mojeopinie.pl "Naypyidaw - Absurdalna stolica"

W podróży do Naypyidaw wszystko zdaje się być absurdem, lub czystej wody nonsensem. Miasto o założeniach po dziś dzień pozostających tajemnicą. Gród nieoznaczony na mapach, którego plany nie istnieją (bądź nie są dostępne). Miejsce do którego nikt nie chce jechać, a spora część nie wie nawet, gdzie to za bardzo jest. Miasto-widmo. Nowa stolica Birmy.

Obrazek


Powstanie Naypyidaw to projekt obecnego przywódcy junty birmańskiej gen. Than Shwe. W typowy dla tej władzy sposób działania, z dnia na dzień, ot tak, stwierdził, że zmienia stolicę. Rangun okazał się być passé. Za bardzo kojarzył się z kolonializmem, a ostatnio także z protestami i Aung San Suu Kyi. Poza tym – był za blisko morza. Dla myślącej paranoicznymi kategoriami władzy birmańskiej fakt ten automatycznie związał się z Irakiem. Oczami wyobraźni już widzieli amerykańskich marines robiących im desant niczym Brytyjczycy w 1824 r. (tyle, że tych by raczej z cieplejszymi uczuciami witano). Nie, Rangun to nie było miejsce na spokojne rządy. Trzeba było znaleźć coś innego.

Birmańska opozycjonistka na wolności: Wolna Aung San Suu Kyi!

Zresztą – tako tradycja birmańska rzecze, że jak nowy władca zasiada na tronie, to zmienia stolicę. W dziedzictwie birmańskim jest też kilka innych sympatycznych elementów. Tak, jak na przykład obyczaj mordowania, na wszelki wypadek, wszystkich członków rodziny panującej. Co prawda nie wolno było przelewać królewskiej krwi, ale i to – jak pisze B. Góralczyk – odchodzono. Książąt topiono, duszono, miażdżono słoniami…

Generał Than Swe z tradycji korzysta w bardziej nowoczesny sposób: przeciwnicy znikają bez wieści, siedzą w słynnym więzieniu Insein (zbudowane jako największe w całym British Empire i wciąż dobrze służy!), bądź – jak do niedawna pani Suu Kyi – w areszcie domowym. Tradycję przenoszenia stolic też sobie wziął do serca – i nawet nazwał nowy gród stoliczny, z charakterystyczną dla każdej władzy totalitarnej skromnością – Naypyidaw („Królewska Stolica”). To zresztą miało być wyraźnie nawiązanie do tradycji imperiów birmańskich, których Than Shwe czuje się kontynuatorem. Budował więc miasto tak, jak należało, po Bożemu. Najpierw zapytał o radę astrologów. Ci wskazali mu miejsce (geograficzne centrum kraju, połowa drogi między Rangunem a Mandalaj, dawnymi stolicami), następnie dokładną datę ogłoszenia i przeprowadzki. Z wyrokami gwiazd się nie dyskutuje. Nie w tym kraju. Than Shwe przeniósł stolicę. Tyle tylko, że tam… nic nie ma.

Naypyidaw, foto, Michał Lubina

Miałem tego świadomość, a mimo to pojechałem. Samo dotarcie nie jest łatwe, gdyż co prawda leży to w połowie drogi z Rangunu do Mandalaj (dzięki czemu wszyscy podróżnicy mówią potem, że „widzieli Naypyidaw”, przez okna autobusu/pociągu oczywiście), ale na tyle daleko, że nie da się zobaczyć stolicy wyjeżdżając z któregoś z tych miast w jeden dzień. Można albo spać w samym Naypyidaw, gdzie hotele są tylko rządowe (to ma znaczenie w Birmie) i najtańszy kosztuje coś koło 40 USD za noc. Albo też zrobić tak, jak ja – przenocować w Taungoo (też nie mało, 10 USD) i rano pojechać do Naypyidaw.

Pojechałem i mój całodzienny pobyt w tym miejscu spowity był gęstymi oparami absurdu. Sam dojazd nie jest łatwy nie tylko dlatego, że z transportem tak sobie, lecz i z powodu miejscowych. Jak tylko autobus dojeżdża do skrzyżowaniu drogi Rangun-Mandalaj (odnoga na Naypyidaw tam odbija), cały autobus życzliwie pomaga: „to tu, zaraz wysiadasz, tam masz autobusy do Mandalaj”. W dobrej wierze to czynią. Przecież to jedyny rozsądny powód, dla którego mógłbym się tu znaleźć. Wszyscy turyści jadą do Mandalaj, logiczne więc, że skoro tu jestem, to tam zmierzam. Autobus mija skrzyżowanie, zatrzymuje się. Konduktor podchodzi. „Teraz masz wysiąść”. Nie wychodzę. Kierowca się wychyla, zdziwieni współpasażerowie zerkają... A ja twardo: ja chcę do stolicy! Zdziwienie. Szok. Ale po co? Po kiego? W głowie im się nie mieści, że ktoś chciałby zobaczyć Naypyidaw. Przecież tam nic nie ma!
W końcu odpuszczają. Wiadomo: obcokrajowiec to z definicji istota dziwna, niepojęta.

O Birmie: wywiad z prof. Góralczykiem

Dojeżdżamy. Wielki dworzec autobusowy. Jak to w Birmie, od razu ktoś podchodzi, pomaga. Wskazuje autobus… wyjeżdżający z Naypyidaw! Znów z dobrymi intencjami. No bo przecież skoro jakiś biały już się tu znalazł, to tylko przez pomyłkę, nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Z całą pewnością chce się jak najszybciej wydostać. Wyjechać do Mandalaj.

Wychodzę pieszo z dworca. W oddali widzę wielką, złotą pagodę (jak się później okaże, będzie to kopia Shwedagonu, najsłynniejszej pagody Rangunu). Idę, ale diablo to daleko. Nagle podjeżdża autobus miejski. Wchodzę, pokazuje na pagodę – „jedziesz tam?”. Tak, tak. Dobra, jedziemy. 2 minuty, może 5. Nagle autobus skręca w lewo (a pagoda jest na wprost), zatrzymuje się na przystanku… Chcę wysiadać, ale jakaś przemiła staruszka mnie zatrzymuje: „nie, nie, nie tu”! Pokazuję na pagodę. Babcia uspokaja mnie gestem ręki. Dobra – myślę sobie – pewnie jakoś okrąży i dojedzie bokiem. Jedzie i jedzie, wyjeżdżą z miasta. Dojeżdżamy. Tak, jakbym to już skądś znał… Końcowy przystanek. Skrzyżowanie. Babcia uśmiechając się mówi: „tutaj, tutaj. To droga na Mandalaj”.

Naypyidaw, foto, Michał Lubina

Po pierwszym falstarcie postanowiłem spróbować inaczej. Dojechałem do dworca autobusowego, próbowałem wynająć motocyklistę, by mnie obwiózł. To nie było łatwe. Przede wszystkim dlatego, że wszyscy mi wskazywali autobusy… na Mandalaj rzecz jasna.

(o mało przez to nie znienawidziłem Mandalaj, a to fajne miasto jest).

Geograficzne wyszukiwanie tekstów Wybierz kontynent i kraj, czytaj nasze teksty

Jak już byłem w stanie wyartykułować, że ja chcę tu, dookoła, to zaś żaden mnie nie chciał wziąć. Śpiewali jakieś straszne sumy typu 8 USD za godzinę (to naprawdę dużo w miejscowych warunkach). Więc się nie dogadaliśmy. Zresztą – wina leży i po mojej stronie. Absurdalność mojej sytuacji pogłębiał fakt, że ja na dobrą sprawę nie wiedziałem, co chcę oglądać! Dialog nasz był więc czymś w rodzaju dyskusji głuchego ze ślepym: ja nie wiedziałem dokąd chcę jechać, on nie wiedział, gdzie ma mnie zawieźć, ale kwotę pro forma podawał horrendalną. Wreszcie zainteresował się nami jakiś sołdat. Próbował pomóc. W moim Lonely Planet było opisane tylko kilka miejsc, takich jak „hotel”, „targ”, nic mu zresztą niemówiących. Ożywił się dopiero na słowo „shopping center”. No tak! Wreszcie znalazł logiczne dla każdego Azjaty uzasadnienie celu mojego przyjazdu: zakupy.

Moja negatywna odpowiedź trochę go zmartwiła. Nastąpiła ogólna konsternacja. Pojawiła się znana z sąsiednich Chinach postawa: co z tym białym (diabłem) zrobić? Bo obcokrajowiec to z natury rzeczy kłopot. Dogadać się z nim nie da, jest jakiś taki inny, dziwny. Cholera wie, czego chce. To nie jest nieprzyjazny stosunek. To raczej coś takiego, jakbyśmy my zareagowali, gdyby Marsjanin wylądował na Ziemi i zwracał się do nas z prośbą o pomoc.

[NOWA_STRONA]

Naypyidaw, foto, Michał Lubina

Ostatecznie sam rozstrzygnąłem ten problem i poszedłem pieszo. Na azymut – czyli wielką złotą pagodę. To zasadniczo nie jest najlepszy pomysł w Birmie, bo… tam wszędzie są złote pagody. Na każdym wzgórzu, wzniesieniu, czy szczycie. Nie ma miasta czy wsi bez złotej pagody. To jakby w Polsce mieścina bez kościoła, knajpy i sklepu razem wziętych. Bez sensu. Bez pagody ani rusz.

Pagody były… ale miasta nie było. Szedłem wielką, pustą drogą, biegnącą przez coś co według wszelkich miar winno być centrum miasta…. Tylko, że nie było miasta. Droga, pobocze, budujące się domy po obu jej stronach (mało który wykończony). Pagoda w odległym planie. Mniejsze na sąsiednich wzgórzach, dookoła dżungla… A gdzie Naypyidaw? Już w nim jestem? Czy już poza? To centrum, czy przedmieście? Przy tej wielkiej drodze – po której jechał jeden samochód na pół godziny, głównie zaopatrzeniowe ciężarówki made in China – widniał dumny napis „Downtown”. Lecz niczego do downtown (ani w ogóle do żadnego town) podobnego nie było!

Sekwencja niczym z jakiegoś odjechanego, psychodelicznego filmu. Czegoś w konwencji snu, pokroju „Rzeźni numer 5”. Ni to jaźń, ni to jawa. Szukam stolicy Birmy. Jest południe, prawie 40 stopni, łażę z ciężkim plecakiem po mieście, którego nie ma. Bez wody, bez planu, bez nadziei, bez sensu.

Minąłem linie kolejową, jakiś (chyba) hotel (nie miał nazwy – nazwa w hotelu? Niby po co?) kilka bud z jedzeniem, coś à la sklep. Zacząłem się wspinać na wzgórze, za którego grzbietem majaczyła pagoda. Potem się okazało, że po drodze jest jeszcze jedno wzniesienie. Właściwie dwa. A nawet trzy…

Naypyidaw, foto, Michał Lubina

W pierwszym napotkałem na klasztor, przy których spotkałem jedynych życzliwych ludzi w mieście widmie: mnichów. Dali mi wody, porobili sobie ze mną zdjęcia… Pytam ich na migi, gdzie jest Naypyidaw. „Tutaj” wskazują ziemię. „Ale gdzie?!” „No tu”. „Ale tu nic nie ma!” „A tam?” – pokazuje na majaczącą w dole panoramę jednej drogi, kilkudziesięciu budynków, linii kolejowej i otaczającej jej dżungli – „tam też”. „A tam?” – pokazuje na pagodę. „Tam też jest Naypyidaw”. Ruszyłem więc w dalszą część mojej absurdalnej podróży wychodząc z założenia, że skoro nic tu zobaczyć się nie da, to przynajmniej ujrzę wielką pagodę. Ten powód wycieczki przynajmniej dla Birmańczyków byłby zrozumiały…

Człapie się pod górę, gorąco jak w ukropie, leje się ze mnie strumieniami. Mijają mnie kolejne auta i motocykliści. Nawet fajni, uśmiechają się, pokazują, bym wsiadał. Nie, dziękuję. Nie chce jechać do Mandalaj.

Dochodzę do lasu, wchodzę. Zdaje mi się, że tak będzie szybciej. Podchodzę do jakiejś barierki i nagle moim oczom ukazuje się… słoń. Tak właśnie, słoń! To nawet logiczne – Królewska Stolica, więc słoń musi być (słoń jest królewskim zwierzęciem w Birmie, szczególnie biały). Ten jednak nie miał raczej błękitnej krwi. Żaden albinos. Zwykły proletariusz. Przy wyrębie lasu pracujący.

Nie samotnie rzecz jasna – jego opiekunowie zainteresowali się mną w znacznie większym stopniu niż on. Widok białego z plecakiem o 12 w południe idącego przez obóz słoni w dżungli chyba nie był dla nich codziennością. Zaraz zawołali szefa w mundurze. Nawet mili byli: pokazali mi skąd jest ładny widok pagody. Zdjęcie możesz zrobić. Iść dalej: nie. Odprowadzili, bym nie zabłądził (znów), do głównej drogi. Po czym wrócili do swojego słonia. A ja zawróciłem szukać Naypyidaw…. Nie znalazłem.

Naypyidaw, foto, Michał Lubina

Naypyidaw nie ma. Ono jeszcze nie istnieje. Budują go. Mają drogi, czasem domy (częściej: w połowie). Sklepy, restauracje, hotele (dobrze ukryte). Rzecz jasna – pagody. A urzędy? Ministerstwa? Gmachy rządowe? Też tam są. Tylko nie wiadomo, gdzie. Zapytać się nie da, jeszcze za Stirlitza wezmą. Zresztą – poza tą główną drogą i tak jest wszystko off-limits.

W normalnym kraju do stolicy przejeżdżą się zasadniczo po to, by coś załatwić. Na przykład w urzędzie. To jest logiczne, wszak to serce kraju, spoiwo jego funkcjonowania. Nie w Birmie. Tu nie ma urzędów. Administracja dla obywateli jest wciąż w Rangunie. Lecz władza siedzi już w Naypyidaw.

Junta rządzi stąd niczym z jakiejś ukrytej daczy. Miejsca, o którym na dobrą sprawę nie wiadomo, gdzie jest. To nowoczesny ideał ukrytej, despotycznej władzy orientalnej. Ongiś miała jakiś znak rozpoznawczy: niedostępny zamek, pałac. Teraz ma tajemniczą, sekretną siedzibą, na póły realną, na poły wyimaginowaną. Stolicę, która leży nigdzie i do której jechać nie ma po co. Miasto – widmo.

Czyż może być lepszy sposób? Skoro nie wiadomo, gdzie jest władza, to znaczy, że jest WSZĘDZIE. Skoro jej nie widać, to znaczy, że może się czaić za każdym rogiem. Co więcej – przeciw tej władzy nie można wystąpić. Ba! Do niej nie można nawet przyjść. Poprosić. Zaapelować. Nie ma gdzie!

Tragedia Birmy polega na tym, że ta władza, choć niewidzialna, jest jak najbardziej obecna.


Autor: Michał Lubina dla serwisu www.mojeopinie.pl