Dziady, czyli Halloween po słowiańsku
    historyczne ciekawostki40 · Kościół Katolicki68 · mity, fakty, wierzenia1 · chrześcijaństwo31
2010-10-31
Dziady kojarzą nam się dziś z „dziadostwem”, lub co najwyżej z dramatem Mickiewicza którym męczono nas w szkole. A przecież święto Dziadów, czyli noc z 31 października na 1 listopada, była jednym z najważniejszych świąt słowiańskich. Od Dziadów do Samhain, irlandzkiego przodka Halloween jest zaś o wiele bliżej niż wam się wydaje.

...Kto z was wietrznym błądzi szlakiem,
W niebieskie nie wzleciał bramy,
Tego lekkim, jasnym znakiem
Przyzywamy, zaklinamy.


Nieprzypadkowo wspomniałem Adama Mickiewicza, bowiem to fragmenty z jego „Dziadów”, a dokładnie części II, poprowadzą nas przez ślad pogańskiej tradycji, której nie potrafiło pokonać przez tysiąc lat chrześcijaństwo, a zmogła najwyraźniej komercja z Ameryki. Ze świecą, czy może raczej ze zniczem, szukać dziś kogoś, kto pamięta, czym jest święto Dziadów i czemu było tak ważne dla naszych przodków. A przecież jesienne Dziady były jednym z głównych świąt słowiańskich. Noc przełomu października i listopada wyznaczały zamknięcie się cyklu życia i otwarcie bram zaświatów. Na tą jedną noc przodkowie przybywali z zaświatów, aby obcować ze swymi rodzinami. Nie było to wcale święto smutne. Nadarzała się przecież okazja spotkania z krewnymi, których kochano i szanowano. Niestety wraz z nimi powracali do świata żywych także nieproszeni goście. Dla jednych i drugich palono ogień. Ale zacznijmy może od samego początku i po kolei.

Kilka słów o nawii, Nawii i Welesie

Aby zrozumieć wagę tego jesiennego święta musimy powiedzieć kilka słów o wierzeniach naszych przodków. Przede wszystkim trzeba nam wiedzieć, że nie znali oni koncepcji piekła i nieba. Słowianie wierzyli, że każdy człowiek ma duszę, nazywaną nawią. Dusze dobrych ludzi trafiały do Nawii – podziemnego świata wiecznej szczęśliwości, natomiast dusze kłamców przestępców i ogólnie ludzi złych, nie miały do niej wstępu. Nawii strzegł bóg Weles, któremu poświęcone było jesienne święto.

Weles nie był bóstwem złym, ani dobrym, natomiast niezaprzeczalnie bardzo zapracowanym. Miał w swej pieczy podziemia wraz z wszelkimi bogactwami i światem zmarłych, a prócz tego również rzemiosło, sztukę i handel, a przede wszystkim bydło. Podlegały mu wszelkie słowiańskie demony. Na Welesa powoływano się też przy wszelkich przysięgach i traktatach. Jedynie wojownicy klęli się w takich sytuacjach na jego antagonistę, a swego patrona, gromowładnego Peruna.

Nocą z 31 października na 1 listopada Weles otwierał bramy Nawii, aby dusze zmarłych mogły się spotkać ze swymi krewnymi. Niestety przy tej okazji do świata żywych przychodzili też ci, którym nie było dane zaznać wiecznego szczęścia. Tych pierwszych nasi przodkowie chętnie przyjmowali na świątecznych biesiadach, ale też bacznie strzegli swego spokoju przed drugimi. Podobnie jak w celtyckim Samhain wielką wagę grał tu ogień i ofiary dla duchów. Jednak, gdy Celtowie obawiali się ich obecności, nasi przodkowie traktowali je jak wszystkich gości w tej dzikiej krainie. Chętnie przyjmowali sobie przychylnych, ale bacznie strzegli się przed agresorami i przestępcami.

Czego potrzebujesz, duszeczko,
Żeby się dostać do nieba?
Czy prosisz o chwałę Boga?
Czyli o przysmaczek słodki?
Są tu pączki, ciasta, mleczko
I owoce, i jagodki.


Tyle wspomina nam słynny poeta słowami Guślarza, zwanego też czasem Huslarem lub Koźlarzem. Postać ta zwykle prowadziła obrzędy Dziadów, kontaktując się z duszami zmarłych. Tradycyjnie odbywało się to na rodzinnym spotkaniu, czy może raczej wieczerzy, w której brali udział żywi, lecz pozostawiali zawsze miejsce dla zmarłych, częstując ich jadłem i napitkiem. Aby zapewnić sobie opiekę i przychylność duchów, częstowano je jajkami, miodem, słodkimi wypiekami i owocami, oraz oczywiście alkoholem. W czasach chrześcijańskich zwyczaj ten przeobraził się w rozdawanie jałmużny ubogim (żebrakom, „dziadom proszalnym” – od czego pochodzi najpewniej potoczna nazwa święta), w zamian oczekując modlitwy za dusze zmarłych.

Aby duchy trafiły do celu, rozpalano na rozstajach dróg oraz na miejscu biesiady ogniska. Ogień miał ogrzać zmarłych i wskazać im drogę, ale był też przeszkodą dla złych duchów. Na grobach przestępców, zbrodniarzy oraz zmarłych tragicznie palono ogień, aby nie mogli ich opuścić i nękać żywych. Stąd pochodzi najpewniej tradycja palenia zniczy w miejscach tragicznej śmierci: wypadków, bitew, miejsc kaźni. W niektórych rejonach kraju, na przykład na Podhalu, była tradycja składania gałązek w miejscu czyjeś śmierci przez każdego mijającego je podróżnego. Powstały w ten sposób stos drewna odpalano właśnie w dzień Dziadów.

Kiedy nasi przodkowie zapraszali duchy swych krewnych do wspólnego biesiadowania, nerwowi Celtowie kryli się przed przybywającymi z zaświatów, opuszczając swe domy i wygaszając w nich wszelki ogień, aby nie przyciągały złego. Również oni wierzyli, iż tej nocy, z 31 października na 1 listopada, zaciera się granica miedzy światem żywych i umarłych, lecz z tej okazji nie cieszyli się na spotkanie ze zmarłymi krewnymi. Obawiali się za to duchów, które mogły posiąść ich ciała na cały nadchodzący rok. Dlatego ubierali się w dziwne stroje, przywdziewali maski i spędzali całą noc poza swymi siedzibami. Pozostawiali też jedzenie dla głodnych duchów. Cóż, co kraj to obyczaj.

Gdy nic tobie nie pomoże,
Idźże sobie precz, nieboże.
A kto prośby nie posłucha,
W Imię Ojca, Syna, Ducha.
Widzicie Pański krzyż?
Nie chcecie jadła, napoju,
Zostawcież nas w pokoju!
A kysz, a kysz!

Oto ostatni dziś cytat z Mickiewicza, bowiem zbliżamy się do końca Dziadów i nadejścia chrześcijaństwa. Nie mogąc sobie poradzić ze świętem tak wrosłym w kulturę i świadomość społeczną, Kościół uczynił to, co zwykle czynił w takiej sytuacji. Na starszej tradycji nadbudował nową. Przy „Dniu Zadusznym”, czyli Zaduszkach przypadających 2 listopada, spotykają się znów tradycje celtycka i prasłowiańska. Święto to pojawiło się w X wieku we Francji i Anglii, właśnie jako przeciwwaga dla pogańskich obrzędów poświęconych zmarłym, takich jak Samhain i jemu pokrewne. W XII i XIII wieku zwyczaj ten rozpowszechnił się w całej Europie, docierając również do Polski. Do XV wieku Zaduszki obchodzono już w całej Koronie.

Tak żywot swój zakończyło święto zmarłych, pozostając jedynie niezrozumiałymi dla ogółu strzępami tradycji zatopionymi w chrześcijańskim anturażu: zwyczajem palenia zniczy, składania na grobach kwiatów i wspominania zmarłych. Dziś nawet one zanikają pośród zgiełku i tempa naszego życia. Zamiast dni wspomnienia zmarłych i zadumy nad własną śmiertelnością, mamy maraton między cmentarzami. Kombinujemy gdzie kupić znicze a gdzie kwiaty, jak dotrzeć najszybciej do cmentarza. Pędzimy dzieci i krewnych w rozwrzeszczanym tłumie zalewającym komunalne cmentarze. Próba spożycia rodzinnego obiadu na grobie dziadka spotkałaby się w najlepszym wypadku ze znaczącymi spojrzeniami krewnych i gniewnymi okrzykami otaczających ludzi. No chyba, że rzecz działaby się np. na Romskim cmentarzu. Ale to już całkiem inna historia.


Komentarzy: 2

ostatek
17 listopada 2011 (00:19)
Świetny tekst. Dziękuję.
Pamiętamy. Opowiadamy dzieciom i wnukom. Mówimy, że kwiaty symbolizują stos, a znicze - tenże stos już płonący. Mówimy także o 'genie' słowiańskim (R1a1) i o dumie z jego posiadania. I o bogu Zniczu, który przewozi człowieka-ducha w Zaświaty-Welę.

putin
17 listopada 2012 (19:11)
Re:Dziady
super treść
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Ziemia skrywa jeszcze wiele tajemnic

Z dr Jackiem Kabacińskim, archeologiem z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN w Poznaniu rozmawia Tomasz Wojciechowski
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".