mojeopinie.pl "Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu"

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy zawsze zwiedzić, ale opanowywał nas pewien nieokreślony lęk.

Obrazek


Przyczyniły się do takiego nastroju informacje w internecie o konieczności szczepień przeciwko malarii, żółtaczce, tężcowi (dla podróżujących po kraju ), a także firmy farmaceutyczne proponujące swoje medykamenty. Nieobojętny był także, szczególnie dla mojego współtowarzysza podróży, czas lotu ( 13 godzin ) i śródlądowanie w Emiratach Arabskich w Abu Dhabi . Przecież już tyle godzin leciałeś w zeszłym roku na Kubę i zupełnie dobrze to zniosłeś, usiłowałem przekonać i nakłonić do podróży… Muszę się przyznać, że z wyjątkiem środków przeciw komarom nie zabraliśmy żadnych leków zabezpieczających przed wspomnianymi wyżej chorobami, gdyż była to pora sucha. Proszę jednak tych ostrzeżeń nie ignorować, gdyż o wypadek nie jest trudno, czego doświadczyłem na własnej skórze. Przewróciłem się kalecząc sobie rękę i nogę oraz nadwyrężyłem lewy bark. Wówczas zaniepokoiłem się możliwością tężca. Wystarczyła jednak tylko miejscowa dezynfekcja.

Dodatkowo nastrój niepokoju zasiał mój brat Piotr (turysta ,żeglarz morski ), który po powrocie z trzytygodniowej podróży po Tajlandii, Malezji i Singapurze zadał mi pytanie o moje ubezpieczenie na wypadek choroby lub śmierci. Przyjemniaczek – pomyślałem. Naturalnie, jestem ubezpieczony, szybko odrzekłem i dodałem, gdy umrę lub tragicznie zginę to możecie mnie spalić, a prochy rozrzucić w przestrzeni. Nie chciałem okazać lęku, zadominowała poza odważniaka. Brat widząc uśmiech błąkający się po mojej twarzy rzekł krótko – dobrze, że wiem co mamy zrobić… Pytanie to nie było bezzasadne, o czym napiszę jeszcze pod koniec reportażu.

Ciekawość tego kraju przemogła chwilowe niepokoje i zamieszkaliśmy w hotelu Andaman Princess, na wspomnianej wyspie, którą obejść można spokojnie w ciągu godziny. Mieści się ona naprzeciw ciągnącej się na stałym lądzie miejscowości Khao Lak, w północno - zachodniej części regionu Phuket. Zapragnęliśmy przede wszystkim w czasie naszej polskiej zimy trochę słońca, kąpieli w ciepłej wodzie Morza Andamańskiego, a przede wszystkim kontaktu z przyrodą Azji. O dziwo… nie chcieliśmy zwiedzać świątyń, pałaców ani muzeów, czego jednak nie udało nam się w pełni uniknąć.

Otoczenie Hotelu Andaman Princess, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz
Otoczenie Hotelu Andaman Princess, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz

Hotel ten był przestronny, w stylu tajlandzkim, który otoczony został bajecznym ogrodem ze stawami i fontannami. Zapach kwiatów i drzew sandałowych był wszechobecny. Rosły storczyki w różnych kolorach hodowane na pniach drzew, palmy kokosowe, fikusy… Migdałowce zaś przypominały mi drzewa z malarstwa japońskiego czy chińskiego z powykręcanymi konarami, obsypanymi białymi lub różowymi kwiatami. Spadały one do przebiegającego na długości około 400 m wijącego się basenu kąpielowego wpadającego z kolei do dużego, otoczonego fontannami, skąd tylko kilka metrów dzieliła go przestrzeń od brzegu Morza Andamańskiego. Sceneria świata przyrody zauroczyła mnie, toteż pisałem do najbliższych mi osób pozdrowienia z dworującym sobie tekstem „ zawsze chciałem być w piekle, a znalazłem się w raju – co za ironia losu”. Dużo nie brakowało, abym w to uwierzył, gdyby nie basen wyłożony ceramicznymi płytkami w kolorze seledynowym i kokietujące zza drzew SPA z pięknymi Tajkami.

Niech nikt jednak nie przypuszcza, że tak wygląda cała wyspa. Przeżyła ona w 2004 r tsunami i ślady jego działań pozostały. Zniszczona willa hotelowa nad brzegiem morza strasząca swoją zachowaną konstrukcją a przy niej kapliczka, która miała bronić przed nieczystymi siłami, powyrywane potężne drzewa z korzeniami, zapadająca się lekko nawierzchnia dróg czy zaniedbane obejścia wokół odbudowujących się domostw, nie pozwalają zapomnieć o tragedii, która się wydarzyła a także o śmierci olbrzymiej ilości osób.

Drzewa - pozostałości po tsunami, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz
Drzewa - pozostałości po tsunami, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz

Nie będę pisał o położeniu geograficznym ani o historii tego kraju, ani o polityce, czy o czczonym władcy najdłużej sprawującym swój urząd z dotychczasowych - królu Ramie IX, bardzo szanowanym przez naród ale o pięknej przyrodzie i ludziach.

Dzisiejszą Tajlandię współtworzą Tajowie 75%,Chińczycy 13%,Malajowie14%,Szan, Mon, Khmerowie, Karenowie i inne grupy etniczne. To dzięki nim mówi się o Tajlandii, iż jest krainą uśmiechu. Faktycznie, miły uśmiech nie schodzi im na ogół z twarzy. Spotykamy się z nim w hotelu, restauracji, w czasie podróży, u sprzedawców owoców… Wobec siebie a także turystów są uprzejmi, gościnni, rozmawiają cicho i spokojnie co nie można powiedzieć o turystach z Europy czy Ameryki. Taka przychylna postawa jest na pewno wynikiem przynależności do religii ( lub filozofii czy etyki ) buddyjskiej, która głosi cztery szlachetne prawdy objawione przez Buddę w jego pierwszym kazaniu w Benaresie - iż wszelkie bytowanie rodzi ból i cierpienie, którego sprawcą jest pożądanie, złość i ułuda. Aby się tego wyzbyć trzeba przejść w Nirwanę ( wyzbyć się woli życia, przejść w niebyt). Buddyści są skłonni do medytacji, walczą z pokusami i złą wolą, wiodą skromny tryb życia i okazują dobroć, współczucie wszystkim stworzeniom. Myślę jednak, że pod tą maską uśmiechu kryje się człowiek z całą gamą swoich cech – potrafi kochać, nienawidzić, troszczyć się, służyć innym i buntować się. Nie zapomnę małego incydentu, który nam się przydarzył. Pewnego pięknego poranka znalazłem się w porcie, skąd pragnąłem przedostać się wodną taksówką na stały ląd (1euro od osoby w godz. od 6.oo- 22.00, a w pozostałym czasie 2 euro). Gdy stałem pochłonięty niezwykłą atmosferą przypominającą mi powieści J.Conrada, zatrzymał mnie starszy, zarośnięty, zmęczony człowiek, który zaproponował mi transport swoją motorową łodzią (taksówka). Zgodziłem się. W tym momencie dopadł mnie młody człowiek z propozycją przewiezienia mnie na drugą stronę. Gdy podziękowałem, maseczka spadła, w jego twarzy odczytałem wyraz złości pomieszany z nienawiścią. Oj… pomyślałem, nie chciałbym spotkać się z tobą w ciemnym zaułku.

Tajowie są bardzo przesądni, wierzą w istnienie duchów dobrych i złych, czują przed nimi respekt, stąd ogromna popularność amuletów mających chronić ich przed wszelkimi nieszczęściami oraz duża ilość kapliczek stojących przed hotelami, domami, centrami handlowymi a także drzew obwieszonych girlandami, kadzidełkami, prezentami. Stawiają w tych miejscach jedzenie, proszą dobre duchy o opiekę odpędzając jednocześnie złe. Przechodnie składają ukłon przy tych kapliczkach lub jadąc środkiem lokomocji dają sygnał klaksonem.

Tę odrębność kulturową dostrzec możemy także w sposobie bycia na co dzień. Poza uśmiechem darzą przybysza powitaniem ( wai ) opartym na geście złożenia dłoni przed piersią. Im wyżej uniesione dłonie, tym większy szacunek okazywany jest drugiej osobie, określa on jednocześnie miejsce człowieka w hierarchii społecznej. Farang a więc przybysz na taki miły gest powinien skinąć głową i uśmiechnąć się, gdyż może popełnić faux pas. Wiążą także swoje przekonania obyczajowe z głową, stopami i dłońmi. Otóż, głowy nie należy dotykać, gdyż w ich przekonaniach mieści się w niej dusza a więc miejsce najświętsze. Stopy w ich pojęciu są zawsze brudne, gdyż dotykają ziemi, toteż nie wolno siadać z wyciągniętymi nogami w kierunku obiektu sakralnego. Jeśli jemy palcami, to należy posługiwać się tylko dłonią prawą, gdyż lewą pomagamy sobie przy czynnościach związanych z toaletą.

Z relacji przewodników dowiedzieliśmy się także, że w kraju tym panuje duża tolerancja wobec inności seksualnych np. gejów, lesbijek i transseksualistów czy transwestytów. Dokonuje się z doskonałym rezultatem operacji zmierzających do zmiany płci. Zdają sobie sprawę, że jest to wielki problem człowieka, toteż państwo pomaga mu stać się tym, kim się czuje.

Poznawanie otaczającego świata zaczęliśmy od wyspy Phuket, którą łączy ze stałym lądem most. Wyruszyliśmy tuż po śniadaniu o godz.7.00. Trzeba było szybko dotrzeć do portu, skąd łodzią motorową przedostaliśmy się na stały ląd, gdzie czekał na nas bus. Dzień się budził, wokół nas panowała cisza. Gdy zbliżaliśmy się do drugiego brzegu ogarniał nas coraz większy hałas – krzyki, muzyka, jakieś nawoływania i padające z głośników informacje. Po półtorej godzinie dotarliśmy na wyspę Phuket, na miejsce zbiórki, gdzie spotkaliśmy się z przewodnikiem, panem Piotrem, skąd rozpoczęliśmy zwiedzanie. Znaleźliśmy się u podnóża przylądka, pokonując kilkanaście metrów wysokości, dotarliśmy na punkt widokowy w centrum którego znajdowała się kapliczka ozdobiona kolorowymi girlandami, a dookoła niej stały pozłacane słonie otaczane wielką czcią. W dalszej części przylądka znajdowała się współczesna latarnia morska wysyłająca nocą światło na daleką odległość. Jednak najbardziej zainteresowało nas miejsce z którego buddyści wrzucają do morza urny z prochami swoich najbliższych. Okazało się ono bardzo malownicze. Trudno zapomnieć błękitno - seledynowej wody morza, rozrzuconych po nim zielonych wysp i spokojnie płynących żaglowców w blasku słońca. Natomiast bogatsi z nich bywają chowani w tak zwanych stupach ( czedi )– pomnikach nagrobnych, które u podstawy swojej są szersze, wysokością sięgają kilka metrów, gdzie w niszach składa się urny z prochami. Znajdują się one najczęściej w miejscach sakralnych np. w Jaskini Małp.

Budda Leżący - świątynia małp, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz
Budda Leżący - Świątynia Małp, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz

To pierwsze zderzenie ze światem przyrody, religijnym obrzędem było dość mocne. Po zejściu do naszych busów, udaliśmy się w dalszą drogę, by po chwili ponownie wspinać się na inne wzniesienie ( 350 m ) na szczycie którego znajduje się potężny, biały pomnik Buddy ( 45 m wysokości ) patrzącego w przestrzeń. Jest to największy monument w Tajlandii umieszczony na dachu świątyni, która jest jeszcze w budowie. W jej podcieniach spotkaliśmy złote postacie Buddy oraz innych świętych czczonych przez wyznawców tej religii. Schodząc w dół podziwialiśmy piękne widoki lekko osnute mgłą. Po chwili znaleźliśmy się w wielkim namiocie, gdzie sprzedawano pamiątki, dewocjonalia, a jeden z siedzących mnichów udzielał błogosławieństw tym, którzy czuli taką potrzebę. Obok niego zaś siedział młodziutki mnich, zbierający datki na ofiarę. Porzucając dość specyficzną, sakralną atmosferę dotarliśmy po kilkunastu minutach do kompleksu świątyń Wat Chalong ( miejsca kultu, spowiedzi, rozmowy z mnichem ), który wzniesiony został na początku XIX wieku. Tę budowę można już dostrzec w drodze między Phuket a Rawai. Bije w oczy swoją bielą, czerwienią, złoceniami, dachem schodkowym, ozdobnymi detalami architektonicznymi zwanymi Cho fa przypominającymi smukłe, wyciągnięte palce na kształt mitycznego ptaka Gamdy, wierzchowca boga Wisznu.

Moją uwagę przykuła 60 metrowa czedi o kopulastym kształcie pokryta malowidłami ukazującymi historię Buddy. Zespół tych świątyń otoczony jest olbrzymim targowiskiem, na straganach można spotkać wszystko czego dusza zapragnie - od pamiątek, dewocjonaliów, poprzez odzież do artykułów spożywczych i wspaniałych owoców. Nie byłem tą atmosferą zachwycony, gdyż utrudniała obejrzenie tych orientalnych świątyń z pewnego dystansu. Zdejmując buty ( tak nakazuje obyczaj ) wszedłem do świątyni w której składano ofiary. Panował nastrój ciszy i skupienia, rozchodził się zapach kwiatów i płonących świec. Z boku znajdowały się składane ofiary w postaci owoców… Krocząc od świątyni do świątyni usiłowałem wczytać się w elementy architektoniczne, w ornamentykę tak dla nas ludzi z Europy tajemniczą i obcą. Niespodziewanie z jednej ze świątyń wyszli młodzi i piękni nowożeńcy. Ona w białej, długiej sukni, on w białej koszuli i krótkich do kolan niebieskich spodniach. Oboje przystąpili do tego aktu boso. Żałowałem bardzo, że nie mogłem być świadkiem całej ceremonii. Zdołałem uchwycić ich kamerą w momencie, gdy wychodzili ze świątyni.

Opuszczając ten zespół budowli i związane z nimi obyczaje rzekłem – no… pomyśl, nie chcieliśmy zwiedzać zabytków, a znaleźliśmy się w największym miejscu kultu religijnego na wyspie, które opuszczamy pełni wrażeń, refleksji i mieszanych uczuć.

[NOWA_STRONA]

Zanim dotarliśmy do starej części miasta Phuket noszącego tę samą nazwę co wyspa, odwiedziliśmy lokalną pakownię nerkowców przy której jako reklama znajdowało się jego drzewo z owocami. Witając nas serdecznym uśmiechem częstowano chłodnym napojem tak potrzebnym w ten upalny dzień. Wnętrze tego magazynu było eleganckie i dobrze zorganizowane. Zaprezentowano nie tylko owoce nerkowca ( orzeszki ), ale także ich inne rodzaje i gatunki produktów ( suszone, słodkie, słone, lub w formie ciasteczek). Kto miał ochotę, mógł wybrane przysmaki wspaniale pachnące, zakupić dla siebie a także dla najbliższych jako prezent z podróży. Zajadając się ciasteczkami o smaku owocu durian pojechaliśmy na targ z owocami. Już było dość późno, targowisko jeszcze w pełni swego rytmu działało – stragan przy straganie zachęcał nas do zainteresowania się nieznanymi nam owocami, posmakowania i kupienia. Owoce takie jak, rambutan żółty lub czerwony pokryty włoskami, longan energetyzujący i orzeźwiający, langsat rosnący w pękach jak winogrona, durian z kolczastą łuską zwany królem tropikalnych owoców, pitaja - smoczy owoc, mangostan fioletowa jagoda, mango czy pomelo największy owoc z cytrusowych, czarowały swoją barwą i zapachem. Sprzedawcy byli bardzo mili i próbowali zainteresować przybyszów częstując owocami. Nam przypadł do smaku mangostan o twardej, ciemnobrązowej łupince, soczysty, orzeźwiający, o smaku słodko cytrynowym, toteż kupiliśmy 2 kg delektując nim swoje podniebienia.

Wreszcie dotarliśmy do starej części miasta Phuket, które zamknięte jest w granicach ulic Thalang, Dibuk, Krabi, Soi Romanee. Phuket Town czaruje przybyszów orientalnym pięknem. Chińsko-portugalski charakter dzielnicy poprzez swoją architekturę wyzwala ducha wyspy. Ten stary kwartał charakteryzuje się niską, jednopiętrową zabudową w kolorze biało różowym. Budynki chińskie wyróżniają się zawieszonymi, kolorowymi lampionami. Wiele ciekawych architektonicznie pałaców sprzed stu lat doczekało się renowacji. Spacerując ulicą Thalang można spotkać genius loci starego miasta. Wiele z tych wspaniałych rezydencji zostało przekształconych w restauracje, bary lub galerie np. Salvadore‘s, Raya House, gdzie warto skosztować żółte curry z makaronem ryżowym i wielkimi kawałkami kraba – majstersztyk kulinarny. Są także restauracje przy których prowadzone są szkoły gotowania np. w Bleu Elephant.

Nasza grupa miała możność odwiedzić tego typu miejsce i przeżyć przygodę kulinarną w typowo tajskiej restauracji o konstrukcji drewnianej, zadaszonej, z trzech stron otwartej. W takim wnętrzu mieliśmy nie tylko konsumować, ale uczyć się gotować regionalne potrawy. Wchodząc do restauracji zastaliśmy stoły elegancko nakryte, obok zastawy znajdowały się pałeczki ( do wyboru ) oraz żarzące się ogniem piecyki. Każdy z biesiadników miał sobie sam przygotować potrawę z mięs lub przygotowanych półproduktów. Stanąłem zniechęcony i zażenowany. Ci którzy mnie znają, zdają sobie na pewno sprawę z moich kulinarnych umiejętności… Dzięki pomocy osób z naszej turystycznej grupy usiłowałem coś spreparować. Podsycałem ogień, a na górnej części piecyka smażyłem kawałki wołowiny, wieprzowiny oraz drobiu. Później dobrałem ryż i dodałem przygotowane już sałatki ( całe szczęście ) i danie główne okazało się gotowe. Była to ciekawa przygoda kulinarna. Dzisiaj żałuję, że tyle oporu się we mnie pojawiło. W efekcie nic nie sfotografowałem, ani nie sfilmowałem. A szkoda – byłoby się z czego śmiać... Zakończyliśmy biesiadę degustując tajskie piwo i wino, które szumiało w naszych głowach aż do powrotu do hotelu…
Był to nasz pierwszy kontakt w pigułce z wyspą i miastem o tej samej nazwie. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że na przestrzeni trzytygodniowego pobytu będziemy te wrażenia dopełniać, gdyż zaplanowane przez nas szlaki będą prowadzić przez Phuket.

Postaram się przedstawić trzy trasy, które uważam za godne polecenia. Wprowadzali nas w ten świat południowej Tajlandii polscy przewodnicy - pani Małgorzata, panowie Piotr oraz Mateusz. Przekazywali nam swoją wiedzę, opiekowali się, odkrywali z pasją nieznany nam świat, troszczyli się o nasze bezpieczeństwo. Wspomniana trójka zajmowała się także instruktażem nurkowania… Każdej wyprawie towarzyszył zawsze z urzędu tajlandzki opiekun, który zamykał końcową grupę idących osób. Oczywiście, można podróżować indywidualnie samochodem, autobusem, taksówką czy tuk - tukiem (pojazd złożony z motoroweru i otwartej przyczepy). Wybraliśmy jednak zwiedzanie grupowe pod opieką przewodników – bezpieczniej szybciej i łatwiej, a poza tym oszczędność czasu i możność dzielenia się swoimi wrażeniami .

Skały wapienne w Khao Sok, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz
Skały wapienne w Khao Sok, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz

Pierwszą z tych wypraw pozwolę sobie nazwać „W poszukiwaniu Bukietnicy Arnolda”, a którą można spotkać w Parku Narodowym Khao Sok, znajdującym się w regionie naszego stałego zakwaterowania ( około 1 godziny samochodem ). Ów park to jeden z największych obszarów dziewiczego lasu deszczowego w Tajlandii. Przed milionami lat była to wielka dżungla rozpościerająca się aż do Australii. Dziś pozostał tylko niewielki obszar puszczy w którym spotykamy liczne ścieżki, rwące strumienie, rzeki, tajemnicze jaskinie, urzekające wodospady i wapienne klify. Rosną tu różne gatunki roślin w tym skazane na wyginięcie rzadkie paprocie czy palmy ratanowe. Osobliwością rzadko spotykaną jest wspomniana Bukietnica Arnolda, kwiat o wadze 10 kg i szerokości 1 m. w kolorze czerwonym. Trudno go przeoczyć ze względu na wielkość i odurzający zapach padliny. Myśląc, że spotkamy ten oryginalny kwiat, wybraliśmy się na trekking na słoniach wzdłuż opadającego strumienia. Rozczarowaliśmy się – okazało się, że trudno go znaleźć. Tajemnicę miejsca fascynującego kwiatu znają podobno tylko pracownicy Narodowego Parku z którymi trudno było nawiązać rozmowę.

A może tak bardzo zafascynowała nas podróż na słoniach, że przeoczyliśmy go? Zanim jednak udaliśmy się w tę drogę, wjechaliśmy w głąb dżungli, gdzie przebywało stado słoni na terenie specjalnie przystosowanym – zadaszenia chroniące przed słońcem, miejsca ich odpoczynku i karmienia. Z wysokiego podestu każdy uczestnik podróży wsiadał na siedzenie przytroczone na grzbiecie słonia i zabezpieczając się pasami ruszał w drogę. Słoń pod opieką mahauta ( poganiacz słonia, opiekun) kroczył spokojnie i dostojnie. Z siedzenia podziwiałem nie tylko dziki obraz przyrody ale przede wszystkim słonia, który wspinając się w górę wyszukiwał swoją wielką stopą bezpieczne miejsca i wykonywał polecenia opiekuna siedzącego na jego grzbiecie. Utworzył się szereg złożony ze słoni i siedzących na nich turystów. Obraz był bardzo malarski. Aparaty fotograficzne i kamery rejestrował tę eskapadę, ludzie wzajemnie się fotografowali, pragnęli utrwalić ten wyjątkowy moment w swoim życiu. Po dojściu na zaplanowane wzniesienie, trzeba było schodzić w dół wyboistą, pełną głazów drogą, co nie było dla słoni łatwe. Podziwialiśmy ich spokój, opanowanie i pewnego rodzaju dystynkcję. Po powrocie do „mety” czekała je nagroda – raczyły się ulubionymi bananami z rąk uczestników trekkingu. Z reakcji widać było, że są do tego przyzwyczajone.

Wkrótce znaleźliśmy się nad rzeką Sok przepływającą przez dżunglę. Zgromadziliśmy się na przystani, gdzie można było karmić ryby pożywkami zakupionymi na straganie. Jeszcze takiej ilości ryb nie widziałem. Gdy wyruszyliśmy w drogę dwuosobowym kajakiem, odnosiłem wrażenie, że płyniemy na ich śliskich grzbietach. Płynęliśmy w kierunku jeziora Chiao Lan, a wokół nas wspaniałe pejzaże, których piękno trudno wyrazić w słowach. Myślę, że może je tylko ukazać kolorowa fotografia. Ten spływ przełomem rzeki wśród białych, wapiennych skał, wysokich klifów, gór, bujnej przyrody, która powstała 100 milionów lat temu trudno zapomnieć. Na twarzach turystów malował się zachwyt, wewnętrzny spokój, który nieraz ulegał zmąceniu, gdy prowadzący nas tubylcy pokazywali na konarach drzew potężne węże chroniące się w ich cieniu lub ślady dzikich zwierząt. Wreszcie rozwidlone, rozległe Chiao Lan - jezioro tysięcy malowniczych zatoczek, fiordów, jedno z najbardziej fascynujących miejsc w Tajlandii, które powstało w 1982 w wyniku budowy zapory wodnej Ratchaprapha. Nabrawszy trochę sił, odwiedziliśmy w drodze na zaprogramowany lunch Świątynię Małp, która mieściła się w wielkiej grocie przypominającej swoimi rozmiarami salę widowiskową. Zdominował w jej podświetlonym punktowo wnętrzu kolor beżowy ścian.

Pierwsza część poświęcona jest dominującemu wyznaniu – spotykamy duży, pozłocony posąg leżącego Buddy oraz mniejsze, na każdy dzień tygodnia, różniące się pozą, gestem. Składając odpowiednią kwotę można było otrzymać od Buddy horoskop zgodny ze znakiem zodiaku. Obok, po lewej stronie, znajduje się biała, pokryta dekoracją rzeźbiarską czedi (stupa ) w której zostały złożone prochy zmarłych buddystów. We wnętrzu panował tajemniczy klimat wykreowany przez oświetlenie w blasku którego od czasu do czasu pojawiali się mnisi w swoich pomarańczowych szatach sprawujący różne funkcje. Niestety nazwa nas zawiodła, nie spotkaliśmy małp, które prawdopodobnie zmęczone upałem, objedzone darami turystów, gdzieś w zakamarkach schowały się i zasnęły. Spotkałem te popielato – beżowe stworzenia po wyjściu ze świątyni, przyciągnął je na pewno rozchodzący się zapach bananów kupowanych przez turystów, którymi zaczęto częstować. Szczególnie zachwycił mnie instynkt macierzyński jednej z małp, która walcząc o kawałek banana nie rozstawała się ze swoim nowonarodzonym maleństwem.

Wypełnieni wrażeniami znaleźliśmy się na lunchu w restauracji Na Drzewach, która zatopiona była w gąszczu egzotycznych drzew. Skonsumowawszy pyszny tajski obiad spacerowaliśmy po zawieszonych mostach podziwiając bogaty drzewostan otaczający ów lokal i wsłuchiwaliśmy się w cudowny śpiew ptaków.

Kończąc naszą podróż zatrzymaliśmy się dla relaksu pod wodospadem Tonpfrai Waterfall. Od punktu wejścia, gdzie znajdowały się tablice informacyjne wspinaliśmy się około 25 min stromą drogą wśród drzew bambusowych, palm ratanowych, drzew tekowych, lian - pnącz o zdrewniałych łodygach do wodospadu, którego wody spadały z wysokiej, skalnej ściany. Ludzie na ostatnim swoim wydechu mówili pełni podziwu …Niagara. Nie był on aż tak bujny, gdyż była to pora sucha ale budził swoją krystaliczną czystością zachwyt. Uczestnicy kąpali się w jego wodzie, by odświeżyć się, odpocząć i nabrać sił do powrotu. Jadąc busem widzieliśmy jeszcze plantację drzew kauczukowych i sposób pozyskiwania materiału do jego produkcji – lateksu z którego otrzymuje się kauczuk naturalny.

Dwie następne trasy wiążą się z tytułami znanych nam filmów. Docierając do miejsc związanych z ich realizacją zwiedzaliśmy wiele ciekawych obiektów, które można na pewno nazwać pomnikami przyrody. Zabieramy plecak, sprzęt do nurkowania, ręczniki kąpielowe i wyruszamy. Na zegarku godz. 5.00, panuje mrok, a tu trzeba dojść do portu wijącą się wśród mokradeł zadrzewioną drogą, wsiąść do wodnej taksówki, by przedostać się na stały ląd, skąd dochodzą jakieś komunikaty, nawoływania dla nas zupełnie niezrozumiane. Po paru minutach wsiadamy do oczekującego na nas busu, który zabierze po drodze jeszcze innych uczestników wyprawy. Wkrótce padają znane nam powitalne zwroty - dzień dobry… dzień dobry… Po godzinie drogi jesteśmy w porcie na wyspie Phuket, gdzie wsiadamy do białej motorówki przygotowanej dla naszej polskiej grupy, by pod opieką młodego przewodnika, pana Mateusza wyruszyć w nieznaną nam przestrzeń. Szybko siadam w jej przedniej, odsłoniętej części, aby podziwiać otaczający mnie świat. Robi się coraz jaśniej, słońce przeziera przez chmury. Ruszamy. Wiatr nas namiętnie owionął. Niech pan zdejmie czapkę, bo wiatr ją zerwie z głowy – radzi sąsiad. Ech… dobrze siedzi na głowie, nic się nie stanie, odpowiadam. Po chwili silny wiatr zerwał mi ją z głowy. No cóż, pomyślałem, to takie zaślubiny z Morzem Andamańskim.

Zastąpiłem ją chustką, którą wyjąłem z plecaka i po piracku zawiązałem ją na głowie zabezpieczając się przed wiatrem i upalnym słońcem, które wkrótce da się we znaki. A wokół nas przepiękne widoki. Z morza wyłaniają się grupy skalne w kolorze brązowo – beżowym porośnięte bujną zielenią, która odbija się w morzu. W oddali wyspy jakby wycięte z celofanu, które po opadnięciu mgieł będą nas czarowały swoim wdziękiem. Za chwilę pojawiają się następne, które uwodzą nasze spojrzenia. Morze w blasku słońca staje się niebiesko – zielone. Rozkoszujemy się wiatrem, słońcem, czystym powietrzem i pędem naszej motorówki. Wkrótce docieramy do skalnej ściany jakby zbudowanej z ogromnych głazów, z szeroką szczeliną przez którą wjeżdżamy do przepięknej zatoki zapierającej dech w piersiach. Znajdujemy się jakby w zamkniętym pierścieniu. Dominuje kolor zieleni, gdyż cały świat przyrody przegląda się w morzu. Po wyjściu z motorówki, stojąc frontem do morza mamy za plecami zamkniętą zieloną przestrzeń z przejściem od zadrzewionej strony wyspy. Przed nami zaś morze… morze zamknięte skalną ścianą, a nad brzegiem jego odpoczywają łodzie motorowe, a pod stopami biały piasek Niebiańskiej Plaży.

To tutaj rozegrała się akcja filmu zrealizowanego w 2000 r. na podstawie książki Alex’a Garlanda’a, w reżyserii Danny’ego Bayle’a. Ukazał on młodych ludzi poszukujących przygód w egzotycznych krajach. Richard ( Di Caprio ), młody Amerykanin znudzony zachodnią kulturą, podróżując po Tajlandii, dowiaduje się od Szkota Daffy‘ego o istnieniu egzotycznej plaży, ukrytej przed cywilizacją, na której żyje szczęśliwie niezależna grupa ludzi. Młody Amerykanin będąc w posiadaniu tajemniczej mapy postanawia odnaleźć ten raj na ziemi z parą poznanych Francuzów. Wreszcie trafiają na wyspę i spotykają osadę zamieszkałą przez niewielką grupę hedonistów na czele której stoi Sal. Nie wszystko jest jednak tak piękne. Za chwilę wyspa odsłoni swoje drugie oblicze… Przypominając sobie ten film, chodzę zafascynowany niesamowitym pięknem fauny i flory, pragnę wszystko utrwalić w niebieskiej soczewce swoich oczu. Godzina 8.00 - plaża się bardzo zaludnia, przypływają nowe łodzie motorowe, bezsens rozkładania plażowych ręczników. Za godzinę będziemy deptać po sobie, więc zanurzam się w wodzie krystaliczno czystej , by odpocząć przed dalszą morską drogą na wyspę Phi Phi.

I znów znajdujemy się na pełnym morzu. Pędzimy w szumie wiatru i morskiej bryzy, by zatrzymać się w skalnej zatoce, gdzie czekała nas miła niespodzianka. Przewodnik zaproponował nam kąpiel i nurkowanie w przepięknej, seledynowej wodzie. Założyłem szybko płetwy i maskę z fajką i opuściłem się w głąb morza, aby podziwiać cały podwodny, barwny świat, ławice ryb różnego gatunku i barw. Widok był piękny, ale trudno mi wymazać z pamięci ten z Morza Czerwonego w Egipcie. Może te pierwsze wrażenia zawsze są najsilniejsze ? Nacieszywszy się tymi nieulotnymi emocjami, ruszyliśmy w dalszą drogę Już z odległości dostrzegamy archipelag Phi Phi, który składa się z dwóch wysp, większej Phi Phi Lech i mniejszej Phi Phi Don. To super gwiazda Tajlandii z klifowym wybrzeżem, bajecznymi zatoczkami, plażami i rafą koralową. Pierwsza z nich, niezamieszkana, wyrasta z turkusowego morza olbrzymią skałą, która porośnięta jest zielonym lasem deszczowym. Druga zaś jest większa, zbudowana jak gdyby z dwóch wysp złączonych wąskim paskiem lądu skalistego. Część tej wyspy zajmuje ciekawy Park Narodowy. Nie przeszkadzało to w zbudowaniu hoteli by uczynić ją jedną z najbardziej rozrywkowych w Tajlandii. Dopływamy do portu, gdzie drzemią w słońcu motorowe łodzie oraz jachty.

Przechodzimy wzdłuż wybrzeża podziwiając piękne widoki, których urok zakłócają liczne stragany z pamiątkami. Wchodzimy w jedną z ulic i wkraczamy do typowo tajskiej restauracji na zaplanowany lunch. Odnoszę wrażenie, że oczekują na naszą grupę – czysto, przytulnie, nakryte stoły czekują na gości. Pijemy zimne soki i próbujemy wspaniałych dań tajskiej kuchni… Wychodząc z lokalu zostaliśmy zaatakowani przez okrutny upał ( 34 stopnie ciepła ). Towarzysz podróży z przewodnikiem tajskim chronią się w cieniu. Mnie coś pędzi, więc oddalam się, by podziwiać widoki. Wydaje mi się, że wszystko zasnęło, a to tylko pora lunchu. Wracamy na miejsce zbiórki. Po chwili opływamy motorówką wyspę i docieramy do Phi Phi Lech, by zobaczyć ciekawą grotę Wikingów, której nazwa bierze się od zachowanego malowidła nieznanego malarza, które ukazuje długie łodzie z wiosłami. Podobno z jaskini tej wybiera się jaskółcze gniazda z których w Bangkoku i Hongkongu przygotowuje się pyszne i bardzo drogie zupy. Ucieszyłem się, że z powodu wysokiej ceny, nigdy nie zdecyduję się na zamówienie takiego dania. Dziękuję… smacznego, powiedziałem sobie.

Wkrótce dotarliśmy do Plaży Małp, gdzie przebywa duża grupa makaków oczekujących na turystów. Wyskakujemy z motorówki. Jedni szybko, drudzy z lekkim dystansem zbliżają się do małp, które oczekują szczególnie na tych trzymających w dłoni banany. Są zwinne – podskakują, dopadają przywiezione im wiktuały, wyrażają swoje emocje dziwnym piskiem, nie raz bywają złośliwe i agresywne. Turyści nie zauważają innych, fotografują ten świat, kręcą z tego spotkania filmy. Ktoś wchodzi mi w obiektyw, muszę skasować pewne sekwencje i ponownie nakręcić te przedziwne sceny. Nakarmione makaki lekko wycofują się w zarośla, a my naładowani nowymi emocjami wchodzimy do morza, by odpłynąć na Rajskie Wyspy. I znów bajkowy świat – błękitne morze, wydobywające się z niego grupy skalne, białe piaszczyste plaże, kolorowe leżaki i parasole w pełnym słońcu. Psuły mi tylko ten piękny widok rzędy straganów… Powrót to powtórzenie tych cudownych pejzaży w odwróconej kolejności – to co było za nami, rozwija się przed nami roztaczając swój tajemniczy urok. Docieramy do portu. I znów nasz bus i powrót do hotelu. Ogromny ruch samochodów, autobusów, ciężarówek, tuk tuków. Z okien obserwujemy budynki, ludzi, przyrodę.

Następna wyprawa na Wyspę Bonda i słynną Skałą Bonda związana była także z realizacją filmu. Myślę, że nie zatarł się w pamięci kinomanów Człowiek ze złotym pistoletem ( 1974 r.) w reżyserii Guy Hamiltona, na podstawie scenariusza Richarda Maibaum i Toma Mankiewicza. Był to już dziewiąty film o przygodach Jamesa Bonda wg powieści Fleminga. Rolę brytyjskiego agenta zagrał Roger Moor.

Las namorzynowy, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz
Las namorzynowy, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz

I znów wyruszamy bardzo wcześnie. Za oknami jeszcze mrok. Przed nami droga między rozlewiskami, port, przejazd łodzią motorową na stały ląd i podróż busem na miejsce zbiórki w porcie Pfong Nga oraz spotkanie z przewodniczką, panią Małgorzatą. Wsiadamy do długorufowej, barwnej łodzi, zadaszonej, przyozdobionej na swoim dziobie kwiatami. Żegnamy port i płyniemy po słynnej zatoce Pfong Nga wśród strzelistych wapiennych skał, które wynurzają się z wody. Pędząca łódź jest wielką atrakcją. Chowamy się przed bryzą morską podciągając niebieską, plastikową osłonę, która w celu zabezpieczenia podróżnych, przebiega wzdłuż ścian bocznych łodzi. Widoki coraz bardziej kolorowe i zmieniające się co chwilę. Wydaje mi się, że oglądam jakiś geograficzny lub przyrodniczy film w TV. Przepływamy obok lasu namorzynowego, którego wysokość sięga do kilkunastu metrów, zaś rozłożyste korzenie zatopione są w wodzie morskiej. Liście drzew są grube, silne jak u fikusów, gdyż odrzucając sól, żywią się bogactwem minerałów znajdujących się w wodzie. Wreszcie docieramy do jednej z zatok Wyspy Jamesa Bonda naprzeciwko której znajduje się malownicza skała, znana z wielu fotosów. Wszyscy patrzą zauroczeni tym pięknym widokiem.

Obraz w pełni impresjonistyczny, wykreowany przez naturę z całą gamą kolorowych punktów - dominuje zieleń, beż z brązem , błękit z żółcią. Wszystko zatopione jest w rozmigotanym świetle. Czystość powietrza przeszywa nas do głębi, a cisza skłania do refleksji. Obchodząc wyspę oglądamy skałę Jamesa Bonda z różnych miejsc wyrażając swój zachwyt pięknem przyrody , które jest nieprzemijające. To tutaj spotkaliśmy ciekawe zjawiska krasowe, które będą nam towarzyszyć w dalszej drodze.

Łodzią długorufową dotarliśmy do platformy, gdzie po zostawieniu naszych plecaków wyruszyliśmy dwuosobowymi kajakami w dalszą drogę poprzez laguny, lasy namorzynowe i cudowne groty pełne stalaktytów. Niektóre z nich były tak niskie, że trzeba było położyć się w kajaku przechylając się do tyłu. I tak z jednej zatoki przedostawaliśmy się do następnej podziwiając wspomniane zjawiska krasowe. Po powrocie na platformę, zmęczeni cudownymi doznaniami, wysoką temperaturą, chętnie piliśmy przygotowany zimny napój i zajadaliśmy, pyszne, wymrożone, tajlandzkie owoce.

Zjawiska krasowe, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz
Zjawiska krasowe, Tajlandia, foto Aleksander Talarkiewicz

I znów długorufowa łódź przeniosła nas w inny świat, do wioski Morskich Cyganów, osady zbudowanej na drewnianych palach wbitych w morskie dno. Wszystko jest z drewna – chodniki ulic, domy mieszkalne, restauracje. Spacerując uliczkami pomyślałem o Wenecji, by po chwili to skojarzenie odrzucić. Mieszkający tutaj ludzie żyją z połowu ryb, handlu, gastronomii. Podobno pragną zachować trochę prywatności, toteż nie lubią wścibskich turystów zaglądających do wnętrz domostw więc chyłkiem przemykamy z jednej uliczki do drugiej. Spotykamy stragany z pamiątkami, sprzedawcy wabią nas pięknymi tkaninami, biżuterią oraz perłami. Trudno jest wyzwolić się z ich handlowych objęć ale udało mi się mówiąc, że pragnę obejrzeć ich towary, że muszę się zastanowić. No cóż, natrafili na osobę, która nie lubi sklepików, magazynów handlowych. Nudzi mnie to i męczy. Dla mnie najważniejsze są wrażenia i doznane przeżycia, by nabić swój akumulator.

Wchodzimy do restauracji w tradycyjnym wystroju Morskich Cyganów. Stoły nakryte czekają na gości. Panuje czystość i miła atmosfera. Młode, sympatyczne kelnerki w cygańskich ubiorach podają do stołu pyszne dania… Roznosi się ciekawy zapach przypraw dodanych do potraw.

Pozostało trochę czasu. Przebiegam uliczkami by je sfilmować. W tym momencie spotykam jakiegoś azjatyckiego turystę, wygląda jak Brus Lee. Coś do mnie mówi, ale ja się bardzo spieszę, więc sympatycznym gestem żegna się ze mną, by po chwili go powtórzyć. … Biegnę do przystani, gdzie zacumowano naszą łódź. Płyniemy do naszego portu z którego odpłynęliśmy wcześnie rano, by jak najszybciej powrócić na kolację do hotelu.

Samolot odbił się od płyty lotniska. Nie zdążyłem jeszcze odpiąć pasów, zmienić położenie fotelu na bardziej wygodne od tego pionowego, a już zacząłem dokonywać wewnętrznego posumowania przebytej podróży. Było wspaniale… Zdaję sobie sprawę, że każdy z podróżujących inaczej odbiera otaczający świat, tak jak różnie odbiera się malarstwo, rzeźbę, muzykę czy film. Uzależnione jest to na pewno od wrażliwości, wiedzy, kontekstu jego poznawania. Dla mnie Tajlandia południowa to świat bajecznie piękny, kolorowy, pełen światła z którym w pełnej harmonii żyją ludzie cechujący się empatią i wewnętrznym spokojem. Nie jest ten kraj jednak pozbawiony zagrożeń w postaci trzęsienia ziemi czy tsunami oraz nieszczęść wynikających z kolizji komunikacyjnych. Ruch na drogach czy ulicach miast jest oszałamiający. Pełno samochodów, ciężarówek, autobusów, busików, tuk – tuków… Śmigające pojazdy są uprzywilejowane, nie zwraca się uwagi na pieszych, stąd łatwo o wypadek. Równie niebezpieczne może okazać się nurkowanie czy podróż motorówką lub kajakiem, które mogą trafić w wystającą z morza skałę. Nie wolno nam także zapomnieć o możliwości spotkania dzikich zwierząt np. węży. No cóż, miał rację mój brat pytając mnie o dodatkowe ubezpieczenie budząc we mnie niepokój przed podróżą. Nie chroni ono, ale może pomóc. Zasadność tego pytania uświadomiłem sobie w pełni pod koniec mojej podróży.

Ten świat pełen ciekawej historii, zabytków, a przede wszystkim cudownej przyrody, uśmiechu na twarzach spotkanych ludzi, obudzi na pewno za nim tęsknotę i będę chciał do niego powrócić, by zwiedzić inne regiony. Może los mi pozwoli? Co ze sobą zabieram z tej pięknej podróży? Uśmiech i umiejętność cieszenia się każdą chwilą życia.

Autor: Aleksander Talarkiewicz dla serwisu www.mojeopinie.pl