Doomsday
    film74 · science fiction46 · recenzje filmowe146
2008-04-11

W kwietniu 2008 roku ludność Glasgow dziesiątkuje śmiertelna plaga, nazwana „Żniwiarzem” (Reaper Virus). Plaga rozprzestrzenia się jak grypa i zabija w najokropniejszy z możliwych sposobów. Zdesperowane władze Brytyjskie decydują się na ekstremalne kroki. Szkocja zostaje oddzielona od reszty wyspy 10 metrowym murem i objęta ścisłą kwarantanną. Nikt nie może przedostać się przez blokadę: każdy, kto zbliży się do muru jest natychmiast zabijany, każdy samolot lub statek, który spróbuje przekroczyć linię kwarantanny zostanie zniszczony.


recenzja premiery filmowej

Epidemia zostaje powstrzymana, choć za cenę śmierci milionów uwięzionych za barierą ludzi. 25 lat później ściana wciąż stoi, zaś o całym incydencie niemal zapomniano… aż do momentu, gdy wirus atakuje ponownie, w przeludnionych slumsach Londynu. Nim wiadomość o powrocie „Żniwiarza” spowoduje powszechną panikę, premier Wielkiej Brytanii decyduje się na desperacki krok. Do strefy kwarantanny wysyła oddział doborowych żołnierzy i naukowców, którzy mają 48 godzin na zdobycie leku i powstrzymanie nowej epidemii.

Mad Max na wyżynach Szkocji

Tak właśnie zaczyna się historia, do której obejrzenia zaprasza nas Neil Marshall, reżyser filmu Doomsday. Pierwszą istotną wiadomością jest fakt, że nie mamy tu do czynienia z kolejną amerykańską superprodukcją, pełną komputerowych efektów specjalnych i dętych monologów. Jest to kolejny po „28 dni później” i „28 tygodni później” brytyjski film o wirusowej zagładzie, która przynosi kres świata, jaki znamy. A wirus, którym jesteśmy potraktowani niemal w pierwszych scenach potrafi wstrząsnąć.

Twórcy charakteryzacji wybrali wszystko, co najpaskudniejsze w chorobach skóry, wymiotowaniu krwią i podobnych atrakcjach, abyśmy od razu poczuli dreszcz, nawet siedząc w kinowych fotelach. Ogólnie film odradzam ludziom o słabych nerwach, bo krew, wnętrzności i najróżniejsze formy okaleczenia dostaniemy tu w naprawdę solidnej dawce. Nie ma tu amerykańskiej umowności i pod tym względem film nawiązuje do Taranatino, albo nawet słynnych filmów z Brucem Cambellem.

Zresztą nie tylko w tym temacie film odbiega od standardów ostatnich lat. Jak mówi sam reżyser Neil Marshall - Doomsday to powrót do kaskaderskich filmów akcji, których już się nie robi: prawdziwi ludzie, w prawdziwym świecie, robią naprawdę niebezpieczne rzeczy! Żadnych green screenów, żadnych drutów, tylko szaleni kaskaderzy stojący, skaczący i zwisający z samochodów pędzących 80 mil na godzinę i uderzających o siebie. To powrót do kina z przełomu lat 70-tych i 80-tych, do najlepszych motywów z „Mad Maxa”, czy „Ucieczki z nowego Yorku”.

Doomsday zresztą bez żenady czerpie z popularnych superprodukcji, jak również z klasyki kina. Wyrobiony widz może rozpoznać postacie, sceny czy całe sekwencje niemal żywcem wyjęte z innych filmów. Reżyser mruga do nas okiem pokazując to, co lubimy z amerykańskich filmów, ale na swój przewrotny, angielski sposób. Na przykład finałowy pościg na samochodowy to czysty „Mad Max”, tylko zamiast pustyni, widzimy w tle charakterystyczne wrzosowiska Szkocji. No i główną rolę piękny gra w tej scenie czarny Bentley, który mówi nam, że to nie Ameryka.

Doomsday

Innym razem nasi żołnierze, pośród mrocznych korytarzy przerośniętych pnączami, czy może korzeniami, walczący z hordą szaleńców, wydają nam się wyjęci z całkiem innego filmu. Gdyby wytatuowanych i rozwrzeszczanych ludzi zastąpiły czarne monstra z kosmosu, to każdy wielbiciel kina powiedziałby - „Alien 2”. Warto może wspomnieć, że wśród rozpoznanych tu zapożyczeń znalazły się też tak niespodziewane motywy jak „James Bond”„Ucieczka Logana”, „Armia ciemności” „Władca pierścieni” czy nawet „Moulin Rouge”.

Czasem charakterystyczna scena wywoływała salwy śmiechu w całkiem niespodziewanych momentach. Fabuła filmu nie pozostawia zbyt wiele do życzenia, choć reżyser nie stara się udawać, że stoi za nią jakaś głęboka myśl, jak to mają w zwyczaju amerykańscy twórcy. Nikt tu nie walczy o wolność, równość i amerykański styl życia. Główna bohaterka nie wygłosi monologu na tle amerykańskiej, brytyjskiej czy jakiejkolwiek innej flagi. Wiadomo od początku, że chodzi o akcję, adrenalinę i ostre sceny. Również w warstwie fabularnej widzimy tą przewrotną zabawę konwencją. Choć bez problemu zgadujemy, co się za chwilę zdarzy, to bawi nas to, zamiast przeszkadzać. Jest w tym też pełna konsekwentność i planowość. Jeśli kamera, choć na moment zwróci uwagę na przykład na jakieś drzwi, to możemy by pewni, że będzie to istotny element fabuły. Zagrają one swoją rolę, nawet, jeśli powrócimy do nich za 30 minut filmu.

To jest Glasgow a nie NY

Pora może wspomnieć coś o obsadzie i grze aktorskiej. Film uświetnili swoją obecnością Bob Hoskins i Malcolm McDowell, ale ciężar akcji dźwigają na sobie zdecydowanie mniej znani aktorzy brytyjscy. I to moim zdaniem wychodzi filmowi na plus. Nie ma tu wymuskanych amerykańskich aktorów, którzy nawet w środku masakry mają czyste paznokcie i nienaganny makijaż. Główną rolę, pani major Eden Sinclair, odtwarza Rhona Mitra, którą polscy widzowie mogli widzieć w filmach „Snajper” i „Skinwalkers”.

Grana przez nią major Sinclair nie jest przyjemną kobietą, ani tym bardzie rodzajem romantycznej-tragicznej morderczyni z rozterkami, tak popularną w Hollywoodzkich produkcjach. Cudem opuściła Szkocje, przypłacając to utrata oka. Jest zgorzkniałym zawodowcem, balansującym na krawędzi psychicznej równowagi. Mnie przywodziła na myśl Sarę Connor z filmu „Terminator 2” z odrobiną Jamesa Bonda, ale tego z „Casino Royal”.

Doomsday

Jest zdecydowanie „niegrzeczną dziewczynką”, walczy brutalnie i skutecznie. Cała jej ekipa, może poza sierżantem Northonem (Adrian Lester) jest podobna: zawodowi żołnierze, twardzi, nieco chamscy i zdecydowanie brytyjscy. Kiedy biją się z szaleńcami w ruinach Glasgow to nie wyglądają jak mnisi z Shaolin. Raczej jak angielscy pseudokibice w czasie zamieszek: walą pięściami, kopią, gryzą. No i język… to jest moim zdaniem smaczek tego filmu. Angielski akcent i uliczne teksty, solidnie okraczane wulgaryzmami i językowymi potworkami.

Przy okazji radzę wsłuchać się w dialogi zamiast czytać napisy. Polski tłumacz skrzętnie omija co barwniejsze zwroty i porównania, a to zdecydowanie zubaża odbiór całości. Jeśli jesteśmy już przy warstwie dźwiękowej filmu, to warto wspomnieć muzykę. A jest ona doskonałym uzupełnieniem obrazu. Solidna, może nieco oldschoolowa, ale pasująca do klimatu całości. Przyznam się, że w czasie seansu nie zwróciłem na to uwagi, tak zgrabnie współgrała z obrazem. Ciężka, solidna muzyka zapada w pamięć i chyba znajdzie się niebawem na mojej półce. Jedyny moment, w którym wychodzi zdecydowanie na pierwszy plan to show Sal’a, przywódcy dzikusów, który niczym gwiazdor muzyczny szaleje po scenie w otoczeniu niemal nagich dziewczyn, fajerwerków i doskonale znanych fragmentów muzycznych. Wielki show, zakończony wielkim żarciem! Ta część filmu zapada w pamięci.

Jak łatwo się domyślić film uważam za udaną produkcję, choć zdecydowanie nie przeznaczoną dla każdego widza. To kawałek czegoś, co przed czasami politycznej poprawności i równouprawnienia nazywano męskim kinem. Idąc na Doomsday można się spodziewać zgrabnej bohaterki, dobrej i szybkiej akcji, brutalnej walki oraz niewymagającej fabuły. Całość sfilmowana w widowiskowy i przemyślany sposób. Sporą przyjemność daje też obserwowanie wszelkich smaczków… lub czasem niesmaczków. Takich jak stado grubych facetów w szkockich kiltach, tańczących kankana czy Pokrak rodem z „Pulp Fiction” rozkrzyżowany na motocyklu. Zakończenie też jest „męskie”, a więc bez happy endu, za to ironiczne i z otwarciem na ewentualna kontynuację. A więc jeśli drogi czytelniku masz zamiar wybrać się na ten film, to niech twoja kobieta pójdzie w tym czasie z przyjaciółkami na komedię romantyczną. A ty weź ze sobą paczkę najlepszych kumpli i zobacz jak wyglądałby Mad Max, gdyby Mel Gibson był kobietą.


Komentarzy: 3

miodek
14 maja 2008 (01:40)
g..no
dawno tak debilnego i słabego filmu nie widziałem,bardzo mocno nie polecam

Ewelina
30 października 2016 (00:14)
Ja pierdole
Najbardziej pojebany film jaki oglądałam.

Anna
19 listopada 2016 (17:27)
hm
Czyli jestem mężczyzną...
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".