mojeopinie.pl "Góry Sudawskie"

Moja relacja dotyczy wyprawy, którą odbyłem już dość dawno, bo w styczniu ubiegłego roku. Pozwolę sobie jednak ją napisać, ponieważ dotyczy terenów zupełnie nieznanych i zapomnianych, a zasługujących na poznanie, i, jak sądzę, poza tym, że granicy tam już nie ma, nic się nie zdezaktualizowało.

Obrazek


relacja z wyprawy na polski biegun zimna

A więc dnia 21.01.2007 odwiedziłem polski biegun zimna – rejon Wiżajn i Góry Sudawskie. Tym razem byłem sam. Teren, po którym wędrowałem, rozciąga się na północ od szosy Rutka-Tartak - Wiżajny. Można się tam poczuć jak w innej rzeczywistości – mało kto tam zagląda, rzadko zdarza się coś, co można bez wątpliwości nazwać wioską, jedyną bazą turystyczną są kwatery agro, trudno znaleźć nie tylko jakikolwiek bar, ale nawet sklep poza wioskami gminnymi (na całej mojej trasie ani w jej pobliżu nie znalazł się ani jeden). Tam, gdzie szedłem, w dni wolne przejeżdża jeden autobus, na szczęście akurat o tej porze, o której był mi potrzebny. Wysiadłem z niego kilka przystanków na północ od Rutki-Tartak, nie pamiętam, jak się nazywał ten przystanek, w każdym razie nie tak, jak można było się domyślać z mapy. Pierwsza niespodzianka związana była z pogodą.

Otóż dwa dni wcześniej nad Polską przechodziły wichury, osiągające rozmiary kataklizmu, które w całym kraju spowodowały sporo zniszczeń. Jak się później okazało, tam w tym czasie wiało silnie, ale nie tak, żeby mogło to powodować znaczące zniszczenia. Natomiast kiedy w całej Polsce się uspokoiło, tam wiało dalej, i czekał mnie cały dzień na silnym wietrze, przed którym z rzadka można było się gdzieś schować. Potwierdziło się, że polski biegun zimna jest nie tylko zimny, ale i wietrzny.

Wiżajny od strony Rowelskiej Góry

Na początek mojej wędrówki wróciłem trochę w stronę Rutki-Tartak i zaraz odbiłem na zachód, aby potem z kolei skręcić polnymi drogami na północ w stronę wioski Ejszeryszki. Trochę cywilizacji już na te tereny dotarło, większość chałup była nie jakimiś drewnianymi ruderami, z którymi często kojarzymy tą część kraju, ale zupełnie normalnymi domami. Przebiegały tamtędy ładne, asfaltowe drogi z tabliczkami informującymi, kiedy zostały zbudowane i z jakich funduszy. Teren jest prawie górzysty, kilkudziesięciometrowe różnice wysokości i strome zbocza są w nim czymś normalnym. Właściwie nie istnieje tam coś takiego, jak wioski, zabudowań jest niewiele i są porozrzucane tak, że jeśli obok siebie zbiorą się trzy zagrody to jest dużo. Nie dochodziłem do Ejszeryszek tylko skręciłem w stronę znajdujących się przed nimi gór, i już kiedy wdrapywałem się na najwyższą z nich spostrzegłem stojący na sąsiednim polu samochód terenowy. Myślałem, że to przyjechał właściciel tych pól, mający obiekcje co do mojej obecności, więc skierowałem się w jego stronę, tymczasem był to pracownik zakładu energetycznego, który wracał z jakiegoś zgłoszenia i zatrzymał się myśląc, że trzeba mi w czymś pomóc. Nie pomógł bo nie było w czym, ale sobie trochę pogadaliśmy, a potem podwiózł mnie do Ejszeryszek.

Widok na Wiżajny od strony Kościoła

Jadąc miałem dodatkowe okazje do podziwiania piękna tych terenów, ale za to trochę straciłem orientację, gdzie jestem (było wiadomo, że w Ejszeryszkach, ale przy którym rozwidleniu?), a i on sam źle mi to powiedział, skutkiem czego poszedłem nie w tą stronę, w którą chciałem. Chciałem mniej więcej na północny-zachód w stronę zaznaczonych na mapie wiosek, zabytkowych ruin i jeziorek, tymczasem obejrzałem się w miejscu znajdującym się znacznie bardziej na wschód, tuż przy granicy litewskiej, koło góry Borsukalnia. Idąc spotykałem niemiłosiernie wijące się rzeki, oraz nie pagórki, ale góry. Zostało mi iść wzdłuż granicy – bardzo chętnie bym ją przekroczył, ale układ z Schengen wtedy jeszcze nas nie obowiązywał i lepiej było nie próbować. Minąłem lasek, bagna, rzekę z okazałą tamą zbudowaną przez bobry, doszedłem nad niewielkie jezioro i minąłem je ocierając się niemal o granicę. Wdrapałem się na najwyższą tego dnia górę, a nie było to łatwe, gdyż zbocze było godne niskich partii Karpat, a wiatr stale silnie wiał. Potem czekało mnie jeszcze kilka kilometrów drogi przez pola w stronę jeziora Wiżajny, jedynego większego na tych terenach. Kiedy do niego doszedłem, słońce już prawie zachodziło. Mniej więcej wzdłuż tego jeziora doszedłem do Wiżajn, gdzie zanocowałem w jednej z kwater agroturystycznych. Mimo trudnego dnia czułem się dobrze i miałem jeszcze sporo sił, a po tym, jak przez ostatnie dwa miesiące nie mogłem się opędzić od chorób, bardzo mnie to podniosło na duchu.

Żeremia bobrów

Następnego dnia nie zdecydowałem się pójść na najwyższy punkt Suwalszczyzny, Rowelską Górę, mimo że nocowałem u samych jej podnóży. Wiało dalej, więc z żalem, ale nie chciałem przegiąć po poprzednim dniu spędzonym na wydmuchowie i zrezygnowałem z zamiaru wejścia na nią. Pochodziłem trochę po Wiżajnach. Ta wioska ma w sobie coś szczególnego. Nie potrafię powiedzieć, co, ale zawsze, kiedy jestem w tej okolicy, staram się tam zajechać przynajmniej na pół godziny. I teraz też z przyjemnością się po niej przeszedłem.

A potem stopniowo wracałem do Olsztyna. Najpierw jechałem autobusem do Żytkiejm. Kiedy w Żytkiejmach przeszedłem się na wschód wioski żeby stamtąd na nią spojrzeć, znalazłem tam u jednego z mieszkańców skład staroci. Różnych rzeczy bym się spodziewał na tym końcu świata, ale nie składu staroci. A potem jeszcze w siedzibie Parku Krajobrazowego Puszczy Rominckiej przemiła pani oprowadziła mnie po ekspozycjach budynku i opowiedziała o Puszczy. Kto będzie zwiedzał tamte okolice i znajdzie się w Żytkiejmach, powinien koniecznie tam zajść.

Widok z góry 267 na jezioro Graużymy

Tereny są przepiękne i oryginalne, a o innych porach roku, niż wiosna i lato, kompletnie opustoszałe. To najbardziej górzyste miejsce polskich nizin, jeszcze bardziej, niż pobliski Suwalski Park Krajobrazowy, bardziej niż Kaszuby. Do tego jest tam sporo małych jeziorek i nieprawdopodobnie wijące się małe rzeki. Na równie piękne, a jeszcze bardziej dzikie i zapomniane, wyglądają tereny między Wiżajnami a Żytkiejmami. Jadąc tamtędy kilkanaście kilometrów autobusem, przeważnie przez odkryte tereny z dobrą widocznością, ujrzałem może kilka ludzkich siedzib. Poza polami i lasami nie ma tam prawie nic, a widoki z okien autobusu są równie piękne, co na trasie mojej wędrówki. Nie zdziwię się, jeśli po zbadaniu tereny te okażą się wręcz na miarę Bieszczad. Warto tam pojechać i zbadać te tereny dokładniej, na pewno okaże się, że było po co.

Autor: Przemysław Kapałka dla serwisu www.mojeopinie.pl