mojeopinie.pl "Zdumiewające dzieje powojennej Luftwaffe cz. 1"

O lotnictwie bojowym Trzeciej Rzeszy napisano już dawno temu grube tomy, setki książek mniejszego formatu oraz wiele tysięcy artykułów w prasie wszelkiego rodzaju. Tymczasem niemal równie fascynujące i tragiczne dzieje Luftwaffen der Bundeswehr (Broni Powietrznych Obrony Federalnej), też powszechnie (w skrócie) określanej jako Luftwaffe nie doczekały się dotąd nawet dziesiątej części tej uwagi. Tymczasem jest to zagadnienie nie tylko ciekawe dla miłośników bojowych samolotów odrzutowych, ale też pouczające dla każdego, kto zadaje sobie pytania o istotę demokracji i możliwe w jej ramach nadużycia. Można też na tym przykładzie prześledzić w sposób wręcz modelowy, jak wygląda wzajemne oddziaływanie polityki cywilnej i wojskowej.

Obrazek


Dzieje dwóch najbardziej „kultowych” samolotów produkcji amerykańskiej używanych w powojennej Luftwaffe: F-104 i F-4, są w światowym internecie omówione niezwykle szeroko. Nie będę tu zatem powielał opisów technicznych i innej twórczości mającej służyć wyłącznie oddaniu hołdu tym wspaniałym (acz niezwykle trudnym i wymagającym, często niebezpiecznym, przeznaczonym dla – jak to się określa – prawdziwych mężczyzn) maszynom. Ukażę je jako to, czym były w swej istocie: narzędziem polityki według recepty Clausewitza, w ramach której posiadanie sił zbrojnych i ich możliwe oraz rzeczywiste użycie jest pełnowartościowym i nie budzącym wątpliwości środkiem osiągania celów postawionych państwu. Za takie rozumienie polityki przez autorytarne rządy Adenauera i Erhardta oraz za równowagę strachu wielkich mocarstw zwaną niezbyt trafnie zimną wojną narodowi niemieckiemu przyszło zapłacić gorzką i wysoką cenę, mierzoną setkami ludzkich istnień, które trzeba było złożyć na ołtarzu samolotów śmierci. Ta straszna cena była zwierciadlanym odbiciem strasznej ceny zapłaconej przez ponad dwa tysiące ofiar muru berlińskiego i wewnątrzniemieckich umocnień granicznych.

Odrodzenie sił zbrojnych Niemiec Zachodnich

Niemcy zostali dwukrotnie pozbawieni prawa do posiadania własnych sił zbrojnych. Po raz pierwszy po pierwszej wojnie światowej, traktatem wersalskim w wyniku paryskiej konferencji pokojowej (1919) oraz po raz drugi, w wyniku postanowień konferencji poczdamskiej (1945). Już wkrótce tzw. ład poczdamski zachwiał się i runął pod wpływem podmuchów zimnej wojny, która w wyniku pierwszego kryzysu berlińskiego (1948-49), a następnie wojny koreańskiej (1950-53) była już bliska przejścia w trzecią wojnę światową. Amerykanie i Brytyjczycy zdali sobie sprawę, że albo wytworzą w Europie sytuację silnego odstraszania albo prędzej czy później pancerno-motorowe dywizje ludzi radzieckich i ich sojuszników będą pełnić straż na wybrzeżach Atlantyku. Lekcje, jakie dała naiwnym pacyfistom i humanistom historia najnowsza były jeszcze w świeżej pamięci.

Po kilku latach dobrego sprawowania i zakończeniu procesu denazyfikacji Republika Federalna Niemiec została uznana za partnera godnego wciągnięcia do tego wysiłku i na dłuższą metę wręcz pod tym względem niezbędnego. W 1955 Niemcy Zachodnie zostały przyjęte do NATO i zaczęła się ich remilitaryzacja. Częścią ponownego uzbrojenia państwa Adenauera były ograniczone (pod względem siły rażenia swych samolotów) siły powietrzne.

F-84 i F-86 w służbie Luftwaffe

W 1956 zaczęło się tworzenie powojennej Luftwaffe w postaci gotowych do walki jednostek. Ze Stanów Zjednoczonych przybył pierwszy wyszkolony do służby na nowoczesnych odrzutowcach rocznik ochotników. W listopadzie zaczęło się przekazywanie samolotów bojowych typów F-84 Thunderstreak (myśliwsko-bombowych)) i F-86 Sabre (myśliwskich). Niemcy zamówili łącznie ponad 4 i pół tysiąca samolotów szkolnych, szkolno-bojowych oraz bojowych, w tym najnowsze amerykańskie myśliwce przechwytujące F-100F Super Sabre. Amerykanie nie zamierzali spełnić aż tak wygórowanych żądań. Zdawali sobie sprawę, że posiadając taką potęgę lotniczą Niemcy zachodni mogliby wymknąć się spod kontroli, tj. pokusić się o odbicie siłą terytorium NRD oraz odzyskanie dawnych ziem wschodnich. Oznaczałoby to, że uda im się rozpętać trzecią wojnę światową, a na tym nikomu szczególnie nie zależało...

W wyniku w ramach NATO-wskiego mechanizmu pomocy wojskowej postanowiono przekazać im kilkaset sztuk lekkich, jednomiejscowych F-84 i F-86 wycofywanych właśnie (a zarazem jeszcze dalekich od całkowitego zużycia) powoli ze służby w siłach powietrznych Stanów i Kanady. Łącznie było to 938 sztuk myśliwców, samolotów szturmowo-myśliwskich oraz rozpoznawczych typów F-84 i F-86, z czego tylko 88 miało możliwość strzelania rakietami powietrze-powietrze. Uznano, że na początek – do osłony własnych wojsk i rażenia wrogich na linii frontu – to wystarczy. Przy tym trzeba też było ograniczyć apetyty z punktu widzenia strony zachodnioniemieckiej. Okazało się jasno, że dziesięcioletnia przerwa w szkoleniu kadr, w czasie której minęła epoka samolotów tłokowych, będzie wymagać jeszcze kilku lat usilnego odrabiania. 139 samolotów zostało rozbitych, a 62 pilotów zginęło mimo że Sabre’y cieszyły się ogólnie na świecie dobrą sławą jako poddające się bez oporu woli pilota. Dla równowagi warto dodać, że z kolei Thunderstreaki miały największą wypadkowość, w tym w lotnictwie amerykańskim (zbyt mała siła ciągu silnika w stosunku do masy własnej i 4 ton przenoszonego uzbrojenia). W tym czasie budowano już jednak prototypy samolotu, który miał dorównać F-84 pod względem trudności w opanowaniu go w powietrzu, a zarazem roztoczyć nieodparty miraż potęgi przed ludźmi decydującymi o dalszym rozwoju Luftwaffe.

F-104 czyli jak się kończy nadmiar ambicji

Najogólniej rzecz biorąc wielka pomyłka, jaką okazał się Starfighter była owocem jednostronnej i schematycznej, a na dodatek jednoznacznie przedwczesnej koncepcji myśliwca typu: dopędź-zaatakuj-odskocz. Myśliwiec ponaddźwiękowy wielkich szybkości i przyspieszeń z fenomenalnym uzbrojeniem rakietowym to była zapowiedź przyszłości, która ziściła się w aluminium i stali dopiero dwadzieścia lat później. Technika lat pięćdziesiątych nawet w najwyżej rozwiniętym państwie ówczesnego świata była na to po prostu za słaba. Chcąc osiągnąć wielką szybkość wznoszenia, duże przyspieszenia i prędkość równą dwukrotnej prędkości dźwięku (w okresie, gdy zaczęła się jego produkcja seryjna, Starfighter był najszybszym obiektem latającym na świecie) trzeba było poświęcić wszystko inne, od możliwości toczenia manewrowych walk powietrznych na małych i średnich prędkościach po bezpieczeństwo pilotów i obsługi naziemnej.

Kadłub Starfightera miał niezwykle wąski przekrój poprzeczny. Dołożono doń dwa malutkie skrzydełka. Cały samolot był naprawdę mały w porównaniu do wszystkich innych ówczesnych myśliwców bombardujących. Jednak przy ówczesnych silnikach (stosunkowo mała moc w stosunku do masy i zużycia paliwa) tylko coś takiego mogło spełnić zadania związane z koncepcją niezwykle szybkiego dopędzenia nieprzyjacielskich samolotów i zestrzelenia ich przy pomocy zaskakującego ataku rakietowego z tylnej półsfery. Koncepcja ta stanowiła odpowiedź na doświadczenia wojny koreańskiej i miała w założeniu doprowadzić do uzyskania całkowitej przewagi w powietrzu w następnym podobnym starciu między Wschodem a Zachodem. Zamiast tego w czasie kolejnej wielkiej wojny zastępczej (zastępującej trzecią wojnę światową, której ze względu na na istnienie broni atomowo-wodorowej nikt nie odważył się rozpętać) w wyniku prób wprowadzenia jej w życie doszło do przerażających strat lotnictwa amerykańskiego w ludziach i sprzęcie. Sam F-104 doznał na tej wojnie (tzw. wietnamskiej) jako myśliwiec niesamowitej kompromitacji. Czarny dzień Starfighterów nastał 20 IX 1965. Trzy z nich zostały utracone w walce nad wyspą Hajnan; jeden zestrzelony przez myśliwiec Shenyang F 6 (chińska odmiana MiGa-19); dwa zderzyły się w powietrzu podczas próby odpędzenia maoistowskich żołnierzy od pilota, który wyskoczył na spadochronie. Podobnie wyglądały walki powietrzne toczone przez pilotów tajwańskich; dwa zestrzelenia za cenę dwóch utraconych maszyn własnych. Mit F-104 jako myśliwca przechwytującego prysł niczym bańka mydlana.

[NOWA_STRONA] Już pierwszy rzut oka na F-104 wystarczał, aby się wystraszyć. Był to najbardziej cudaczny i niewygodny samolot odrzutowy, jaki kiedykolwiek powstał. Większość innych ponaddźwiękowych odrzutowców w tamtym okresie miała wielkie skrzydła typu delta (w kształcie trójkąta), które mimo niewielkiej rozpiętości (ale za to dużej grubości i długości) zapewniały dość miejsca tak na powierzchnie sterujące jak i na część silnika, wewnętrzne zbiorniki paliwa oraz sporą ilość uzbrojenia podwieszanego. Na niezwykle wąskich, wręcz ostrych końcówkach skrzydeł Starfighterów można było zaś umieścić wyłącznie dwa niewielkie dodatkowe zbiorniki paliwa albo dwa kierowane pociski rakietowe krótkiego zasięgu AIM-9B Sidewinder. Jeśli nie przenosiły w tym miejscu żadnego ładunku, to zaraz po wylądowaniu obsługa naziemna nakładała na te końcówki gumowe listwy, bo podczas przesuwania po lotnisku mogłyby przeciąć kogoś na pół. W wyniku kadłub był przeładowany tym wszystkim, co trzeba było wyłącznie w nim zmieścić: radar, kabina pilota, paliwo, działko, cały silnik oraz podwozie. W sytuacji, gdy to ostatnie było chowane w kadłubie, rozstaw tylnych kół musiał być niewielki. To zaś oznaczało niebezpieczeństwo przewrócenia się na bok podczas lądowania przy silnym bocznym wietrze. W późniejszym okresie wprowadzono na samolotach tego typu zmiany w ich budowie, które dramatycznie pogorszyły już i tak niewesołą sytuację ich pilotów...

Amerykanie używali tego samolotu najkrócej ze wszystkich, bo od roku 1958 do 1967. Duża ilość wypadków ze skutkiem śmiertelnym dla pilota oraz brak wyposażenia elektronicznego umożliwiającego półautomatyczne kierowanie z ziemi (naprowadzanie na formacje wrogich bombowców podczas wykonywania zadań myśliwskich) przesądziły o wycofaniu go ze służby. Postarano się go odsprzedać innym, z Kanadą i RFN na czele, które wspólnie zajęły się jego wytwarzaniem na amerykańskiej licencji. Udział myśli technicznej zakładów Messerschmitta polegał zaś na wzmocnieniu skrzydeł i kadłuba oraz wyposażeniu w silny (i ciężki) radar. Tak, aby stał się myśliwcem bombardującym na każdą pogodę.

F-104G bombowiec atomowy

Nie było przed nim samolotu, który by do tego stopnia przepełniał jednocześnie dumą i przerażeniem, zaufaniem i nieufnością, nostalgią i wstrętem, poczuciem bezpieczeństwa i oczekiwaniem atomowej apokalipsy. Latający na nim piloci nienawidzili go i kochali, a kiedy przyszło się z nim rozstać, wspominali o nim przy piwie i niemal opłakiwali. Ludność cywilna miała po dziurki w nosie jego bezustannych lotów ćwiczebnych na małych wysokościach (aby móc w razie czego uniknąć wykrycia przez radary i porażenia niezawodnymi wówczas rakietami ziemia-powietrze typu S-75 Dźwina), od których pękały szyby. Był czymś wspaniałym, a zarazem fatalnie niewydarzonym. Wybrykiem techniki lotniczej, a obok tego jej kamieniem milowym, zwłaszcza dla Europy Zachodniej. F-104G Twórca Wdów i podobny mu pełen sprzeczności wytwór geniuszu narodu włoskiego F-104S został owiany mitem jeszcze przed oddaniem na złom (odpowiednio w 1991 i 2004). Mitem, który wydaje się zbyt potworny, aby mógł być prawdziwy i który został przez wielu uznany za baśń o żelaznym czy też raczej atomowym wilku, a który mimo to był twardą rzeczywistością szalonego XX wieku w jego najbardziej niebezpiecznym okresie.

Archiwa sztabów wojsk amerykańskich są obecnie otwarte dla badaczy i pozwalają stwierdzić z całą pewnością, że znane już wówczas (w latach pięćdziesiątych i w pierwszej połowie sześćdziesiątych) publicznie pojęcia: Wielostronne Siły Nuklearne (WSN) oraz plan Norstada nie były zagrywką propagandową mającą na celu dodanie pewności siebie społeczeństwom Europy Zachodniej i nastraszenie Sowietów. Pod wpływem doświadczeń wojny koreańskiej (długa, wyczerpująca finansowo i psychicznie stronę zachodnią batalia, co doprowadziło do wyniku ani klęski ani zwycięstwa), a także drugiej światowej (walce pancerne toczące się błyskawicznie przez całe kraje aż do morza albo linii rozdzielenia wojsk ustalonej przez cywilów) w naczelnym dowództwie NATO zaczęła dojrzewać myśl, że nie wolno dopuścić do szeroko zakrojonej wojny konwencjonalnej w Europie. Zaczął się krystalizować plan polegający na założeniu, że jeśli ci ze wschodu zaczną walkę, to zaraz po wprowadzeniu do niej dużych związków taktycznych (od szczebla dywizji pancernej wzwyż) należy zrzucić na ich linie zaopatrzenia, ośrodki dowodzenia i tzw. drugie rzuty w promieniu ok. 300 km od linii frontu ok. tysiąc ładunków atomowych o mocy od 2 do 175 kiloton. Uniemożliwi to prowadzenie ofensywy i spowoduje zatrzymanie nacierających wojsk Układu Warszawskiego w pobliżu Łaby.

17 XII 1954 Rada Północnoatlantycka zatwierdziła Dokument Strategiczny MC 48. W następnym roku nastąpiło przydzielenie poszczególnym jednostkom SACEUR (Strategic Air Command Europe – Dowództwo Lotnictwa Strategicznego w Europie) celów, które po otrzymaniu potwierdzonego w odpowiednim trybie sygnału miały zaatakować bronią jądrową bez zwłoki i bez czekania na dodatkowe rozkazy. Atomowe grzyby różnej wielkości miały wyrosnąć m. in. na większości terytorium Czech oraz na zachodnich krańcach naszego kraju (wzdłuż Odry). Początkowo miało to nastąpić w wykonaniu wyłącznie rakiet ziemia-ziemia MGM1 Matador oraz samolotów obsadzonych przez Amerykanów. Prowadzone bezustannie studia nad tym zagadnieniem wykazały jednak, że nie będzie to wykonalne bez pomocy samolotów innych państw NATO. W wyniku postanowiono, że w wypadku powstania sytuacji poważnego zagrożenia atakiem ze wschodu wojskom kilku państw (w tym Republiki Federalnej) zostaną przydzielone głowice atomowe do rakiet oraz bomby atomowe dla samolotów. W tym celu należało jednak najpierw wyposażyć te państwa w samoloty nadające się do przenoszenia takich bomb. [1]

Gdy tylko zapisano w tajnych dokumentach to ostatnie stwierdzenie, oczy tak Amerykanów jak ministrów i generałów Adenauera obróciły się w kierunku Starfighterów. Amerykanie pragnęli jak najszybciej się ich pozbyć, ale nie tracąc przy tym bezzwrotnie wydatków na badania i rozwój. Ówczesny minister obrony Franz Josef Strauss oraz wielu wysoko postawionych działaczy rządzących wówczas niepodzielnie partii CDU/CSU, a także generałowie Bundeswehry widzieli już oczyma duszy zniszczone radzieckie dywizje okupujące środkową (trzymali się dogmatu o prawnym istnieniu Rzeszy Niemieckiej w granicach z 1937 roku) część ich kraju oraz dywizje pancerne Układu Warszawskiego pozbawione paliwa i amunicji, wydane na pastwę zachodnich armat i czołgów, a następnie idące wielkimi gromadami do niewoli. Za coś takiego ich zdaniem było można śmiało zapłacić cenę w postaci co najmniej kilkuset tysięcy ofiar śmiertelnych (oraz dalszych wielu setek tysięcy poparzonych i okaleczonych) Niemców wschodnich, o Czechach i Polakach nie wspominając. Co więcej, uznali, że mając już środek przenoszenia broni atomowej będzie można zabiegać o przydzielenie jej Bundeswehrze jeszcze w czasie pokoju, a wtedy... [2]

Kto wie? Zapewne uda się samodzielnie przejąć inicjatywę. Nie są to niczyje fantazje. Ten sposób myślenia był bardzo wyraźny w zachodnioniemieckiej prasie lat sześćdziesiątych. Przekonaniu, że „ruscy” będą siedzieć w „enerdowie” nawet wieki (niczym kiedyś Hiszpanie w Bawarii), jeśli się ich stamtąd nie wyrzuci siłą, dawały niemal codziennie wyraz komentarze takich dzienników jak „Die Welt”, a zwykli ludzie też bez przerwy narzekali, że wobec rosnącej liczby ofiar polityki Ulbrichta i bezczelności komunistów Zachód wreszcie powinien utrzeć im nosa.

F-104G Twórca Wdów

18 III 1959 minister obrony Franz Josef Strauss podpisał umowę na dostawę pierwszej partii 66 F-104G i F (dwuosobowa odmiana szkolno-bojowa) wyprodukowanych w Stanach. Mimo ostrzeżeń ppłka Ericha Hartmanna – asa myśliwskiego drugiej wojny światowej i dowódcy 71 pułku im. Richthofena, przepowiadającego serię katastrof po przesadzeniu pilotów z myśliwców poddźwiękowych na dwumachowe i to w dodatku niedopracowane (Hartmann został zwolniony) rząd robił dalej swoje. Trzeba w tym miejscu koniecznie przypomnieć, jak wyglądał w tym czasie rozkład sił politycznych Republiki Federalnej. Dwie siostrzane partie chadeckie: CDU i CSU rządziły niepodzielnie i (jak się wydawało) bezterminowo.

Jedyna naprawdę duża partia opozycyjna – socjaldemokratyczna SPD, była przedstawiana (i większość społeczeństwa w to wierzyła) jako niezdolna do rządzenia (zbyt czerwona). Związki zawodowe były praktycznie rzecz biorąc pasem transmisyjnym rządu. Zapewniały powolny wzrost płac i brak strajków. Były właściwie dwie przyczyny takiego stanu rzeczy: olbrzymia obawa przed Związkiem Radzieckim i nienawiść doń oraz tzw. zachodnioniemiecki cud gospodarczy. Pod rządami sędziwego kanclerza Adenauera na obywateli RFN spadł dobrobyt jakiego nie znały wcześniejsze pokolenia: powszechne zatrudnienie (brak bezrobocia), rosnące dochody za każdą pracę, powszechna dostępność wyjątkowo solidnie wykonanych dóbr powszechnego użytku (pralki, lodówki, telewizory), program budowy bloków mieszkalnych przez uprzywilejowane podatkowo kasy oszczędnościowe (własne mieszkanie dla każdego młodego małżeństwa). W tej sytuacji wystarczyło pozyskać zaufanie starego kanclerza, aby zrobić wielką karierę polityczną. Miary autorytaryzmu dopełniały mająca niemal monopol sprzymierzona z rządem prasa Axela Springera oraz mające taki monopol z mocy ustawy państwowe radio i telewizja.

W kraju zdemoralizowanym przez największą wojnę wszystkich czasów, Wielki Kryzys, tzw. szalone lata dwudzieste i partię hitlerowską taki okres był konieczny, a taka forma rządów jedynie skuteczna. Oprócz dokonania całego szeregu rzeczy dobrych i pożytecznych zapewniała niestety również możliwość popełniania wielkich głupstw, którym nikt nie był w stanie skutecznie się przeciwstawić. W 1962 rozpoczęła się produkcja Starfighterów jednocześnie w Niemczech, Belgii, Holandii, Włoszech i Kanadzie. Trwała do 1974, a we Włoszech do 1986. Organizacja NATO Starfighter Management Office (NAMSO) koordynowała wszystkie prace w skali międzynarodowej. Dzięki zebranym wtedy doświadczeniom można było wyprodukować samoloty Tornado i Eurofighter. To była dodatnia strona całej tej sprawy. [3]

Zaś ujemna? Niemcy i Włosi, którzy otrzymali po około tysiącu F-104, przeżyli koszmarny, trwający około 30 lat, festiwal katastrof w wykonaniu tych samolotów. W samych Niemczech Zachodnich rozbiło się 248 maszyn tego typu, a 44 dalsze doznały takich uszkodzeń, że trzeba było je oddać na złom. W wyniku zostało zabitych 116 lotników niemieckich i 8 amerykańskich. Ilość katastrof była tak duża, że na początku lat siedemdziesiątych ponownie uruchomiono linię produkcyjną, wytwarzając 48 dodatkowych Starfighterów w celu utrzymania stanów etatowych w pułkach. Zdarzały się sytuacje przekraczające wprost ludzkie pojęcie, jak np. zwalenie się w dół i rozbicie o ziemię całej formacji Starfighterów.

Zaś broń jądrowa? No cóż, po głębokim namyśle w 1967 Amerykanie oświadczyli Niemcom federalnym, że nie dostaną jej w żadnym wypadku. Ówczesny minister obrony Kai Uwe von Hassel był zmuszony podać to do publicznej wiadomości. W tymże roku na wyrzutniach w ZSRR ustawiono rakiety międzykontynentalne na paliwo stałe, nie ustępujące w niczym podobnym rakietom amerykańskim. Stało się jasne, że atomowe piekło zgotowane wojskom Układu Warszawskiego nie ominie kraju Lincolna i Waszyngtona. Atomowy guzik przestał nęcić główne mocarstwo NATO, które przystąpiło do opracowania strategii elastycznego reagowania. Niemieckim F-104 wyznaczono cele do ataków konwencjonalnych. Wojna konwencjonalna miała być rozegrana z całą powagą, przy użyciu wszystkich środków przeciwpancernych NATO, których wachlarz stale się rozszerzał. Dopiero w razie niepowodzenia w tej walce miały zostać użyte punktowo niewielkie ładunki atomowe, aby uzmysłowić nieprzyjacielowi, że posunął się za daleko...

[NOWA_STRONA] F-4F zubożony samolot wielozadaniowy

Tymczasem zaś upadł autorytaryzm CDU/CSU w RFN . Zwycięska koalicja SPD/FDP wzięła się do przemeblowywania całego państwa. Nie ominęło to sił zbrojnych i lotnictwa. „Twórców wdów” miały zastąpić bezpieczniejsze i lepiej nadające się do nowych zadań samoloty wielozadaniowe. 24 VI 1971 Bundestag przyjął ustawę w sprawie zakupu 175 samolotów typu F-4 Phantom w celu poprawienia możliwości zachodnioniemieckich sił powietrznych. Sytuacja występująca nadal w zachodnioniemieckiej flocie myśliwców bombardujących F-104 G Starfighter oraz opóźnienie programu MRCA (późniejszy Tornado) wymusiły pospieszne szukanie samolotów mogących służyć jako tymczasowe rozwiązanie.

Rozwiązania prowizoryczne z reguły nie sprzyjają solidności, ale za to okazują się nadspodziewanie trwałe. Tak też miało być w tym przypadku. Dostawy niepełnowartościowych myśliwców bombardujących F-4F (mocno zubożona odmiana Phantoma opracowana specjalnie dla Luftwaffe, 155 sztuk + 12, które pozostały w St. Zj. w ramach jednostki szkolącej niemieckich pilotów) trwały od września 1973 do października ’76 i do końca tego roku nastąpiło też pełne przezbrojenie dwóch pułków lotnictwa myśliwskiego (71 oraz 74 Mölders) i dwóch szturmowo-bombowego (JaBoG wzgl. JBG-35 i JBG-36). Ich zaletą było to, że (znowu) około 60 % części wytwarzano w Niemczech i tam też następował montaż końcowy. Zaś wady? Od powszechnie wówczas używanej przez amerykańskie lotnictwo lądowe odmiany F-4E owe samoloty dla Niemców (noszące oznaczenie fabryczne Block 52-59) różniły się głównie następującymi szczegółami:
- brak siódmego zbiornika na paliwo (w wyniku Phantomy Luftwaffe latały potem cały czas z dwoma dodatkowymi zbiornikami pod skrzydłami)
- uproszczony radiolokator APQ-120 V5
- brak podwieszeń na rakiety powietrze-powietrze AIM-7 Sparrow
F-4F pierwotna wersja

Pokładowy radiolokator zachodnioniemieckich Phantomów umożliwiał dość dobre przygotowanie się do przechwycenia celów (a w razie wojny do manewrowej walki powietrznej); jego zasięg wynosił ok. 100 km. Został jednak zbudowany tak, aby nie nadawał się do naprowadzania rakiet powietrze-powietrze średniego zasięgu. Nie miał również możliwości naprowadzania rakiet krótkiego zasięgu na kilka celów równocześnie. Przy jego pomocy pilot mógł zachować odpowiednią wysokość od ziemi i uzyskiwać dane ułatwiające użycie uzbrojenia powietrze-ziemia. To ostatnie było jednak ograniczone do bomb swobodnie opadających i rakiet niekierowanych. Na dobitkę również system walki radioelektronicznej (WRE) został ograniczony do wykrywania opromieniowania z radarów pulsacyjnych, używanych wyłącznie na starszych i mniej skomplikowanych myśliwcach produkcji radzieckiej. [4]

Oczywiście tak władze państwowe jak wojsko starały się unikać wszelkich wzmianek na temat rzeczywistej wartości swego nowego nabytku. Przeciwnie, rozpowszechniano fałszywy obraz F-4F jako myśliwców przewagi powietrznej. Usilna reklama w rodzaju Dni Otwartych Drzwi w jednostkach, które otrzymywały zubożone Phantomy (z kilkudziesięcioma tysiącami gości), urządzanie przy tych jednostkach aeroklubów i rozmaitych zajęć dla młodzieży, nie była w stanie zapobiec temu, że już wkrótce okazało się jasno, że dowództwo Luftwaffe i ministerstwo obrony po raz drugi strzeliły sobie w stopę. Mianowicie nowy, rzekomo rewelacyjny nabytek ze Stanów zaczął się rozbijać tak jak jego poprzednik w tej samej roli, zabijając ludność Niemiec Zachodnich, którą miał chronić. Ryczał zresztą też tak samo głośno, niemal wybijając szyby w oknach.

Orły lecą czyli ostatnia deska ratunku

Dostawy tego nowego wątpliwego prezentu od kuzynów zza oceanu jeszcze się nie zakończyły, a już w NATO nikomu nie było do śmiechu. Do NRD przybyły właśnie radzieckie MiG-i-23 przewyższające powszechnie używaną przez amerykańskie siły powietrzne w Europie odmianę Phantoma F-4E, a co gorsza, MiG-i 25, które ogromnie przewyższając pułap i szybkość Phantomów wykonywały niemal codziennie regularny zwiad powietrzny od Łaby aż po Wyspy Brytyjskie. W kwietniu 1977 w ramach operacji Czujny Orzeł (Ready Eagle) do Bitburga przerzucono w trybie niemal alarmowym (nieprzerwanym lotem z USA) całe skrzydło (72 samoloty) F-15A Eagle. W 1980 utworzono drugą bazę Orłów w Soesterbergu w Holandii, a potem jeszcze dwie dalsze w Anglii i Szkocji.

Podjęto też rokowania w sprawie doprowadzenia niemal dziecinnych zabawek F-4F do stanu jako takiej wartości bojowej. Zostało wybrane rozwiązanie jak najbardziej logiczne i zgodne z dotychczasowym kierunkiem rozwoju zachodnioniemieckich sił powietrznych. Niemieckie Phantomy, uzbrojone w rozwijane właśnie po drugiej stronie Atlantyku naprowadzane na podczerwień manewrowe (umożliwiające trafienie po odpaleniu pod dowolnym kątem w stosunku do celu) rakiety powietrze-powietrze AIM-9L miały zająć się MiG-ami 21 wszelkich odmian (modernizacja w ramach programu „Peace Rhine” – „Pokój nad Renem”, została dokonana w latach 1980-83), nad którymi górowały siłą ciągu i zasięgiem radarów. MiG-i 23 należały do obowiązków pełnowartościowych F-4E wchodzących w skład USAFE. Wreszcie F-15 stanowiły przeciwwagę dla „dwudziestych piątych”. Ten podział ról utrzymywał się od następnego roku przez dziesięć lat (podczas gdy w USAFE zaczęła się wymiana F-4 na nieco ustępujące im uzbrojeniem F-16A, a następnie F-16C). Został zaburzony na skutek pojawienia się myśliwców typu MiG-29.

Szczęśliwy koniec wielkich głupstw

Rozpoczęte w roku 1981 tury ćwiczeń całych pułków pilotów niemieckich Phantomów i Tornad w Kanadzie (latem) i Kalifornii (zimą) doprowadziły stopniowo do tego, że od drugiej połowy lat osiemdziesiątych nie rozbijają się na swoich maszynach nad niemieckimi miastami. W 1992 rozpoczęła się kolejna modernizacja floty niemieckich Phantomów (którą warto opisać osobno w dalszej części tego cyklu). Na uzbrojenie przyjęto poenerdowskie „dwudzieste dziewiąte”, które po pewnym czasie przekazano naszemu krajowi. Możliwości tych ostatnich okazały się być wstrząsem dla NATO, który wpłynął na rozwój kilku amerykańskich systemów broni. W 1991 „owiane mitem” Starfightery odeszły ostatecznie do przeszłości. Zastąpiły je szturmowo-bombowe Tornada. Można posumować; szczęśliwy finał wielu głupstw. Czy jednak na pewno? W następnym artykule z tego cyklu wykażę jak niemieckie państwo wciąż działa w myśl założeń Clausewitza.

Korzystałem:
[1] Dieter Krüger: Schlachtfeld Bundesrepublik? Europa, die deutsche Luftwaffe und der Strategiewechsel der NATO 1958 bis 1968 (The Federal Republic in the Glacis. Europe, the German Air Force and NATO's Change of Strategy 1958 to 1968), „Vierteljahrshefte für Zeitgeschichte“, Vol. 56, 2, pp. 171-225. W pliku html wygenerowanym przez Google szczegółowe wiadomości na ten temat są zawarte od strony 5 do 8.
[2] http://www.bredow-web.de/Luftwaffenmuseum/Kampfjets/Starfighter/F-104_G/f-104_g.html Warto zwrócić uwagę na sposób zagospodarowania podwieszeń tego muzealnego egzemplarza. Cztery dodatkowe zbiorniki na paliwo miały uczynić zeń myśliwiec bombardujący (właściwie bombowiec z możliwością atakowania w drodze powrotnej podobnych bombowców radzieckich) przenoszący tylko jedną bombę – taktyczną bombę atomową.
[3] http://www.eads.net/1024/de/eads/history/airhist/1950_1959/Lockheed_F-104_G.html
[4] http://www.acig.org/artman/publish/article_362.shtml
http://de.wikipedia.org/wiki/Jagdgeschwader_71
http://www.geschichte.luftwaffe.de/
http://martinm.twoday.net/stories/5802913/
E. F. Rybak, Jerzy Gruszczyński, F-104, Przegląd Konstrukcji Lotniczych, Warszawa 1998

Najlepsze odnośne strony internetowe:
http://www.youtube.com/watch?v=Rt2PPWixdbA
Ostatni lot niemieckiego F-104 Gv http://www.f104g.de/index.htm
F-104G w roli myśliwca. Życie codzienne pilotów i ich Starfighterów. Wiele zdjęć czarno-białych i w kolorze (wysokiej rozdzielczości), w tym ukazujących zielony kamuflaż zachodnioniemieckich myśliwców w latach siedemdziesiątych.

Autor: Grzegorz Wasiluk dla serwisu www.mojeopinie.pl