Dek@ada.pl
    Internet53 · serwisy społecznościowe9 · serwisy internetowe37
2010-12-05
Autor: Otto Katz
Coraz bliżej, coraz bliżej. Pierwsze dziesięciolecie XXI wieku nieubłaganie zbliża się do końca. Wiecie co to oznacza, prawda? Powoli dochodzimy do tradycyjnego, medialnego okresu podsumowań, zestawień i najróżniejszej maści „toptenów”. Jest w tym zwyczaju coś śmiesznego, ale mimo wszystko lubimy te sentymentalne, ale zarazem szacujące spojrzenia na najróżniejsze aspekty ostatnich 12... lub 120 miesięcy. Toteż w związku z tym zapraszam na krótki spacer po witrynach internetowych, które na e-życie Polaków wywarły w ostatniej dekadzie największy wpływ.

Zanim ruszymy w drogę wyjaśnijmy sobie jedną, dość istotną rzecz. To nie jest żaden ranking. Nie przyznaję punktów, nie wyznaczam pozycji, nie wymyślam żadnych absurdalnych kryteriów wartości konkretnych portali. To, co przeczytacie poniżej to tylko zupełnie subiektywny wybór stron, które w jakiś istotny sposób odcisnęły swoje wyraźne piętno na polskiej sieci. Nie są też uporządkowane wedle jakiejkolwiek innej kategorii niż co mi paluchy na klawiaturę przyniosły. „Topteny” zostawmy innym, sami zaś rzućmy jeszcze raz okiem na to, co przez ostatnie lata działo się w naszej wirtualnej rzeczywistości. Zapnijcie pasy, ruszamy!

Wykop

Założony w końcówce 2005 roku serwis społecznościowy (tak, tych będzie tutaj sporo. Web 2.0 to moda, która kompletnie zdominowała Internet w ostatnich latach) bazujący na dokładnie tym samym pomyśle, co amerykański Digg. Idea stojąca za Wykopem jest prosta, sami autorzy streszczają ją w czterech bardzo konkretnych postulatach: odkrywaj, dziel się z innymi, oceniaj, dyskutuj. Koniec. Tyle. Ta strona to doskonały przykład na to, że geniusz faktycznie tkwi w prostocie. Wyszperałeś gdzieś w przepastnych odmętach sieci jakiś ciekawy materiał – tekst, program, zdjęcie, film, dosłownie cokolwiek? Pochwal się swoim znaleziskiem na Wykopie. Przy okazji przejrzyj to, co zaproponowali inni użytkownicy i... oto mamy przepis na ogromną bazę, zbierającą ciekawe treści publikowane gdzieś w Internecie. Wirtualna rzeczywistość to gigantyczny cyberśmietnik, a takie inicjatywy jak Digg, czy właśnie nasz rodzimy Wykop, ze swoim systemem oceniania promowanych materiałów pozwalają błyskawicznie, bez żmudnego przebierania, wygrzebać gdzieś z tego kubła pełnego nieposegregowanych odpadów prawdziwe perełki. Wobec tego gigantyczna popularność takich serwisów nie może dziwić, nawet pomimo kontrowersji i zarzutów o żerowaniu na treściach należących do innych witryn. Od niemal pięciu lat mamy swoją własną, nową jakość wyszukiwania i promowania informacji, podlaną społecznościowym sosem.

Nasza Klasa

Ostatnio o portalu dla ludzi z klasą słyszy się nieco mniej, ale jeszcze rok, czy dwa lata temu Nasza Klasa biła rekordy popularności i była w naszym kraju synonimem społecznościowego trendu w cyberprzestrzeni. Mimo tego wciąż, przynajmniej jeśli zawierzyć danym z Alexa.com, nie spada poniżej pierwszej dziesiątki najczęściej odwiedzanych adresów nad Wisłą. Pierwotne założenie serwisu było dość skromne i raczej nikt nie spodziewał się tak porażającego sukcesu. Otóż początkowo Maciej Popowicz z grupą kilku kolegów planowali po prostu stworzyć jedyną w Polsce platformę służącą odnajdywaniu starych znajomych ze szkolnej ławki. Ogromny skok popularności na przełomie 2007 i 2008 roku, nagły fenomen Naszej Klasy na pewno pamiętają polscy użytkownicy sieci. Po przejściu przez początkowe problemy techniczne spowodowane falą nowych fanów i późniejszej sprzedaży większości udziałów litewskiemu Forticomowi, profil witryny zaczął stopniowo ulegać zmianie, by zadowolić tę grupę użytkowników, która stanowi rdzeń społeczności z klasą. Czyli gimnazjalistów oraz ich starszych kolegów ze szkół średnich. Co oznacza to w praktyce? Cóż, nastolatkowie mają to do siebie, iż ich gusta nie należą do specjalnie wyszukanych.

Prezenty za SMS-y, gry, ocenianie zdjęć, pamiętna „afera śledzikowa” związana z nową, bardzo chłodno przyjętą funkcjonalnością – nie trudno dostrzec tu, jak bardzo rozmyła się pierwotna idea przyświecająca Popowiczowi. Czy wyszło to serwisowi na dobre? Oficjele z Forticomu, po zajrzeniu na firmowe konto w banku pewnie powiedzą, że tak. Co na to sami użytkownicy? Część z radością bawi się tymi wszystkimi mniej lub bardziej udanymi dodatkami i pompuje właścicielom portfele, a spora grupa, którą mierzi takie przeładowanie „społecznościowymi fajerwerkami” dokonała masowego exodusu i zaczęła kasować konta. Największa liczba osób pożegnała się z NK chyba gdy kilka miesięcy temu wprowadzono nowy regulamin, wymagający od użytkowników zezwolenia na dysponowanie przez firmę częścią ich danych oraz zdjęć. Bynajmniej jednak nie przeszkadza to Naszej Klasie w byciu jedną z najpopularniejszych witryn w kraju i swoistym społecznościowym prekursorem dla Polaków, tuż obok popadającego w zapomnienie Grona. Po eksplozji popularności wciąż zresztą zostało jeszcze kilkanaście milionów kont (dla porównania – opisany wyżej Wykop liczbę zarejestrowanych w setkach tysięcy mierzy od niespełna dwóch lat), na których wciąż można wiele zarobić.

Facebook

Dwie pierwsze strony były produktami Made in Poland, choć oczywiście miały swoje zachodnie pierwowzory. Witryna, której pomysłodawcą jest Mark Zuckerberg to zaś fenomen ogarniający cały świat. Zarówno ten prawdziwy, jak i wirtualny. Rozejrzyjcie się tylko po swoich ulubionych stronach. Spójrzcie na każdą po kolei i odpowiedzcie na pytanie – ile z nich nie zostało jeszcze zintegrowanych z Facebookiem? Jedna? Dwie? Pytanie drugie – ilu waszych znajomych nie ma tam jeszcze swojego profilu. I ponownie – jeden? Dwóch? Niewyobrażalny sukces Facebooka doskonale prezentuje to, z jaką siłą uderzył w dzisiejszą kulturę popularną. Nie chodzi nawet o to, że artyści, instytucje, firmy wydawnicze mają swoje konta służące celom promocyjnym. Przecież o Zuckerbergu niedawno nakręcono film. Założyciel FB okazał się być kimś na tyle ważnym, by sam David Fincher, reżyser Siedem i Podziemnego Kręgu chciał opowiedzieć jego historię. Można się kłócić co do tego, czy to sytuacja precedensowa, bo niektórzy pewnie jeszcze pamiętają jak w wyniku hakerskiego ataku na szczyt listy najbardziej wpływowych osób świata według magazynu Time wywindowany został założyciel 4chan.org, Christopher Poole. Nie ulega jednak wątpliwości, że jeżeli człowiek stojący za powołaniem do życia strony internetowej awansuje do rangi biznesmena i celebryty światowego formatu, jego sukces musi być naprawdę ogromny. A zaczęło się, jak w przypadku rodzimej Naszej Klasy, dosyć skromnie.

Rok 2004, Mark Zuckerberg nie ma jeszcze nawet dwudziestu lat. Studiuje na Harvardzie, w wolnych chwilach z grupą kolegów zajmują się tworzeniem sieciowej platformy dla studentów swojej uczelni. Z czasem rozszerzają swoisty prototyp Facebooka na kolejne szkoły wyższe. Powoli FB staje się otwartym dla wszystkich portalem społecznościowym, budzącym coraz większe zainteresowanie biznesowych rekinów wirtualnego świata. Zuckerberg jednak to twardy gracz i choć mogłoby go to ustawić do końca życia (i kilka kolejnych pokoleń Zuckerbergów też), wciąż nie zdecydował się sprzedać swoich udziałów w przedsiębiorstwie. Dziś na popularnym Fejsie istnieje już pół miliarda kont. Wynik iście kosmiczny. Ich właściciele mogą ze sobą rozmawiać, grać w różne dziwne gry, bawić się mnóstwem mniej czy bardziej użytecznych gadżecików, publikować zdjęcia. Niby nic, a jednak w jakiś sposób połączyło wspólnym „bzikiem” miliony ludzi z niemal każdego zakątka świata. To, co zaczynało jako niewielki studencki projekt, dziś jest jednym z symboli ery informacji i komunikacji. Lubisz to?

Allegro

To dopiero nowa jakość – Wykop, Nasza Klasa, Facebook – to wszystko przyjemne serwisy, ale przede wszystkim o wartości rozrywkowej. Z kolei pierwszy (powstał już 1999 roku, ale tak naprawdę skrzydła rozwinął dopiero w XXI wieku) i największy serwis aukcyjny, dziś właściwie już aukcyjno-zakupowy i to ze wskazaniem na ten drugi człon, w dużym stopniu odmienił ten kawałek życia Polaków, który widnieje pod hasłem „zakupy”. Teraz niemal każdy zanim wybierze się do sklepu, w celu poczynienia jakiejś większej inwestycji, zerknie właśnie na Allegro, dowie się kto, gdzie oraz za ile sprzedaje pożądany produkt, by ostatecznie zakupić go 20% taniej niż pierwotnie planował i to z paczką dostarczoną pod same drzwi. Przeniesienie sporego kawałka poszczególnych rynków do sieci to nie tylko kolosalne ułatwienie dla samych konsumentów, ale też spore wyzwanie i prawdziwy egzamin dla sprzedawców. Ci, którzy potrafili się szybko przystosować do postępujących zmian i przesunięcia zakupowego środka ciężkości w kierunku e-shoppingu dziś mogą spać spokojnie. Inni? Cóż, teraz nie pozostało im nic innego jak tylko liczyć straty. Szczególnie biorąc pod uwagę to, że jeszcze parę lat temu Allegro przypominało internetowy bazar. Mnóstwo aukcji, podbijanie ceny do ostatniej chwili, gorączkowe oczekiwania na zakończenie licytacji z kroplami potu spływającymi po czole, handel między jedną osobą fizyczną, a drugą. Ale to se ne vrati – w tej chwili mamy do czynienia raczej z wirtualną galerią handlową, w której kolejne sklepy kuszą nas atrakcyjnymi witrynami... ale czy to źle? W końcu my – konsumenci – właściwie tylko na tym korzystamy.

YouTube

Środa rano. Zimno. Wali śniegiem po twarzy tak, że masz ochotę schować głowę w piasek, tylko nigdzie nie ma żadnego cholernego piasku. Idziesz na pociąg. Oblodzone schody na dworcu. Łup! Lecisz jak długi, jeden stopień, drugi, trzeci, dwudziesty siódmy. Trafiasz do szpitala. Złamana noga, dwa pęknięte żebra, wstrząśnienie mózgu. W piątek wieczorem wracasz do domu. Dostajesz link do YouTube od znajomego. Zupełnym przypadkiem ktoś nagrał twój wypadek telefonem komórkowym i wrzucił go właśnie na tę witrynę. Sto tysięcy wyświetleń po dwóch dniach. Za tydzień będzie pół miliona. Gratuluję! Właśnie zostałeś gwiazdą Internetu! Oczywiście powyższa historyjka jest mocno podkolorowana, ale tak właśnie działa YT. Nigdy wcześniej dzielenie się multimediami z całym światem nie było tak łatwe. Możliwość prostego i szybkiego publikowania krótkich filmów na łamach serwisu sprawiła, że w ciągu roku pojawia się na nim więcej hitów znanych prawie każdemu Internaucie niż ktokolwiek byłby w stanie przewidzieć. W pewnym momencie, zamiast walczyć z pleniącym się jak plaga naruszaniem praw autorskich, wielkie koncerny medialne zdecydowały się na współpracę ze stroną – dzięki temu setki albo i tysiące popularnych artystów mają tam swoje profile, codziennie odwiedzane przez fanów i uciążliwych haterów. YouTube, a dokładniej jego zawartość, kreuje w społeczeństwie pewne trendy i to chyba w sposób bardziej odczuwalny niż jakakolwiek inna strona internetowa. W tym aspekcie nawet Facebook musi uznać należącą do koncernu Google witrynę za godnego konkurenta.

Joe Monster

„Niecodziennik satyryczno-prowokujący”, bo tak właśnie o swoim tworze piszą twórcy JM, to złośliwy, momentami bezczelny, ociekający sarkazmem świadek i komentator bieżących wydarzeń z całego świata. Jeśli gdzieś dzieje się coś nieprawdopodobnego, zadziwiającego, absurdalnego, groteskowego, a przede wszystkimi zabawnego lub śmiesznego, to z całą pewnością dowiecie się o tym od redakcji lub użytkowników tej właśnie strony. Bardzo skromne początki Joe Monster sięgają przełomu wieków i od tamtej pory witryna wywołuje uśmiech na ustach coraz większej ilości Polaków. Jak bardzo przywiązaliśmy się do prześmiewców z JM najlepiej chyba świadczy historia tego serwisu – przecież przez kilka pierwszych lat najwięksi fani strony byli jednocześnie jej częściowymi sponsorami. Dziś jest to jeden z kilkudziesięciu najczęściej odwiedzanych adresów w polskim Internecie. Nie ma dnia, by na łamach Joe nie pojawiały się absurdalne filmiki, zdjęcia wywołujące na twarzy najpierw szok, a potem szeroki uśmiech lub złośliwe, prześmiewcze teksty. Z chałupniczej roboty kilku błyskotliwych zapaleńców JM stał się rentownym biznesem oraz przede wszystkim wielbioną przez tłumy rodzimą stolicą wirtualnej satyry. I jeśli ktoś regularnie pływa po sieciowym morzu informacji, to nawet nie wchodząc regularnie na łamy tej strony niemal na pewno natknął się kiedyś na pochodzące z niej materiały. Niniejszym odrzucam od siebie możliwość, że w ogóle uchowały się gdzieś osoby, które z Joe Monster nie miały jeszcze styczności.

Wiadomosci24

W Internecie publikować może każdy. I tenże właśnie „każdy” może też wrzucić w obieg cokolwiek tylko zapragnie, stąd i popularne (skądinąd bardzo celne) określenie sieci jako gigantycznego śmietnika. Ów „każdy”, jako kreatura wyjątkowo złośliwa, z tych swoich „możności” korzysta bez oporów, zalewając to nasze kochane wysypisko czym popadnie. Pewnego dnia ktoś w wydawnictwie Polskapresse okazał się na tyle sprytny, by przekuć wszystkie te cechy i możliwości Internautów w rzetelny serwis informacyjny, oparty o formułę dziennikarstwa obywatelskiego, swoją drogą obecną również tutaj, na łamach MojeOpinie.pl. Pewnie, Wiadomości24 to nie pierwsza polska strona tego typu – za prawdziwego prekursora takiej działalności nad Wisłą należy uznać fundację Wikimedia Commons i uruchomiony przez nią serwis Wikinews. Ale to właśnie W24, w pierwszych latach swojej działalności prowadzone przez Pawła Nowackiego zdołało osiągnąć największy sukces. Strona przyciągnęła do siebie gigantyczny zastęp niezmordowanych, utalentowanych publicystów, których uwadze nie umykają niemal żadne wydarzenia. Zarówno te wielkie i spektakularne, jak i nieco mniej istotne, o skali lokalnej. Piszą o polityce, kulturze, sporcie, podróżach... dosłownie o wszystkim. Ponadto wzbogacają swoje materiały własnymi fotografiami i nagraniami wideo. Aktywnie dyskutują i komentują To jeden z wyjątkowo nielicznych przykładów tego, jak można połączyć ilość z jakością i to, jakby nie było, w amatorskim wydaniu. Tylko skąd oni wzięli tylu autorów, gotowych pisać za darmo, pro publico bono? Nie wiem, ale jak będę rozkręcał jakiś biznes, to z pewnością poszukam tego magicznego miejsca.

Demotywatory

Jeden z największych fenomenów polskiego Internetu. To, z jaką siłą miejsce na plakaty motywacyjne uderzyło w nasze społeczeństwo jest wręcz nieprawdopodobne. Impuls do stworzenia takiej strony, jak z resztą ma to miejsce w przypadku większości polskich produktów, dla których znalazło się miejsce w tym zestawieniu, przyszedł zza oceanu. Pierwotnie amerykańska inicjatywa błyskawicznie jednak przebiła się do ogólnej świadomości Polaków i od tego czasu jest u nas traktowana niemalże jako dobro narodowe. Na popularne „Demoty” można natknąć się czasem w prasie i telewizji. Linki do nich przewijają się przez wielką ilość portali i for dyskusyjnych. W towarzystwie nie można nawet opowiedzieć dobrego dowcipu, bo zaraz ktoś sobie przypomni, że gdzieś to kiedyś słyszał i zgasi nas szybkim stare, było na Demotach. Mania na obrazki z dwulinijkowymi podpisami ogarnęła cały kraj. Chłopcy i dziewczyny. Uczniowie i studenci. Gospodynie domowe i zabiegani mężowie. Emeryci i renciści... Demotywatory.pl zna każdy, a regularnie odwiedza większość. Czasem zabawne, czasem refleksyjne, czasem celne, a innym razem zwyczajnie głupie i żałosne. Ale jakie by nie były, każdego dnia ogląda je, komentuje i wzajemnie sobie podsyła pół Polski. Sukcesu tej strony chyba nic nie obrazuje tak dobrze, jak liczba jej tandetnych klonów, która zdaje się rosnąć z każdym dniem. Jeszcze paręnaście miesięcy temu mogło się wydawać, że to chwilowa moda, tymczasowy trend, taki jak żarty o Chucku Norrisie. Czas jednak pokazał, że rzeczywistość nijak ma się do podobnych przewidywań, a popularność Demotywatorów jak nie malała, tak wciąż nie maleje i pozostaje ogromna.

Wikipedia

To dopiero ciekawy twór – na tyle, że niedawno napisałem na jego temat osobny artykuł, aby wyjaśnić kilka spraw dotyczących postrzegania „Wikiźródeł” w Polsce. Ale nie czas teraz na dorabianie ideologii, spójrzmy na fakty. Polska Wikipedia to ogólnodostępna, całkowicie darmowa i otwarta dla każdego, kto chce wcielić się w rolę edytora encyklopedia, której zasoby to w tej chwili przede wszystkim przeszło 750 tysięcy haseł (czwarty wynik na świecie!) oraz całe mnóstwo dołączonych do nich plików graficznych i ogromna baza linków źródłowych, z których autorzy artykułów brali dane informacje. Naturalnie nie wolno zapominać o niepokojącym odsetku błędów merytorycznych, bo Wikipedia to narzędzie dla ludzi umiejących korzystać z niego z głową. Ale obok Allegro, ze wszystkich wymienionych tutaj pozycji, to właśnie Wolna Encyklopedia jest tym narzędziem, które w ciągu całej dekady ułatwiało nam życie w największym stopniu. Błyskawiczny dostęp do bogatych zasobów informacji zgromadzonych w jednym miejscu i połączonych wewnętrzną siecią linków, pozwalających na szybki przegląd wszystkich haseł dotyczących danego zagadnienia. Korzystanie z wiedzy zawartej pośród milionów zdań napisanych na potrzeby Wikipedii jest tak proste, że rozleniwiło ludzi o tego stopnia, iż wielu z nich w poszukiwaniu informacji nie chce się nawet sięgnąć nigdzie dalej. To palący problem, z którym trzeba walczyć. Ale pozbycie się go już nie leży w gestii fundacji Jimmy'ego Walesa, prawda?

FilmWeb

Polacy, jak chyba wszyscy, lubią oglądać filmy. Ale żeby aż tak? Nie spodziewałem się, że pomiędzy Odrą a Bugiem żyje aż tylu zjadaczy popcornu, tudzież kinomanów. FilmWeb to nasza największa strona poświęcona wszystkiemu, co związane z filmową branżą. Można się zachwycać ciekawymi recenzjami i newsami, rozbudowanym interfejsem użytkownika, szerokimi możliwościami, społecznościowym zacięciem, jakim wykazuje się najnowsza (wprowadzona dopiero w tym roku) wersja portalu. Ale nie są to najważniejsze elementy FW. Teksty o kinie znajdziecie wszędzie. Szukacie wszelkiego rodzaju gadżetów i mechanizmów pozwalających się dodatkowo uspołecznić w sieci? Jest całe mnóstwo innych stron, o znacznie szerszych możliwościach w tym aspekcie – kilka adresów znajdziecie nawet w tym artykule. To, co wyróżnia FilmWeb, co czyni go ewenementem na skalę światową jest baza danych. Filmy, seriale, ludzie związani z branżą – aktorzy, scenarzyści, producenci, niby nic specjalnego prawda? Więcej światła na fenomen FilmWebu powinna rzucić informacja, iż owa baza jest drugą największą na świecie wśród wortali kinowych. Jedyna witryna, jaka może pochwalić się bardziej spektakularnymi zasobami informacji jest amerykańska Internet Movie Database (IMDb), jedna z najstarszych stron internetowych w ogóle. Ten niebywały sukces był możliwy głównie dzięki nastawieniu na materiały tworzone przez użytkowników, którzy tę bazę na bieżąco uzupełniają. I, jak na taki tłum Internautów, robią to zadziwiająco dobrze. Pokuszę się teraz o dość ryzykowne i nieco górnolotne stwierdzenie, ale śmiem twierdzić, iż Filmweb.pl to jeden z najlepszych nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie przykładów na to, jak wiele można osiągnąć dzięki rozsądnemu prowadzeniu serwisu w formule Web 2.0.

MySpace

Jedna z pierwszych społecznościowych witryn, które uzyskały taką popularność – założony w 2003 roku MySpace do dziś utrzymuje się na liście najczęściej odwiedzanych stron na całym świecie. Parę lat temu każdy, kto chciał iść za modą i być wśród sieciowego mainstreamu musiał mieć tam swoje konto, na które wrzucał zdjęcia, a do tego prowadził bloga i „kolekcjonował” znajomych. To czym MySpace wyróżniał się przede wszystkim, to możliwość wzbogacenia swojego konta o materiały multimedialne – sukces strony od 2005 roku należącej do medialnego molocha News Corporation, w połączeniu z geometrycznym wzrostem liczby ludzi mających stały dostęp do Internetu wytworzyły impuls, owocujący wzmożoną kreatywnością między innymi polskich młodych artystów. No, może odrobina w tym przesady. „Potencjalnych artystów”, a w znacznej większości przypadków „niedoszłych artystów” to określenia zdecydowanie lepiej oddające stan rzeczy. Nie zmienia to jednak faktu, że młode zespoły muzyczne marzące o wielkiej karierze i trasach koncertowych po całym globie tłumnie rzuciły się na MySpace. Przyświecało im przekonanie, że znalazły dobre miejsce by się wypromować. I niektórym w mniejszym, czy większym stopniu z całą pewnością się udało. I choć dziś strona służy przede wszystkim wielkim wytwórniom muzycznym w celach reklamowo-propagandowych, to i tak nie brakuje ambitnych muzyków, za pośrednictwem MS próbujących znaleźć swoje miejsce we współczesnej popkulturze. Sama strona zaś jest prawdziwym El Dorado dla koneserów alternatywnych brzmień i undergroundu w wersji audio.

RapidShare

Pamiętacie jeszcze te smutne czasy, kiedy na „ważący” 80 megabajtów folder ze zdjęciami z wakacji na Wyspach Kanaryjskich, którymi koniecznie trzeba było się pochwalić przed znajomymi, musiał zostać umieszczony na płycie CD (tyle zmarnowanego miejsca!) i mechanicznymi metodami dostarczony do kolegów? Innej możliwości nie było. Wrzucać 80 MB na konto pocztowe? Mordęga! Serwisy społecznościowe na tak dużą skalę właściwie jeszcze nie istniały, z resztą i tak nie byłyby pomocne, gdyby chodziło o jakiś inny rodzaj pliku niż akurat wakacyjne fotosy. W 2004 roku na ratunek przyszła strona Rapidshare.de, dzisiaj dostępna już pod adresem w domenie .com. Wielki, płatny tylko dla największych zapaleńców, pragnących posiadać oferujące bajeczne możliwości konta premium, serwis hostingowy zyskał gigantyczną popularność. Genialne w swojej prostocie narzędzie, pozwalające stosunkowo szybko i wygodnie umieszczać w sieci nawet duże pliki i dzielić się nimi z całym światem to jeden z najważniejszych wynalazków wirtualnej rzeczywistości ostatnich lat. Oczywiści, dzisiaj już nie musimy ściągać tak wiele – zdjęcia można wrzucać na FaceBooka i Naszą Klasę, filmy ogląda się na YouTube i jemu podobnych, a odsłuchiwanie wybranych piosenek za pośrednictwem sieci też nie jest dziś żadną magią. Stąd właśnie malejąca popularność RapidShare, ale to i tak kawał historii Internetu, wciąż dzielnie trzymający się pośród setki najpopularniejszych witryn w Polsce i na świecie.

The Pirate Bay

Pozycja kontrowersyjna, chyba najbardziej ze wszystkim w tym zestawieniu. Ale pewien znany kaznodzieja miał dwa tysiące lat temu powiedzieć: kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem. Piractwo to w skali globalnej, ale też naszego skromnego podwórka prawdziwa plaga dla producentów. Nielegalnie ściągamy na potęgę. Filmy, seriale, albumy, gry, oprogramowanie, nawet książki w wersji elektronicznej – kradniemy (bo tak trzeba to nazwać, zupełnie abstrahując od precyzyjnej definicji kradzieży) co popadnie i ile wlezie. A nic nie ułatwia tego w równie wielkim stopniu, co serwisy zbierające pliki sieci BitTorrent. Wśród nich to właśnie The Pirate Bay wiedzie prym. Takie strony pozwalają na wymianę części danych pomiędzy użytkownikami ściągającymi jednocześnie tą samą rzecz lub już posiadającymi ją na twardych dyskach. Prościej i krócej – praktycznie nie ma filmów, gier, czy albumów muzycznych, których nie dałoby się w ten sposób pobrać. A jeśli cieszą się chociaż umiarkowaną popularnością, zrobimy to szybko i bezproblemowo. Straty wielkich koncernów medialnych liczone są w milionach dolarów, a piraci ani myślą się tym przejąć i twardo brną dalej w swoim procederze. Łącza grzeją się do białości i kolejne gigabajty danych nielegalnie trafiają do kolejnych użytkowników. W Polsce popularność torrentów jest duża, choć i tak z ulgą możemy stwierdzić, że wciąż przynajmniej kilkanaście państw znacznie mocniej eksploatuje możliwości Pirate Bay. Amerykańska organizacja MPAA oraz szwedzka policja (serwery TPB umieszczone są w Sztokholmie) co jakiś czas próbują różnymi metodami doprowadzić do zamknięcia strony, ale od lat jest to tylko ciągła zabawa w kotka i myszkę. Największy sukces to kilkudniowe odłączenia Zatoki Piratów od sieci. Za każdym razem jednak strona odradzała się jak feniks z popiołów i nic nie zapowiada nagłej zmiany stanu rzeczy. A skala piractwa ani myśli o tym, by zmaleć. Piraci: 1, producenci i wydawcy: 0.

GoldenLine

Portale społecznościowe to nie tylko FB i NK, zachęcające do założenia swojego profilu właściwie każdą osobę. Są też najróżniejsze, tematyczne community sites – być może najważniejszym tego typu projektem w Polsce jak właśnie strona, którą znajdziecie pod adresem goldenline.pl. Jej twórcy założyli sobie, że powołają do życia portal dla ludzi zainteresowanych rozwojem swojej kariery, biznesmenów, menedżerów i innych stworzeń obdarzonych przez niebiosa niezwykle istotną cechą – szeroko pojętą przedsiębiorczością. Brzmi mocno niszowo i z początku chyba mało kto wierzył w to, aby GL mogło dotrzeć do szerokiego grona odbiorców. Internet jednak po raz kolejny zaskoczył i dał do zrozumienia, że cyberprzestrzeń potrafi być całkowicie nieprzewidywalna. Od kilku lat ludzie z najróżniejszych stanowisk, od właścicieli firm po absolwentów wyższych uczelni z jeszcze ciepłymi dyplomami nawiązują znajomości, debatują i wymieniają się całym spektrum zawodowych doświadczeń. GoldeLine okazał się strzałem w dziesiątkę – nie tylko dla twórców, którzy na pewno z radosnym błyskiem w oczach spoglądają na licznik odwiedzin, ale też dla samych użytkowników. To właśnie za sprawą tego portalu wiele osób zdołało znaleźć swoich nowych partnerów biznesowych, szefów i pracowników. Właściwie nie ma dnia, by na GL nie działo się coś ciekawego – strona tętni życiem i jest jednym z pierwszych kierunków, jakie w cyberprzestrzeni obierają dziś młodzi, przedsiębiorczy ludzie, szukający sposobu na dalszy rozwój zawodowy.

4chan

Kilka razy zdążyłem już napisać tutaj o tym, iż Internet to tak po prawdzie monstrualnych rozmiarów śmietnik. Najmocniej pogrążonym w chaosie miejscem w sieci bez wątpienia jest 4chan.org, w 2003 roku założony przez Chrisa Poole'a (bardziej znanego pod pseudonimem „moot”) jako forum do wrzucania obrazków związanych z japońskimi komiksami i animacją. Teraz to jednak właściwie żywa tkanka, której rozrostu nie da się utrzymać pod kontrolą. Banalnie prosta szata graficzna, opcje ograniczone do możliwego minimum, brak rejestracji użytkowników... i jeden, cholernie wielki bajzel. Z 4chana pochodzi całe mnóstwo hitów Internetu, tak zwanych „meme'ów”, znanych prawie każdemu Internaucie. Zdjęcia kotów w dziwnych pozycjach. Żarty o Chucku Norrisie. Popularyzacja pisania w formie l337 5p35k (leet speak). Hakerski atak na stronę magazynu Time. I mnóstwo, mnóstwo innych.

To tylko wierzchołek góry lodowej, jaką są wszystkie mniej i bardziej popularne twory wyłowione z 4chanowego chaosu. Ale ta witryna to nie tylko błyskotliwe dowcipy. 4chan, mający w Polsce tabuny fanów, jest przede wszystkim festiwalem brutalnej prawdy o tym, jak ludzie potrafią się zachować, gdy da im się sporą swobodę i złudzenie anonimowości. O czym mowa? Cóż, najbardziej obrazowe będzie przywołanie cytatu nieznanego autora o jednym z działów strony (nazwanym po prostu”/b/”), rzucającego wiele światła na poziom reprezentowany przez użytkowników 4chan: ZUPEŁNIE nie rozumiesz o co chodzi w /b/. /b/ to nie jakieś tam „oh, siemka chłopaki, znalazłem czadowego linka, ha ha”. /b/ nie jest pseudo-intelektualną dyskusją ze Slashdot. /b/ to nie LiveJournal, SuicideGirls, czy HotOrNot. /b/ to miejsce dla ludzi, by byli potworami – okropnymi, bezrozumnymi, nie przejmującymi się potworami takimi jakimi są w rzeczywistości. Tsunami rozwala azjatycki kontynent, a my się śmiejemy. Psychopatyczne emo wyładowuje się na kotku, a my się śmiejemy. Facet gwałci swoją wnuczkę, a my się śmiejemy i chcemy więcej. Samobójstwa, zabójstwa, ludobójstwa – śmiejemy się. Rasizm, seksizm, dyskryminacja, ksenofobia, gwałty, bezpodstawna nienawiść – śmiejemy się. Jesteśmy bezmyślnym naśladownictwem, jesteśmy irracjonalnym wyborem, jesteśmy bezsensownymi wojenkami. Jesteśmy prawdziwym obliczem Internetu. Czy naprawdę trzeba pisać coś więcej? Może tylko tyle – ci ludzie naprawdę mają wielki wpływ na współczesny kształt sieci. To właśnie jednocześnie przeraża i fascynuje.

Google

Droga jaką przebyły popularny Wujek Google może się wydawać wręcz nieprawdopodobna. W ciągu niespełna piętnastu lat, od projektu studenckiego ograniczającego się do wyszukiwania treści w Internecie, do biznesowego rekina, trzymającego ręce na globalnym przepływie informacji w stopniu nieporównywalnym z jakąkolwiek inną instytucją. To pogrubione „Google” kilka linijek wyżej nie odnosi się bynajmniej do tego, co stanowiło podwaliny pod dzisiejszego molocha. Nie chodzi o samą wyszukiwarkę, a o wielki kompleks serwisów, zapewniających dzisiaj dostęp właściwie do wszystkiego, co można znaleźć w odmętach Internetu. Oczywiście, lwia część sukcesu firmy to gigantyczna ilość skatalogowanych przez nią stron. Ale mówiąc o Google nie wolno zapominać o takich serwisach i usługach jak YouTube, Google Maps, Gmail, iGoogle, Google Translate, Android, Google Ads, Picasa, Google Books, Google Scholar, Chrome... uff. To i tak nie wszystko, ale te najważniejsze udało się wymienić. A teraz grzecznie – kto na co dzień nie korzysta z żadnego z powyższych, rączka w górę. Nikt? No właśnie. Dlatego Google rządzi światem i nie ma tu wcale specjalnie dużej przesady. Wpływ koncernu na nasze życie jest tak ogromny, że spora część osób na pytanie o sposoby wyszukiwania informacji w Internecie wymienić potrafi tylko Wikipedią i właśnie najpopularniejszą na świecie wyszukiwarkę (zarazem najczęściej odwiedzaną stronę). Z drugiej strony – kto tak na dobrą sprawę na co dzień potrzebuje czegoś więcej?

Onet

Długo zastanawiałem się, czy w tym miejscu nie powinna jednak znaleźć się Wirtualna Polska, jako pierwszy polski duży portal informacyjny. Ostatecznie jednak zrezygnowałem z tego pomysłu. Dlaczego? Bo artykuł dotyczy ostatnich dziesięciu lat, a od przejęcia przez grupę ITI w 2001 roku, to właśnie krakowski Onet trafia do najszerszej publiki. Jego wyższość uznać musi nie tylko WP, ale też Interia, o2 i prowadzona przez Agorę Gazeta. Na sam koniec nasz ranking uświetnia więc swoją obecnością druga najczęściej odwiedzana witryna w Polsce, wyprzedzana tylko przez stronę główną Google. Onet ciągle żyje. Jako wielki portal informacyjny jest nieustannie aktualizowany, zatrudnia specjalistów z wielu dziedzin, jest też jednocześnie portalem o charakterze rozrywkowym. Można tam znaleźć wszystko – najświeższe wiadomości, prognozę pogody, katalog stron, dużo mniej lub bardziej użytecznych subserwisów... to wszystko pozwala stać się Onetowi nadwiślańskim centrum Internetu. Miliony odwiedzających każdego dnia klikają w rozmaite linki, dyskutują, komentują... w skrócie: czynią największą polską stronę internetową gwarną i pełną życia. Szkoda tylko, że poziom tego „życia” momentami zatrważa. Bo bardzo negatywne w swoim wydźwięku określenie „komentarze na poziomie Onetu” niestety nie wzięły się z powietrza.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Kto z trójki – Internet, The Pirate Bay, Dennis Rodman – naprawdę był w Korei Północnej

Obserwując Koreę Północną wciąż dziwni mnie fenomen konfucjańskiego bezsprzecznego podporządkowania tamtejszych obywateli władzy. Kult dżucze-kimirsenizmu sprawił, że Koreańczycy z...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".