Droga do „normalności” - ostatnia część rozmowy z Tadeuszem Góralskim ps. „Góral”
    II wojna światowa82 · PRL51 · Armia Krajowa10 · powstanie warszawskie22
2011-05-07
Ten okres stalinowski był gorszy niż wszystkie moje przeżycia wojenne i powstańcze. Za okupacji wiadomo przynajmniej było kto przyjaciel, a kto wróg.

Tadeusz Góralski ps. „Góral” - Foto: Bartłomiej Bartoszek

- Do jakiego obozu Pan trafił?

- Najpierw trafiłem do Zeithain w Saksonii. Niemcy nie dawali nam przez pierwsze dwa dni nic do picia ani do jedzenia. Ulokowano nas w barakach po jeńcach włoskich. Mnie przydzielono pryczę w baraku nr 15. Byli tam również dowódca batalionu „Parasol” kpt. „Pług” (Adam Borys), ppor. „Kolumb”, oraz oficerowie, których stopni nie pamiętam - „Rymsza”, Pruchnicki, Lubelski, Wyrobek.

Gdy mi się polepszyło z ranami to przeniesiono mnie do Mühlberg, którego podobozem było Zeithain. Był to jednak stalag, a dla oficerów były oflagi. Przenieśli więc nas do Fallingbostel w północno – zachodnich Niemczech. Oficerowie z Powstania Warszawskiego byli osadzeni w Bergen-Belsen. Niektórzy z nich „walczylih o przeniesienie do obozu o lepszych warunkach. Trafili więc tam gdzie ja. Gdy ruszyła aliancka ofensywa na zachodzie to nas przewieziono w styczniu 1945 roku do oflagu Gross Born. Czwartego lutego wyzwoliły nas oddziały 1 Armii Ludowego Wojska Polskiego.

- Jakie były warunki w Zeithain?

- W Zeithain najgorszy był głód, wszy i pluskwy. W nocy to wszyscy wyskakiwali z łóżek i strzepywali to robactwo z siebie. Mieliśmy dwupiętrowe prycze. Później odkazili baraki więc przynajmniej z pluskwami był spokój.
Dopóki nie przyszły paczki Czerwonego Krzyża to głód był niesamowity. Pierwsze paczki przyszły jakoś pod koniec listopada, albo na początku grudnia. Gdy mnie przywieźli do Mühlberg to widziałem Amerykanów wziętych do niewoli, chyba w czasie ofensywy niemieckiej w Ardenach. Oni butów nie mieli, ale pod pachą każdy miał paczkę Czerwonego Krzyża. Ich paczki były tak bogate, że nie musieli korzystać z kuchni niemieckiej. W najgorszej sytuacji byli jeńcy sowieccy bo oni nic nie dostawali. Nasze paczki nie były duże. Tam była mała konserwa, jajko i szynka. My taką jedną paczkę dostawaliśmy na dwóch, gdzieś raz w miesiącu.

W Zeithain często do naszego baraku przychodziła odwiedzając męża por. Domańskiego, aktorka pani Małkiewicz-Domańska, która umilała nam czas swoimi recytacjami. Dużo czasu poświęcaliśmy czytaniu książek. Dzięki naszym sanitariuszkom sporo ich mieliśmy mimo że przy rewizji Niemcy zabierali tytuły, które były na ich „zakazanej” liście. Udało się nawet jednemu koledze przemycić „Kamienie na szaniec”. Rewidującym go Niemcom powiedział, że książka dotyczy usypywania pryzm z kamieni. Wspominaliśmy też walki, w których braliśmy udział. Byłem nawet świadkiem na ślubie mojego gimnazjalnego kolegi Krzyśka Wierusz-Kowalskiego. Ożenił się ze swoją narzeczoną z czasów okupacji. Ślub odbył się w obozie, w kaplicy urządzonej w części jednego z baraków.

- Były próby ucieczki z obozu?

- Tak, jeszcze przed Bożym Narodzeniem dwóch jeńców zdołało uciec. Z tego co pamiętam, bezpiecznie wrócili do kraju. Nas natomiast pod koniec grudnia przenieśli do Mühlberg.

- Wielu jeńców było w tych obozach?

- Mühlberg był obozem międzynarodowym. To było małe miasteczko. Gdy tam przebywałem to Anglicy rozgrywali mecz piłkarski. Mieli całe potrzebne do tego wyposażenie. Nawet Niemcy przyszli popatrzeć.
Najlepiej czuliśmy się między sobą, Powstańcami. W Fallingbostel zakwaterowali mnie razem z ppor. „Kopciem” (Stanisław Jastrzębski) w baraku gdzie byli sami oficerowie kwatermistrzostwa. Komendantem izby był mjr. „Badacz” - szczupły, niewysoki, z orlim nosem. Myśmy się strasznie źle czuli wśród nich. Oni mieli wspomnienia jeszcze z legionów. „Ważni” to oni byli jak jasny gwint. To ich ważniactwo wkurzało wszystkich. Niemile wspominam oficerów przedwojennych. Okupacja ich dobiła i potem nie potrafili stanąć na wysokości zadania. Nie mogłem zrozumieć dlaczego ze strony dowództwa była taka bierność. Tym przedwojennym oficerom brakowało dowódczej inicjatywy.

Walutą w obozie były papierosy. Będąc jeszcze w Mühlberg poszedłem raz na rewię francuską. Musiałem zapłacić dwa papierosy za wstęp. W pierwszej chwili zastanowiło mnie dlaczego ci jeńcy siadają z tyłu, daleko od sceny. Okazało się, że tam byli aktorzy przebrani za kobiety. Jak się siedziało dalej od sceny to miało się lepsze wrażenie, że to naprawdę są kobiety.

- Niemcy zapewniali Panu opiekę medyczną jako rannemu?

- W Zeithain byli polscy lekarze. Był tylko jeden niemiecki lekarz jako naczelnik. Pamiętam jak robili nam rentgen płuc – bardziej z troski o siebie niż o nas. W baraku ze mną był zaś por. Domański. On miał ranę postrzałową z 1920 roku. Jak Niemcy to zobaczyli to wzbudziło to wśród nich niemałą sensację. Widziałem to bo stałem akurat w kolejce do prześwietlenia.
Polscy lekarze, sanitariuszki i sanitariusze robili wszystko co w ich mocy by zapewnić nam jak najlepszą opiekę mimo niewielkich środków, którymi dysponowali. Urządzili nawet prymitywną salę operacyjną.

- A kiedy trafił Pan do Fallingbostel?

- W Mühlbergu byłem tylko kilka dni. Na początku stycznia przeniesiono mnie i siedmiu innych oficerów do Fallingbostel. W Fallingbostel też nie byliśmy długo. Gdzieś w połowie stycznia załadowali nas do nieogrzewanych wagonów bydlęcych i przewieźli bez jedzenia i picia do Gross Born. My trafiliśmy do „górnego obozuh, a w „dolnymh było kilka tysięcy oficerów z kampanii wrześniowej. Gdy tam dojechaliśmy to okazało się, że obóz ma być ewakuowany. Od razu musieliśmy się przygotowywać do drogi powrotnej, którą tym razem mieliśmy przebyć na piechotę. Przygotowania do wymarszu trwały kilka dni. W dniu wymarszu zgłosiłem razem z „Kopciemh niezdolność do drogi ze względu na nasze rany. Zostaliśmy więc razem z innymi chorymi w obozie. Zostało też ok. 500 „wrześniowcówh. Pilnowała nas nieliczna niemiecka załoga pod komendą kulawego kapitana. Brak silnego nadzoru sprawił, że żelazna jeniecka dyscyplina natychmiast prysła. W międzyczasie przez obóz przewinęli się jugosłowiańscy jeńcy ewakuowani z Prus Wschodnich.

Wkrótce strażnicy uciekli. „Obsadziliśmy” więc obóz czekając na nadejście Armii Czerwonej. Na bramie umieściliśmy informację w języku niemieckim, że w obozie znajdują się chorzy na tyfus jeńcy. Zdawaliśmy sobie sprawę, że do obozu może jeszcze przyjechać jakiś oddział SS by nas zlikwidować. Znacznie później dowiedzieliśmy się, że niedaleko Gross Born znajdowała się wieś Podgaje gdzie esesmani żywcem spalili wziętych do niewoli kilkudziesięciu polskich żołnierzy 1 Armii. Czwartego lutego nas wyzwolono.

- Po wyzwoleniu Pana obozu...

- Biegłem wtedy do baraku. Nagle usłyszałem gwizd i upadłem na ziemię. W tym samym momencie poszła seria z karabinu maszynowego po baraku, która by mnie skosiła gdybym nie upadł.

- Przyszli sowieci czy „berlingowcy”?

- To byli „berlingowcy”, dokładnie 18 pułk piechoty. Pamiętam, że przyszedł major. Musiał spać w słomie bo ta mu jeszcze sterczała z munduru. Podszedł do nas starszy major z '39-ego. Ten major pokazuje na dystynkcje „berlingowca” i mówi: „Proszę pana, a jaki to jest stopień?”, a ten robi to samo i też pyta: „A jaki to jest u pana stopień?”. Buchnęliśmy śmiechem. Obaj byli majorami. Ten starszy oficer myślał jednak, że ta armia to jakieś zupełnie inne wojsko.
My jak opuszczaliśmy obóz to wzięliśmy najpotrzebniejsze rzeczy. „Wrześniowcy” zaś ciągle się wracali, ciągle coś brali. Cali byli obładowani. Oni spędzili w obozie pięć lat więc do wielu rzeczy się przywiązali, to było ich życie.

Po ucieczce z obozu strażników naszym dowódcą został ppłk. Stefan Mossor. Ostrzegł nas, że po wkroczeniu Armii Czerwonej im „wrześniowcom” w zasadzie nic nie grozi, ale z AK-owcami może być gorzej. Zaproponował więc nam żebyśmy udawali, że tak jak oni jesteśmy w niewoli od '39. Niektórzy z nas mieli pokończone podchorążówki przed '39 więc mogli się legitymować faktycznym przebiegiem służby. Gorzej z tymi, którzy ukończyli szkoły podchorążych AK w czasie okupacji, a w 1939 roku nie byli w WP. W takiej sytuacji byłem między innymi ja. Dlatego ppłk. Mossor przydzielił nam „wrześniowców”, których przebieg służby mieliśmy sobie przyswoić. Mnie użyczył tego ppor. Strójwąs. Od tej pory byłem absolwentem szkoły podchorążych łączności w Zgierzu, którą ukończyłem w 1939 roku, praktykę pułkową odbyłem w 76 pp w Grodnie, a do niewoli niemieckiej trafiłem w czasie bitwy pod Kockiem. Tą opowieść urealniał fakt, że w czasie okupacji uzyskałem dyplom technika i znałem się na łączności oraz to, że walczyłem pod Kockiem tyle, że w Stołecznym Batalionie Przysposobienia Wojskowego. Ppor. Strójwąs podał mi też nazwiska oraz funkcje ważniejszych oficerów zarówno w podchorążówce jak i 76 pp. Musiałem też zmienić swoją datę urodzenia na 1920 rok – siedemnastolatek, którym byłem w '39 nie mógł mieć przecież ukończonej podchorążówki.

- Gdzie zmierzali wyzwoleni jeńcy?

- Każdy szedł gdzie chciał. Byli Francuzi, którzy szli na zachód. Byli tacy Polacy, którzy przebierali się we francuskie mundury i też ruszali na zachód. Ja ruszyłem do Warszawy – tam mieszkałem, tam walczyłem, tam miałem rodzinę.

Po drodze dotarliśmy do Złotowa i tam była poczta polowa. Zabraliśmy się z jej wozem do Bydgoszczy. Tam poszliśmy na posterunek milicji by dostać jakąś kwaterę. Na posterunku było dwóch żołnierzy. Ja byłem ze Staszkiem Jastrzębskim. Oni, ci żołnierze, zaprosili nas do siebie. Okazało się, że jeden z tych żołnierzy był w „Parasolu” i rozpoznał Staszka, który był jednym z dowódców kompanii. Kilka dni później dotarliśmy do Warszawy.

Tam spotkałem pana Czajkowskiego, który mnie poznał gdyż był dyrektorem Komunalnej Kasy Oszczędności przy ul. Czackiego, a w jej budynku była placówka, której byłem dowódcą. Pan Czajkowski był zaś członkiem Delegatury Rządu RP na kraj. Spytałem się go czy powinienem odpowiedzieć na obowiązek rejestracji oficerów związany z wcieleniem ich w szeregi LWP. On odpowiedział, że tak. Im więcej przedwojennych oficerów się tam znajdzie tym lepiej. Dlatego też zgłosiłem się i przedstawiłem się jako powracający z niewoli oficer września 1939 roku. Wkrótce mnie zmobilizowali i skierowali do dyspozycji Naczelnego Dowództwa.

W Warszawie miałem szczęście bo spotkałem swojego gimnazjalnego kolegę Wicka Heinricha, który w czasie okupacji był w Armii Ludowej, a teraz służył w sztabie gen. Roli-Żymierskiego. Opowiedziałem mu swoją wersję życiorysu wojskowego, a on poradził mi bym dla własnego bezpieczeństwa nieco ją zmodyfikował podając tylko pół kłamstwa uzupełnionego połową prawdy. Jeślibym zataił swoją przynależność do AK, a oni by to wykryli to byłoby po mnie. Jeśli zaś przyznam się do przynależności do AK choć „w części” to mogą uznać, że nie mam nic do ukrycia. Zmieniłem więc nieco swoją historię. Teraz wyglądała ona tak: szkoła podchorążych w Zgierzu, służba w 76 pp, udział w bitwie pod Kockie, uniknięcie niewoli, przedostanie się do Warszawy gdzie nie należałem do żadnej organizacji konspiracyjnej, a po wybuchu Powstania Warszawskiego dołączyłem do napotkanego oddziału powstańczego. Nie ujawniłem oczywiście nazwy tego oddziału, ani swojego pseudonimu.

- Tej wersji trzymał się Pan przed komisjami weryfikacyjnymi?

- Pierwsza komisja nazywała się rehabilitacyjną. Podlegali jej wszyscy oficerowie wracający z niemieckiej niewoli. Gorzej było w Komisji Weryfikacyjnej. Tam przesłuchiwał mnie płk. Czernik. Był przedwojennym oficerem, dobrze zorientowany w realiach ówczesnej armii, a przy tym dociekliwy. Pamiętam, że zapytał mnie o to kto był dowódcą 76 pp. Odpowiedziałem, że płk. Sienkiewicz. A on wtedy się mnie zapytał: „A jak on wyglądał?”. Tego się nie spodziewałem więc strzeliłem bez namysłu, że był wysokim blondynem. Do dziś nie wiem czy odpowiedziałem dobrze. Zostałem jednak pozytywnie zweryfikowany w stopniu podporucznika i kazano mi się zameldować u oficera sekcji łączności sztabu generalnego. Gdy wróciłem na kwaterę Wicka to on przywitał mnie uśmiechem i pytaniem „To co? Spowiadał cię Czernik?”. Okazało się, że podczas obiadu do Wicka przysiadł się Czernik, który opowiedział mu, że przesłuchiwał dziś AK-owca, który kłamał nieprzeciętnie, ale robił to inteligentnie i przekonywająco.

Wicek wkrótce został pilotem lotnictwa i po latach awansował na pułkownika. Pod koniec lat 60-tych był nawet w Sztabie Dowództwa Lotnictwa na generalskim etacie. Gdy jednak doszło w '68 do protestów studenckich to zakończył swoją karierę bo na spotkaniu dowództwa przy wszystkich stwierdził, że „studenci mają rację”. Po tym nie było już dla niego miejsca w armii.

- Do jakiej jednostki Pan trafił?

- Wczesną wiosną '45 skierowano mnie do ośrodka na Bielanach gdzie oficerowie czekali na przydział. Tam miałem niesamowitą historię. Pewnego dnia na otwartej przestrzeni podszedł do mnie niewysoki podporucznik. Upewnił się, że nikt nas nie słyszy i nagle mówi: „Ja kolegę pamiętam z Powstania jako dowódcę placówki w banku KKO”, a ja na to nic. No to on dalej mówi, że jako dowódca patrolu megafonowego nadawał z mojego odcinka audycję propagandową skierowaną do Niemców, a ja dalej nic. Przypomniał więc, że po umieszczeniu głośnika we wskazanym przeze mnie miejscu, niewidocznym dla Niemców, wystawiłem dla kawału drewnianą skrzynkę pełną drutu, która była dla nich widoczna. Gdy rozpoczęto nadawanie to Niemcy sadzili w tą skrzynkę myśląc, że to głośnik. Dopiero wtedy się odezwałem. Ja od początku wszystko to pamiętałem, ale wolałem być ostrożny. Okazało się, że ten podporucznik nie ujawnił swojej przynależności do AK, ani udziału w Powstaniu. Obawiał się, że w końcu może się to wydać. Nie wiem co się z nim potem stało.

Po długim pobycie w tym ośrodku przydzielono mnie w końcu do 8 Samodzielnego Batalionu Łączności, którego dowódcą był radziecki oficer mjr. Tumanow, a szefem sztabu przedwojenny oficer mjr. Starkiewicz. Nie wiedziałem dlaczego tak długo musiałem czekać na przydział. Otóż nieznany mi wtedy kpt. Rudnicki, kierownik sekcji ds. oficerów łączności, otrzymawszy moje dokumenty, z których wynikało, że jestem AK-owcem, schował je do „dolnej szuflady”. Okazało się, że chciał dać mi przydział do jakiejś nowoformowanej jednostki gdzie dowództwo stanowiliby polscy oficerowie ale jakoś mu to nie wyszło. Bał się najwyraźniej, że gdzie indziej mogli by mnie ukatrupić. Dopiero kiedy odchodził to sobie przypomniał o mnie i poprosił swojego następcę o załatwienie tej sprawy tak jak chciał. Mówię o tym by pokazać jaki efekt wywoływała informacja, że ktoś był w AK oraz podkreślić z jak nieoczekiwaną pomocą można się było spotkać ze strony nieznanego oficera LWP, który tym samym określał swój stosunek do AK.

- Po wojnie musiał Pan ukrywać wiele rzeczy dotyczących swojej przeszłości.

- Po ogłoszeniu apelu płk. „Radosława” nawołującym żołnierzy AK do ujawnienia się w urzędach UB. Miałem dylemat czy to zrobić. Kierując się instynktem samozachowawczym nie zrobiłem tego. Uznałem, że ujawniłem się już kiedy wstępowałem do LWP i nie ma potrzeby aby robić to powtórnie. Jak się okazało później, postąpiłem słusznie.

O tym jak łatwo można było podpaść politycznie świadczy taki fakt. Gdy byłem już w Nowym Sączu to kilku naszych oficerów wybrało się do kina. Wyświetlali wtedy radziecki film „Uczennica z II B”. Jeden z tych oficerów powiedział nieopatrznie, że film był kiepski. Ktoś na niego doniósł i został aresztowany pod zarzutem szerzenia propagandy antyradzieckiej. Takie to były czasy. Ten okres stalinowski był gorszy niż wszystkie moje przeżycia wojenne i powstańcze. Za okupacji wiadomo przynajmniej było kto przyjaciel, a kto wróg. Po wojnie nawet jak ktoś miał maturę to się do niej nie przyznawał. W okresie stalinowskim mówiło się, że „im głupszy tym pewniejszy”. Miałem więc maturę, do której się nie przyznawałem. Te wyższe kadry to w większości były nieuki i prymitywy.

- Sytuacja poprawiła się po '56?

- Bardzo się poprawiła. Po '56 załogi zaczęły wybierać dyrektorów. Było wielkie zebranie w Telpodzie gdzie byłem wtedy szefem produkcji. Nagle mnie chcą na dyrektora, a ja mówię, że nie chcę. Patrzyli na mnie jak na wariata. Ja sobie wtedy pomyślałem, że jeśli się zgodzę to wejdę w tą nomenklaturę i zaczną mnie obwąchiwać. Jak by już zaczęli to w końcu by doszli do tego, że byłem oficerem AK. Nie mogli zrozumieć dlaczego nie chcę zostać dyrektorem, a ja dobrze wiedziałem dlaczego nie chcę.

Raz miałem kapitalną historię. Tak się składa, że jestem podobny do Jaruzelskiego. To było bodaj w '61. Byłem w koszarach w mundurze kapitana. Szedłem korytarzem, a nagle podbiega do mnie żołnierz i mówi: „Dowódca pułku wzywa pana kapitana?”. Byłem zaskoczony, po co chciałby się ze mną widzieć dowódca pułku? Okazało się, że po jednostce rozniosła się wieść, że generał Jaruzelski chodzi po koszarach w przebraniu kapitana.

- Swoją przeszłość mógł Pan ujawnić dopiero po '89.

- Do '89 w ewidencji kombatantów miałem tylko dwa miesiące w Powstaniu, obóz jeniecki i wrzesień 1939. Po wojnie ujawniłem się w wojsku, ale nie w UB. Miałem szczęście bo w ręce ubeków dostały się dokumenty Narodowej Organizacji Wojskowej-AK z czasów okupacji, w których było, że Tadeusz Góralski był w latach 1943-1944 w komórce kontrwywiadu II Oddziału Sztabu Warszawskiego Okręgu NOW-AK. Musiałem postępować bardzo ostrożnie by nie wyszło to na jaw.

- Kiedy znalazł się Pan w Krakowie?

- Jesienią '45 nasz batalion rozwiązano bo tworzyły się wojska ochrony pogranicza i batalion miał zasilić ich szeregi. Nas przydzielono do jednostki w Nowym Sączu. Wyjechaliśmy z Warszawy, ale po kilku dniach skończyła nam się żywność. Dowodził nami Rosjanin kpt. Łagutkin. Byliśmy wtedy w Łazach. Łagutkin zebrał wszystkich oficerów i pyta się co robić. Ja powiedziałem, że to proste: wziąć oficera, który najgorzej wygląda, dać mu ludzi o „zakazanych” twarzach i posłać ich do starostwa by powiedzieli, że jedzie karny batalion i jak nie dostanie zaopatrzenia to zacznie rabować. Łagutkin na to: „Charaszo”. Wyznaczeni żołnierze pojechali do tego starostwa. Długo nie wracali więc dowódca posłał mnie za nimi bym sprawdził co się dzieje. Przyjeżdżam do starostwa i widzę od progu, że wszyscy są zdjęci strachem. Jakiś człowiek do mnie podszedł i pyta się: „Panie oficerze, czy oficerowie to też kryminaliści?”. Ja odpowiedziałem, że nie wszyscy. Wchodzę do gabinetu starosty, a tam oficer, którego wysłaliśmy siedzi rozpostarty w fotelu, a starosta wystraszony rozmawia przez telefon. Dostaliśmy żywność przed wieczorem. Potem jechaliśmy szybko bo wieść poszła, że karny batalion jedzie i może narozrabiać.

W Nowym Sączu miałem inną historię związaną z moją AK-owską przeszłością. W pododdziale medycznym naszej jednostki pełniła służbę nie młoda już pani w stopniu chorążego. Ilekroć ją mijałem to na jej twarzy pojawiał się ironiczny uśmiech, a przecież nigdy dotąd nawet ze sobą nie rozmawialiśmy. Dopiero podczas rozmowy bez świadków zapytała mnie z uśmiechem czy naprawdę nie pamiętam kto podczas Powstania w szpitaliku na Czackiego opatrywał mi rany? Wtedy dopiero mnie olśniło. Jej obecny mundur i spięte włosy sprawiły, że jej nie poznawałem, a przecież upłynęły dopiero dwa lata od Powstania.

W Nowym Sączu zostałem dowódcą plutonu łączności. Potem byłem zastępcą ds. łączności radiowej szefa łączności brygady. W '46 dowództwo przeniosło się do Krakowa i wtedy tu trafiłem. Wcześniej do Krakowa przyjeżdżałem tylko służbowo. To był niezwykły widok, widzieć nietknięte miasto po niemal zrównanej z ziemią Warszawie.

- Dziękuję za rozmowę.

- Ja również dziękuję.

____________________________________________

Tadeusz Góralski urodził się 24 lutego 1922 roku w Warszawie. Obecnie mieszka w Krakowie. Walczył w czasie kampanii wrześniowej w Stołecznym Batalionie Przysposobienia Wojskowego, który pod koniec walk w 1939 roku wszedł w skład Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” i wziął udział w bitwie pod Kockiem. Działał w Narodowej Organizacji Wojskowej, a następnie w Armii Krajowej. W konspiracji posiadał numer 1490, z potem również pseudonimem „Góral”. W latach 1943-1944 był w komórce kontrwywiadu wojskowego okręgu warszawskiego AK. W czasie Powstania Warszawskiego walczył w kompanii „Genowefa” batalionów „Gustaw” i „Harnaś” gdzie został następnie dowódcą I plutonu. Walczył na terenie Śródmieścia Północnego. Służył w stopniu podchorążego, podporucznika czasu wojny.


Komentarzy: 3

Grzegorz Wasiluk
7 maja 2011 (12:46)
Pouczające
Bohater wojenny opowiedział kogo i dlaczego bał się w okresie powojennym. Nie jest to dla mnie jakieś wielkie odkrycie. Już bardziej to, że trzeba było się ukrywać z posiadaniem matury. Chociaż "nie matura lecz chęć szczera...".

RekinUK
8 maja 2011 (12:50)
Dziękuję za świetny wywiad/artykuł!
Naprawdę wartościowy wywiad. Więcej takich Autorze :)

Jacek
31 maja 2011 (12:45)
losy są/bywały tragiczne
jak dobrze, że żyjemy w zupełnie innych czasach. ludzie którzy walczyli potem siedzieli w więzieniu za tą walkę. Akurat chyba Panu Tadeuszowi się udało, jednak ile było takich przypadków.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Ostatnia ofiara wojny Jom Kippur

W czerwcu 2007 r. arabskie media obiegła wiadomość o śmiertelnym wypadku pewnego egipskiego biznesmena. Aszraf Marwan, bo o nim mowa, w niewyjaśnionych okolicznościach wypadł z tarasu swojego...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".