zaczęłaby się normalna konkurencja, niskie prowizje.

Kastrol
6 listopada 2009 (17:52)
Fedak musi byc odwołana
za swoje głupie pomysły a głównie za to, że mami nas, że dzięki temu emerytury będziemy mieli wyższe. Owszem w jednym przypadku. Gdyby inwestycje OFE stopniały do zera. Rostowski to inna sytuacja - chłop robi co może, by ratować finanse, jednocześnie nie zaszkodzić Tuskowi, bo inaczej już by dawno siadł na KRUS i ZUS i to ostro...

Kennedy Jan
6 listopada 2009 (18:00)
kompletne niezrozumienie
tematu....u wszystkich, a rację ma Tusk - nasze emerytury nie są po to, by zarabiały na nich OFE takie PIENIĄDZE - w tym ma rację, to straszne sumy, za prowizje i inne rzeczy, które powinny być mocno przycięte. 700 mln złotych rocznie oddajemy na OFE, żeby teraz związek OFE mógł słać czarny PR przeciwko rządowi. Pewnie, że to długo nie zmniejszy - choć logika jest po stronie Rostowskiego - Po co sprzedawać tyle obligacji, jak i tak musimy dotować ZUS, lepiej zostawić w ZUS a nie sprzedawać obligacji. Dać wolną rękę OFE, nie walczą na rynku, niech słabsi upadną (dlaczego mamy dotować małe OFE, które płaczą, że w przyszłym roku jak nie będą miały tak wysokich prowizji to upadną??? - niech się wykażą, a nie budują pałace. Własnie ten system, który nakazywał im kupno rządowych obligacji jest chory. Za nic pobierają prowizję, bo i tak pakując nawet 100% w rzadowe obligacje (a nie część w akcje itp) śpią spokojnie, rząd gwarantuje im wypłacalność przecież powyżej inflacji. Więc co - zachować status guo. Przecież to k...perpetuum mobile jest za naszą kasę!!!!

Pan Kacper
7 listopada 2009 (12:18)
bardzo dobrze Panie Sabak
dowalić rządowi, wyśmiać głupie decyzje, nie poparte żadna merytoryką, tylko sondaże sondaże sondaże, kiedy to się skończy...za rok, po wyborach prezydenckich. Oby je Tusk wygrał, bo jak nie - to znowu będzie lawirowanie do wyborów...parlamentarnych

Xman
9 listopada 2009 (10:25)
nie widzę tego dobrze
to cofanie systemu, problemu nie rozwiąże, a raz złamany mechanizm będzie służył przyszłym rządzącym. To głupota. Ale zreformować ZUS, albo pozostawić wszystko tak jak jest. Natomiast zupełnie nie przekonują mnie argumenty, że jak rząd to wprowadzi, to część OFE upadnie. To oznacza, że one i tak są kiepsko zarządzane, gdyż nie potrafią wypracować sporego zysku. W sumie to przyznanie się do słabości.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Rachunek od państwa za 2011 rok

Coroczne rozliczenie PIT to dobry moment, by zastanowić się ile kosztuje nas polskie państwo.