Uff, już wróciłam. Wróciłam akurat wtedy gdy w moim bloku dopływ ciepłej wody na kilka dni zakręcili - ma się to wyczucie czasu. Niemniej, zdążyłam się już wyspać, najeść, oporządzić i w ogóle powoli przywracam się do używalności. W ramach zaś tego przywracania, do pisania tegoż tekstu zasiadłam. A jako że, mam jeszcze kilka dni laby, to zadania przede mną nad wyraz ambitne: na (u)bóstwo się robić oraz na łożu leżeć i pachnieć, przywiezione z Krakowa pocztówki, zdjęcia oraz filmy oglądając.

Niepojęte, że do Krakowa bez mojego ukochanego laptopa się udałam. Znaczy się dla mej współlokatorki niepojęte, gdyż według niej brak laptopa w trakcie 10 h podróży oznacza, że albo z człekiem gorzej, albo się starzeje i nad surfowanie po necie, przedkłada... rozwiązywanie krzyżówek. Ech... ignorantka. Nie zna się. Toć to taki eksperyment był, czy wytrzymam i gdzieś w trakcie nie pęknę. Chociaż, nie powiem, początkowo, to jakby mi obie ręce i nogi odjęło. Toć ja w tym lapku prawie całe swe życie trzymam. A jak w przedziale siedzący naprzeciw chłopak, swój wyciągnął i bezczelnie zaczął film oglądać, to już wcale prawie się z żalu popłakałam. Nawet biegające za oknami pociągu sarenki, w popłochu czmychające zające, brykające koniki czy też leniwie gapiące się na nas krowy, jakoś mi humoru ani o jotę nie poprawiły. Na szczęście miałam swobodny dostęp do netu już na miejscu, u mych krakowskich dobrodziei. Telewizor też był, więc udało się i obejrzeć i czas zmierzyć sprinterom biegnącym po miejsce przy samiutkiej scenie, gdzie U2 zagrało. Ino TVN sprawę skrewiło, gdyż filmik trza było w formie współczesnych "Rydwanów ognia" zmontować. Zwolnione tempo, w tle muzyka Vangelisa, zmiksowana z uderzeniami serc biegnących. Ciekawe czy także przed koncertem Madonny takim pędem do sceny zasuwali? Zważywszy na towarzyszącą przygotowaniom do koncertu śmieszno - straszną, żenującą szopkę, nie zdziwiłabym się gdyby nagle co poniektórym nogi odmówiły posłuszeństwa. Z przestrachem rozglądając się, czy gdzieś, w jakichś krzakach nie czycha na nich imć pan Brudzyński. Tak właściwie to można by się nawet o jakiś elaborat pokusić tudzież cykl wykładów: "Madonna a sprawa polska". Niemniej jednak, o ile z internetem i telewizją nie było problemu, to z powodu braku kablówki umknął mi kolejny odcinek „Wyspy Harpera”. Więc jakby tak ktoś chciał za dobrego Samarytanina porobić i napisać kogo tym razem zaszlachtowano, to byłabym niezmiernie wdzięczna.
Jednakże do rzeczy. Na Wawelu całkiem znośnie. Nie dość, że za darmo, to jeszcze bez śledzących każdy mój ruch i mających mnie za złodzieja, kręcących się tam pracowników. Internet to jednak pożyteczna rzecz. Szukajcie, a znajdziecie, jak powiadają. A jak się dobrze poszuka to można znaleźć, w jaki dzień tygodnia, od której do której godziny i na jakie wystawy można się za darmo załapać. Trzeba tylko trochę chęci do zwiedzania wykazać. Jeśli zaś mamy poniedziałek, to zwycięzcami są Skarbiec Królewski i Zbrojownia oraz wystawa Wawel Zaginiony. Tak więc, tym oto sposobem, za darmo zwiedziłam bodajże cały Wawel, gdyż 2 lata temu wyszukałam dni darmowych wejść do Komnat Królewskich. I do tych reprezentacyjnych, i do apartamentów prywatnych, a na deser wystawa Sztuka Wschodu. No i Dzwon Zygmunta prawie z każdej strony obmacałam. Jednak z pewnym rozrzewnieniem stwierdzam, że dwa lata temu było lepiej. Turystów więcej. Ciekawiej. Można było trochę po angielsku z Duńczykami bądź Włochami pogadać. Plus rewelacyjna wystawa bursztynów. Widziałam wtedy taką cudną bransoletkę, ale na widok ceny aż mi się na moment czarno przed oczyma zrobiło. Tak właściwie to tam co druga cena mogła do palpitacji serca doprowadzić. A bursztynowe szachy za jakieś ponad 10 tysiaków to jak sandacz w rozmarynie dla śmietnikowego tuptusia. Ale nic to. Na pisaniu się dorobię. I tylko patrzeć jak będę chodzić obwieszona bursztynami niczym bożonarodzeniowa choinka.
W każdym bądź razie, zaoszczędzone dzięki darmowemu zwiedzaniu pieniążki, planowałam wydać na jakieś suweniry. Początkowo, aż mi się oczki świeciły na myśl o miniaturkach smoków czy też Wawelu, które już w swych łapkach widziałam. Jednakże stać mnie było tylko na kilkanaście ładnych pocztówek, piękny obrazek przedstawiający Sukiennice w ok. 1890 roku, kubek z nadrukowanymi różnymi zabytkami Krakowa oraz bluzkę zakupioną w centrum handlowym Kazimierz, i to na wyprzedaży. Chociaż nie, wróć. Tak po prawdzie, to za każdym razem gdy przychodziło do kupowania, momentalnie dopadała mnie podstępna „żydoza pospolitoza” i wszystko wydawało się nagle zwykłymi badziewkami, a przecież na badziewka kasy się nie wydaje. Chyba nawet stojącemu obok mnie Niemcowi, po zapłaceniu za dwa obrazki Krakowa, w tym jednego w rozmiarze podstawki pod kubek, ponad 200 złotych, w ekspresowym tempie odeszła ochota na dalsze zakupowe szaleństwa. Tak więc, na obecną chwilę, to pozostaje mi radować się widokiem tego co dotychczas zobaczyłam oraz zakupiłam. Przekornie zaś i trochę wrednie dodam, że optymizmem napawa też fakt, że się na co trzecim, co czwartym chodniku, w żadną psią bombę nie wdepnęło.
Musi tam jeszcze te torebki na psie kupy nie dotarły. Tylko z drugiej strony co tu się Krakowa czepiać, gdy okolice torów kolejowych niemal na całej długości jakichś 553 km upstrzone puszkami i butelkami po piwie, pustymi paczkami po papierosach, chipsach. A dla co trzeciego podróżnego naturalnym zdaje się być wyrzucenie peta, ogryzka czy wyplucie gumy do żucia, za okno pociągu.
Niestety, moja urlopowa skaza zwie się PKP. Więc na koniec, mój protest song: NIE CIERPIĘ PKP!!! Nie cierpię ich za to, że nie wiedzieć jak i kiedy, podnieśli cenę biletu o 4 zeta z 55 na 59 złotych! Nie cierpię ich też za to, że wydłużyli czas jazdy z 8 godzin dwa lata temu, do 10 godzin w roku obecnym! Uprzedzam pytania: kilometrów nadal tyle samo, nie przybyło ani jednego. Nie cierpię ich za półgodzinny postój w Nasielsku w jedną i drugą stronę, grom wie po co, bo żadnych pociągów do mijania nie było! Nie cierpię ich za co najmniej ¼ drogi pokonaną z prędkością 5km/h (pospieszny InterCity) oraz postój w szczerym polu w okolicach Krakowa, także grom wie po co! Nie cierpię ich też za to, że teoretycznie dają wybór w postaci szybszych połączeń z przesiadką w Warszawie, z możliwością dojechania do Krakowa w czasie nawet 3 godziny krótszym, jednakże w praktyce oznacza to bilet 2 razy droższy od wcześniejszej opcji. Przede wszystkim zaś nie cierpię ich za to, że nie mając jeszcze prawa jazdy i własnego samochodu... jestem na nich po prostu skazana!
Autor: Joanna Zalewska dla serwisu www.mojeopinie.pl