Desperacja i nadzieja - polityka zagraniczna Obamy
    Obama177 · USA213 · hegemonia USA28 · polityka zagraniczna USA47
2009-09-08
W czasach, które miały zakończyć historię zwykło się przedstawiać Stany Zjednoczone jako arbitra. Wbrew temu co pisał jakiś czas Fareed Zakaria, zwycięzcę zimnej wojny już na początku lat 90. postrzegano głównego rozstrzygającego. Popularny publicysta stwierdził, że jest to rola, która pozostaje dopiero do obsadzenia, jedyna alternatywa dla Waszyngtonu tracącego status pierwszej światowej potęgi.

Idea Soft Power

Wydaje mi się, że uległ on wizji, która przemawia do wielu prostych ludzi, gdzieś za oceanem istnieje wielkie imperium - żądne podbojów i zdolne w razie potrzeby prowadzić wojny światowe. Zdawał się nie dostrzegać, iż wewnątrz tej potęgi zawsze istniał wyraźny sprzeciw wobec wszelkich form bezpośredniego panowania nad światem. Amerykanie, którzy w swoją tradycję polityczną wpisali interesowność, zawsze woleli po prostu mieć do powiedzenia ostatnie słowo. Owa wola rozstrzygania, tak uwypuklona w idei soft power, jest istotą tamtejszej mocarstwowości. Groźba utraty pozycji sędziego jest dla Stanów dużo bardziej przerażająca niż rosnące PKB Chin. Mijają lata ideologii w polityce zagranicznej, Biały Dom chce być "elastyczny".

To jasne, że nadal istnieją pewne zasady. Korea Północna pozostaje symbolem zła, zaś Aleksander Łukaszenko persona non grata. Mimo to, w wielu przypadkach widać wolę przełamania lodów, siadania do rozmów, liberalizowania sankcji a nawet przepraszania. Program Obamy w sferze dyplomacji na pewno nawiązuje w jakiś sposób do "pacyfistycznej" linii doby rządów Cartera, niemniej jest pozbawiony wielkiej troski o prawa człowieka. Nie ma mowy o powrocie do retoryki "osi zła". Wielu komentatorów zwróciło uwagę na nieporadność Departamentu Stanu wobec zamieszek, które miały miejsce podczas wyborów w Iranie. Brak twardej reakcji interpretowano najczęściej jako chęć polepszenia stosunków, ale i wielką niekonsekwencję. Wizyta prezydenta w Moskwie miała służyć porozumieniu, dzięki któremu Rosja ponownie zaczęłaby słuchać rad Zachodu w kwestii polityki wewnętrznej. Nie zwrócono jednak uwagi na to, że choćby Miedwiediew chciał się wyściskać z Obamą podczas wspólnego wiecu na Placu Czerwonym, nie mógł tego zrobić.

Jak w oczach Rosjan wyglądałby przywódca deklarujący miłość do Ameryki, wedle idei putinowskiej, odpowiedzialnej za smutę lat 90.? Dlatego lipcowe spotkanie nie zostało uznane za sukces, a rosyjskie media jak zwykle rozpisywały się o bucie i arogancji USA. Sukcesem jest współpraca w kwestii szlaków dostawczych do Afganistanu, niemniej sama narzuca się teoria, iż zostało to okupione m.in.tarczą antyrakietową. Trzeba przyznać, że stosunek Demokratów do tej ostatniej od zawsze był sceptyczny, niemniej niepokojące wydaje się być "zapomnienie" o kwestii gruzińskiej.

Priorytety Białego Domu

Priorytetem Białego Domu staje się dyplomatyczne rozwiązanie kwestii Korei Północnej. Wizyta Clintona w Phenianie na pewno została ustalona na wysokich szczeblach, niemniej Departament Stanu zdaje się polegać na kuluarowych rozmowach, a nie głośnych deklaracjach. Negocjacje z Koreańczykami wiążą się z ważnym punktem kadencji Obamy, jakim zrobienie postępów w kwestii nierozprzestrzeniania się broni jądrowej. W tej kwestii prezydent również zaprezentował niezgrabność, gdy w trakcie wizyty w Pradze oświadczył, że chce doprowadzić do atomowego rozbrojenia. Takie marzycielskie deklaracje przychodzą do legendy gdy wypowiada je lewacki komendant bądź lider mniejszości rasowej, jednak przywódcy mocarstwa po prostu nie przystoją. Szczególnie w sytuacji, gdy każde wypowiedziane przezeń słowo jest dokładnie analizowane przez dziennikarzy. Ci spodziewali się po europejskim tournee Obamy wielkiego przemówienia- podobnego do tych, które wygłaszał w trakcie kampanii wyborczej. Na plus trzeba waszyngtońskim prominentom zaliczyć spektakl wokół wizyty Clintona i jej bezpośredni skutek, czyli uwolnienie dwóch dziennikarek.

Faktem jest przeniesienie ciężaru w stosunkach z krajami europejskimi. Demokraci nie widzą wielkich korzyści we współpracy z krajami rumsfeldowskiej Nowej Europy i ponownie zbliżają się do tradycyjnych sojuszników z Zachodu. Radykałowie widzą to jako ponowne oddanie naszego rejonu w ręce Moskwy, jednak patrząc trzeźwiej na sytuację, trzeba spojrzeć z drugiego punktu widzenia. Od kilku lat Polska, Czechy, Węgry i inne państwa, niegdyś komunistyczne, są w Unii Europejskiej oraz NATO. Ich dotychczasowe, bądźmy szczerzy, uprzywilejowane partnerstwo z USA wynikało z faktu, iż rząd Busha musiał szukać nowych sojuszników w coraz mniej popularnej walce z terrorem. Wraz ze zmianą lokatora Białego Domu, Stany dostały okazję nowego otwarcia- szczególnie Francja i Niemcy oczekiwały odnowy przyjaźni. Przy tym Sarkozy i Merkel na pewno woleli pozować do zdjęć z modnym Obamą, niż ze znienawidzonym Bushem. Mając do wyboru otwarte ramiona mocarstw zachodnioeuropejskich i oczekujące funduszy oraz pomocy militarnej państwa ze środka kontynentu, Waszyngton wybrał mniej męczącą drogę. Jest to pewne uproszczenie, niemniej dobrze oddaje dylematy pracowników Departamentu Stanu. Wielokrotnie już wykazano, że ta decyzja może się okazać krótkowzroczna. Stosunki z Paryżem oraz Berlinem i tak szły ku dobremu, zaś Warszawa, Praga czy Wilno już dzisiaj czują się zranione.

Wyrazem tego był list środkowoeuropejskich intelektualistów do prezydenta Obamy. Stany zachowują się arogancko i odrzucają wypracowywany przez miesiące konsensus w sprawie tarczy antyrakietowej. Myślą, że tak czy owak będą respektowane z uwagi na swoją potęgę. Zapominają jednak, że w zglobalizowanym świecie z jednej strefy wpływów do innej przechodzi się niezwykle szybko. Francja starała się zachować niezależność zawsze, jednak Niemcy na pewno nie będą już tak uległym partnerem jak niegdyś. W końcu, to BND prowadzi dzisiaj na Bliskim Wschodzie bardziej skuteczną politykę niż CIA. Więzi wewnątrz NATOwskimi sojusznikami są luźniejsze niż kiedykolwiek, zaś największe państwa kontynentu coraz częściej prowadzą niezależną politykę handlu zagranicznego i dyplomacji. Nieraz sprzeczną z amerykańskimi interesami.

Ciekawym zagadnieniem jest kwestia Ameryki Południowej. Rejon trudny, na terenie którego "jankesi" wyrządzili masę krzywd i są postrzegani jako zachłanny, turbokapitalistyczny moloch. Kwietniowy Szczyt Ameryk miał zapoczątkować erę równorzędnych stosunków pomiędzy Stanami a ich południowymi sąsiadami. Wszyscy pamiętają uścisk dłoni Chaveza i Obamy, a także prezent wenezuelskiego prezydenta dla swojego kolegi po fachu. Owym darem była książka "Open Veins of Latin America", napisana w 1971 roku i budująca mit Ameryki Łacińskiej umęczonej pod suto zastawionym stołem Zachodu i prawicowych junt. Wszyscy spodziewali się gestów pojednania, może nawet jakichś historycznych przeprosin ze strony Waszyngtonu, a także ograniczenia działań CIA, przecież nadal bardzo aktywnej np.w Kolumbii.

Jednak to właśnie dzięki Bogocie wiemy, że jak wielokrotnie bywało w historii, USA ponad wielkie gesty przełożyła bieżące interesy. Od momentu gdy prezydent Uribe podpisał umowę wojskową z Waszyngtonem, całkiem otwarcie mówi się o niej jako o groźnym precedensie. Na całym kontynencie trwają zbrojenia, jednak wrażenie robi szczególnie Brazylia, która najwyraźniej obawia się zwiększonej aktywności amerykańskiej floty na Morzu Karaibskim. Niedaleko jej wybrzeży istnieją wielkie, podwodne złoża ropy- niewątpliwie bardziej kuszące niż dobre stosunki z Brasilią.

Brak politycznego doświadczenia Obamy

Problem prezydenta Obamy polega na tym, że łączy on dobrą wolę i istotne cele polityczne z wielką niezgrabnością dyplomatyczną. Gdy już ma odważny plan, najczęściej zakładający liberalizację, nie potrafi go doprowadzić do końca. Tak jakby się bał neokonserwatystów, którzy są przecież teraz w zupełnym dołku. Przywódca największego mocarstwa na świecie rządzi w jednym z bardzo ważnych dla Ameryki momentów, a boi się wprost pokazać ludziom, że jest stanowczym lewicowcem. Pomimo, że to Zmiana była jego sztandarowym hasłem, stał on się niewolnikiem sondaży i nie naciskania na odcisk żadnej wielkiej grupie społecznej. Mimo, że i tak już to robi samą swoją obecnością w Gabinecie Owalnym.

Obecny prezydent i tak już ma swoje miejsce w historii, jednak żeby osiągnąć wielkość musi sprawić aby Stany Zjednoczone pozostały światowym arbitrem. Jak na razie niefortunnie doprowadza do utraty wpływów. Interwencje wojskowe nie mogą zastąpić racjonalnej polityki zagranicznej, o czym Demokraci wiedzą. Jednak Departament Stanu pod kierownictwem Hillary Clinton jest wyjątkowo nieporadny. A tam gdzie siłę dyplomatyczną tracą Amerykanie, natychmiast się pojawiają Chińczycy, Francuzi czy Niemcy. Moment, w którym waszyngtońskim posłem staje się oficer misji stabilizacyjnej a nie urzędnik, zaś wpływy gwarantuje wojsko a nie ambasada, zwiastuje upadek. Zrozumiałe jest, że poparcie społeczne prezydent chce budować na rozwiązywaniu palących problemów wewnętrznych. Mimo to, powinien pamiętać, że na dłuższą metę jego ojczyźnie znacznie większa krzywda dzieje się gdzie indziej- na arenie międzynarodowej.<


Komentarzy: 4

Grzegorz Ziętkiewicz
8 września 2009 (23:49)
Polska megalomania?
Wypisywanie z polskiego grajdoła, o czym szef Białego Domu "powinien pamiętać", nawet jeśli prawdą jest, że de facto nie pamięta, jawi sie jako totalne pomylenie roli, jaką na świecie, w tym w polityce odgrywamy. Bowiem, jak słusznie autor zauważa, miejsce USA chętnie i natychmiast zajmują Niemcy lub Chińczycy. A my... świętujemy w tym czasie kolejne rocznice, licząc przy okazji histerycznie nasze historyczne rany i blizny. Nie nam pouczać prezydentów USA. Nie ośmieszajmy się do końca.

Grzegorz Wasiluk
9 września 2009 (06:25)
Sytuacja USA i świata jest śmiertelnie poważna
Podstawowa różnica między czasami, w jakich obecnie nam przyszło żyć, a dawnymi przesileniami na scenie międzynarodowej polega na tym, że nie widać nikogo, kto mógłby przejąć obowiązki siły utrzymującej jako taki porządek na świecie. Nie zrobią tego elity polityczne Europy Zachodniej, bo nie ma tam mechanizmów wyłaniających silnych przywódców i zapewniających wzrost gospodarczy. Silni przywódcy są w tej chwili w całej Europie tylko w Rosji i we Włoszech (pomijam kuriozalny przypadek Białorusi, która tak czy owak mocarstwem nie będzie). W Rosji dopiero toczy się walka o zbudowanie mocarstwa pełnowartościowego, tzn. łączącego potęgę wojskową z mechanizmami stałego wzrostu społeczno-gospodarczego i praworządnością. Włochy w pojedynkę są za słabe. Nie mogą być nawet policjantem Morza Śródziemnego bez poparcia Francji, a o zaprowadzeniu przez Berlusconiego jakiegoś nowego porządku w Europie bez współdziałania również Anglii i Niemiec w ogóle nie ma mowy. Nie pomoże mu ani Miedwiediew ani Putin, bo obaj mają pełne ręce roboty ze swoim własnym krajem i państwami WNP. Nawet zaś jeśli im się uda zrobić z Rosji naprawdę porządne państwo, to najwcześniej za kilkanaście lat. W tym czasie Ameryka może znaleźć się już w stanie podobnym do ZSRR w latach osiemdziesiątych. Na pewno ktoś zechce mi zarzucić nadmiar wyobraźni. Trudno. Gdyby ktoś twierdził w roku 1971, że za 20 lat państwo Lenina zniknie z mapy świata, uznano by go za szaleńca albo mitomana. Tymczasem już od 1959 było tam widać gołym okiem zalążki śmiertelnej choroby. Ku memu przerażeniu Obama coraz bardziej przypomina Gorbiego. Zdaje sobie sprawę z tego, że konieczne są głębokie zmiany, nie ma jednak dokładnie przemyślanego planu jak je przeprowadzić. Wydaje mu się, że odniesie jakimś cudem zwycięstwo, jeśli tylko będzie stale się starał wszystkim podobać. Atakuje od czoła jeden problem po drugim, improwizując jakieś wąskie, radykalnie lewicowe próby rozwiązań. Nie jest w stanie ukryć własnego braku zdecydowania i skłonności do cofania się w sprawach zagranicznych na myśl o wstrząsającej skali trudności wewnętrznych. Tymczasem sytuacja wymaga odeń umiaru oraz poczucia odpowiedzialności, ale w ramach tego zarazem nieugiętej stanowczości w sprawach zagranicznych i wojskowych. Na dodatek ma tego samego mola, co go gryzie, jak G. - Afganistan. Pojawia się wywołująca dreszcz zgrozy perspektywa globalnej hegemonii chińskiej.

XxX
9 września 2009 (11:01)
Panie Grzegorzu
dlaczego odbiera nam Pan prawo krytykowania poczynań USA. Chcemy to sobie pokrytykujmy, może USA otworzą oczy, że nie wszystko co robią wobec Europy Środkowej jest mile widziane i szanowane jest ok. O ile oczywiście sprawy dotyczą nas. A dotyczą.

Piotr Woyke
9 września 2009 (11:25)
Komentarze w stylu...
..."nie nam maluczkim sądzić wielkich" są wyrazem częstego wśród Polaków kompleksu niższości. Nawet w sprawach, które nas bezpośrednio nie dotyczą mamy prawo wyrażać własną opinię. Nie żyjemy w czasach monarchii absolutnych, zaś urzędnik nie jest świętą krową. Każdy ma prawo go ocenić, nawet jeśli jego krytyka nie zostanie zauważona.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Putin w Szanghaju: strategiczne partnerstwo na chińskich warunkach

Oficjalna wizyta prezydenta Rosji Władimira Putina w Chinach w dniach 20–21 maja przyniosła mieszane rezultaty z punktu widzenia celów, jakie stawiała sobie Moskwa.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".