mojeopinie.pl "Eurowybory bez rewolucji"

Eurowybory, choć co do zasady nie traktowane do końca poważnie, tym razem miały być dla polskich partii poważnym testem. Według niektórych – wstępem do poważnych przetasowań na rodzimej scenie politycznej. Zamiast trzęsienia ziemi mamy jednak co najwyżej skromny (choć głośny) wstrząs.

Obrazek


Na górze bez zmian

Do najistotniejszego przełomu miało dojść w czubie stawki – po 8 latach nieustannych porażek Prawo i Sprawiedliwość miało wreszcie zwyciężyć, rozpoczynając tym samym zwycięski maraton wyborczy 2014/15. I choć sondaże przez ostatnie miesiące często dawały partii Jarosława Kaczyńskiego przewagę nad Platformą Obywatelską (nierzadko wysoką), ostatecznie największe ugrupowanie opozycyjne musiało obejść się ze smakiem.

Oczywiście, przewaga PO nad głównym rywalem znacząco stopniała w porównaniu do kilku poprzednich prób wyborczych. Nie została jednak przerwana zwycięska passa Platformy, co dałoby PiS przewagę psychologiczną przed wyborami samorządowymi, prezydenckimi i parlamentarnymi. Do przewidywanego wstrząsu w czołówce zatem nie doszło.

Na dole – jedna roszada

Nieco więcej działo się natomiast w walce o dalsze lokaty. Nie w przypadku SLD i PSL – wyniki tych partii były mniej więcej do przewidzenia, przy czym na pewno dla Sojuszu ponowne wylądowanie poniżej granicy 10% poparcia jest sygnałem wysoce niepokojącym. Wyborcy bezlitośnie rozliczyli się z niedawnymi przecież buńczucznymi zapowiedziami Leszka Millera, jakoby jego partia była na prostej drodze do bezpośredniej rywalizacji z PO o drugie miejsce w stawce. Fałsz tej prognozy okazał się podwójny, bo ani Platforma nie spadła za PiS, ani Sojusz nie był dla niej zagrożeniem.

To, co można uznać za skromny wstrząs, to zamiana miejsc, jaka dokonała się między partiami dwóch Januszów – Palikota i Korwin-Mikkego. Koalicja, którą zorganizował wokół swojego ugrupowania ten pierwszy, zanotowała spektakularną klęskę – i to pomimo wsparcia, jakiego udzielił jej Aleksander Kwaśniewski, który miał przydać jej atrakcyjności i powagi. Skończyło się nieprzekroczeniem progu i rezultatem słabszym niż ten Solidarnej Polski, co samo w sobie jest wystarczająco krępującym podsumowaniem.

Z kolei Korwin-Mikke zyskał na dwóch polach – po pierwsze, utracie powabu przez Palikota, co pozwoliło Nowej Prawicy przejąć rolę jedynego w stawce kontestatora obecnego status quo. Po drugie, na niskiej frekwencji, która znacząco zwiększyła wyborczą moc elektoratu liczebnie niemal równego temu, który we wcześniejszych wyborach nie pozwalał panu w muszce i jego towarzyszom na przekroczenie progu.

Niedostanie się do PE wymienionej już Solidarnej Polski, a także Polski Razem i Ruchu Narodowego nie wydaje mi się kwestią wartą szerszego komentarza. Żadna z trzech formacji nie rokowała na przekroczenie progu, co w niedzielę zostało ostatecznie potwierdzone w praktyce. Kolejne kabaretowe niemal wyskoki ziobrystów, zupełny brak wyrazistości gowinowców, a wreszcie niezdolność do realnego przebicia się w terminie innym, niż okolice 11 listopada przez narodowców – to wszystko musiało zakończyć się wyborczą klęską.

KNP – nowa siła, czy jednorazowy wybryk?

Wokół pierwszego od bardzo dawna wyborczego sukcesu Korwin-Mikkego – a wcześniej wokół sondaży, które czyniły go bardzo prawdopodobnym – podnoszono niebywały wręcz raban, o czym pisał już na naszych łamach Michał Gadziński. W żadnym wypadku nie broniąc ekscentrycznego polityka jestem zdania, że hałas ten był zbędny. Nie dlatego, że lider Nowej Prawicy na nim ucierpiał, a wręcz przeciwnie – bo zwiększał jego obecność w mediach, a tym samym w świadomości wyborców. Z obiektu kultu garstki wyznawców stał się jednym z graczy, którzy mają równy innym głos w debacie publicznej.

Nie sądzę jednak, by ten rzekomy fenomen miał mieć większe konsekwencje dla przyszłości sceny politycznej – podobnie jak Samoobrona, LPR i (jak wszystko na to wskazuje) partia Palikota, KNP będzie raczej sezonowym wyskokiem. Jacek Kurski ukuł już formułę, którą powtarza w każdym możliwym medium, że „z Korwin-Mikkem będziemy mieli 3 miesiące śmiechu, a potem 5 lat wstydu”. I śmiem twierdzić, że ani dnia więcej – chyba że umiejętnie wykorzystałby chwilowy efekt psychologiczny, jaki wytworzyło przekroczenie progu w niedzielnych wyborach. Z wiecznego przegranego stał się przecież wreszcie politykiem wybieralnym. Myślę jednak, że na dłuższą metę będzie dla wyborców ciężkostrawny. Nadmiar jego „złotych myśli” prędzej czy później przyprawi co niektórych chwilowo nim zauroczonych o mdłości i bezpowrotnie odciągnie od stawiania „x” w karcie wyborczej obok nazwisk kandydatów Nowej Prawicy.

Przełom? Jaki przełom?

Wspomniałem już o tym, że niedzielne eurowybory przez wiele miesięcy zapowiadane były nie tylko jako start maratonu wyborczego, co było faktem obiektywnym, ale też prawdopodobne rozpoczęcie nowej epoki, w której to Platforma Obywatelska po wielu latach sukcesów miała zostać wreszcie pokonana przez PiS. Do niczego takiego nie doszło i pojawia się pytanie, czy kolejne wybory – kolejno: samorządowe, prezydenckie i parlamentarne – tego typu przełom mogą przynieść. Partia Donalda Tuska pokazała (w dużej mierze właśnie za sprawą zaangażowania premiera), że potrafi wyjść obronną ręką z gigantycznych tarapatów (bo tak należy nazwać sondażowe straty do PiS rzędu 10, a nawet kilkunastu punktów procentowych), zaś PiS raz jeszcze skutecznie podważyło wiarę w to, czy w ogóle jest w stanie wygrywać wybory.

Czyli wszystko po staremu.

Autor: Stefan Kabat dla serwisu www.mojeopinie.pl