mojeopinie.pl "Hugo Bader, Broad Peak i meandry ludzkiej duszy"

5 marca 2013. Po raz pierwszy w historii ośmiotysięczny Broad Peak kapituluje zimą pod stopami człowieka. Dokonują tego polscy himalaiści. Radość, euforia, duma.

Obrazek


Wkrótce jednak ma się okazać, że dwóch spośród czwórki wspinaczy nie schodzi do najwyżej położonego obozu, nie mówiąc o bazie. Początkowy sukces z minuty na minutę zamienia się w coraz większy dramat, śledzony masowo za pośrednictwem mediów. Tylko Adamowi Bieleckiemu i Arturowi Małkowi udaje się wyrwać lodowym szponom szczytu. Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski zostają w górskiej przestrzeni na zawsze.

Od tamtej tragedii minął już ponad rok. Wiele w tym czasie powiedziano, napisano. Medialne dywagacje, analizy i oceny nie cichły długo. Wypowiadali się eksperci i laicy. Ci drudzy zwłaszcza na portalach społecznościowych. Po kilku miesiącach powstał także raport Polskiego Związku Alpinizmu, jednoznacznie oskarżycielski we wnioskach wobec postawy Adama Bieleckiego.

„Niech mnie Pan weźmie”

Tymczasem już w kilka dni po uznaniu śmierci Macieja Berbeki, jego brat Jacek ogłasza, że latem zorganizuje wyprawę, której celem będzie odnalezienie i godne pochowanie zmarłych. I tu w zasadzie zaczyna się historia reportażu Jacka Hugo-Badera. Brat postanowił odnaleźć brata. Jak stwierdza autor, historia ta uwiodła go od razu. Do tego stopnia, że postanowił on napisać list do Jacka Berbeki z prośbą o przyłączenie do wyprawy. „Jak tylko usłyszałem w radiu historię zimowego zdobywania Broad Peak, nie przestaję o niej myśleć. Niech mnie pan weźmie.” – pisze Hugo-Bader.

W końcu jadą. Jednak relacje obu panów od początku przypominają „szorstką przyjaźń”. Nie obywa się bez awantur. Atmosfery nie łagodzi wywiad udzielony przez reportera „Tygodnikowi Powszechnemu”, w którym padają sformułowania, które później trzeba odkręcać. W filmiku zwiastującym wydanie książki Hugo-Bader odnosi się do wzajemnych relacji w następujący sposób. – Byliśmy totalnie niekompatybilni, niepasujący do siebie, jednak musieliśmy przetrwać. To nawet jeszcze inaczej, to ja musiałem dopasować się do tamtych ludzi. Uważa, że prawdopodobnie zdał egzamin z pokory, bowiem nie został z wyprawy przegoniony.

W rezultacie powstaje książka zatytułowana „Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak”, która jest nie tylko czysto kronikarską relacją z wyprawy, dzień po dniu. Otrzymujemy coś znacznie szerszego w założeniach, a mianowicie kompleksowe ujęcie tego wszystkiego, co toczyło się i toczy wokół tragedii polskich wspinaczy pod szczytem w Karakorum. Ciężar wydarzenia znajduje wyraz w odpowiedniej jak się wydaje stylizacji na dramat literacki. Sygnalizują to już pierwsze strony ksiązki, gdzie znajdujemy wymienione z imienia i nazwiska wszystkie osoby dramatu.

Formuła dramatyczna pewnych fragmentów koresponduje z jeszcze jedną cechą Baderowego reportażu, chyba jedną z jego największych zalet. Otóż nie ma w tej książce nachalnych ocen, moralizatorstwa, biczowania winnych, ani też wybielania nikogo. Autor, i chwała mu za to, nie panoszy się ze swoim ego, a za to pozwala mówić swoim bohaterom, którzy poprzez własne wypowiedzi charakteryzują siebie, sytuacje oraz innych uczestników wydarzeń. Oceny te są następnie ze sobą zestawione, bywa że na zasadzie zupełnego kontrastu. To zostawia czytelnikowi miejsce na własną refleksję i ewentualne wyrobie sobie własnego poglądu na sprawy.

Bader zgłębia (z lepszym lub gorszym skutkiem) dusze ludzi związanych z dramatem Broad Peaku, rekonstruuje przebieg feralnych wydarzeń, przybliża uniwersalny psycho-fizjologiczny portret himalaisty, tłumacząc co dzieje się z człowiekiem na niebotycznych wysokościach, tam gdzie pojawia się granica niemożliwego. Wreszcie, nawiązuje co raz do historii himalaizmu. To wszystko składa się na reportaż, zasługujący na miano dzieła pełnego. Nie zostawia niedosytu, a jeśli już to niepokój. Mało jest jedynie o sprzęcie i stronie technicznej wspinania. Na całe szczęście, bo ani autor nie jest zawodowym himalaistą, ani też książka nie jest adresowana tylko i wyłącznie do praktykujących wspinaczkę wysokogórską.

„My nie godzimy się ze śmiercią”

„Kapliczka samobójców”. Tak czasem mówi się o środowisku wspinaczy wysokogórskich. Podejmują ryzyko, które niezmiennie od lat stawia ich na granicy życia i śmierci. Hugo-Bader pyta: czy to eskapizm przed codziennością pcha człowieka w sam środek tej lekko szalonej, śnieżnej i wietrznej rozgrywki. Może to góry są prawdziwym domem? A może to pragnienie dokonywania rzeczy wielkich? Może chodzi o własną satysfakcję? Albo jest jeszcze tak, jak pisze w innej skądinąd książce o górach Aleksander Lwow. „My nie godzimy się ze śmiercią, pragniemy żyć bardziej nawet niż inni, gdyż często zbliżamy się do Granicy i dzięki temu znamy dobrze wartość i piękno życia”. Co z kolei psychiatra i alpinista Zdzisław Ryn ujmuje tak: „Myślę, że uprawianie alpinizmu zaspokaja szczególną potrzebę zajrzenia poza granicę śmierci, zachowując życie”1. Maciej Berbeka określał ten sam fenomen zaglądaniem na drugą stronę lustra.

W dobie Internetu i smartfonów, gdzie dwa kliknięcia natychmiast przenoszą nas w epicentrum wydarzeń, Hugo-Bader przypomina, że aby stworzyć dobry, rozumiejący reportaż, trzeba wypruć sobie żyły, czasem przekroczyć własne granice – fizyczne i mentalne, bezgranicznie zagłębić się w temacie, przerzucić stosy literatury tematu, nie pozwolić, by nagłość i siła wydarzeń unicestwiła spokojną refleksję. I to, że w tym wypadku tak jest czuje się bardzo. Jest równowaga pomiędzy siłą emocji, a potrzebą dystansu.

Przypis: 1 A. Lwow, Zwyciężyć znaczy przeżyć, s.104, 106.

Autor: Anna Kotfis dla serwisu www.mojeopinie.pl