Nocą miałem udać się w dalszą podróż do Mont Saint Michel. Jest to normandzka perełka, jeden z najciekawszych zespołów architektonicznych Francji, wznoszący się tarasowato, na skalistej wysepce połączonej z lądem groblą zbudowaną w 1879 roku. Morze podchodzi do Mont Saint Michel tylko w czasie największego przypływu. Do miasta okolonego murami obronnymi prowadzą trzy bramy. Wewnątrz ulica Grand Rue ze starymi, malowniczymi zabudowaniami z ciosanego kamienia.
Wije się ona stromą serpentyną ku zabudowaniom opactwa na szczycie którego znajduje się klasztor i kościół wzniesiony z kamienia z więżą (152 m. wysokości) ozdobioną złotą figurą Św. Michała, która góruje nad okolicą tak w dzień jak i w nocy.
Aby tam dotrzeć musiałem znaleźć się na dworcu Saint Lazar, który okazał się szczęśliwie położony między Gare L’ Est a Gare Du Nord z którego przyjeżdża się i odjeżdża do Polski. Nie zdawałem sobie sprawy, iż nazwa dworca zwiąże się z moim losem. Kolos wchłonął mnie bez reszty. Ruch, gwar, szum, zmęczył mnie toteż szukałem cichego miejsca w którym będę mógł się schronić i odizolować. Nie znalazłem żadnej ławki, ludzie siedzieli po kątach czekając na połączenia kolejowe. Wreszcie znalazłem salę dla podróżnych nad którą widniał napis Salle d’ Attente I Classe obok której znajdowała się betonowa umywalnia z kranem. Nie sądziłem, że ten napis nad wejściem nabierze za chwilę wymiaru ironicznego.
Szumna nazwa okazała się brudnym, małym pomieszczeniem wyłożonym szarą, kamienną podłogą, pod poniszczonymi, zielonymi, plastikowymi siedzeniami, które przymocowane były do metalowej szyny biegnącej wzdłuż ścian, walały się puszki, butelki po napojach, zniszczone foldery, plany metra i Paryża. W czasie tego lipcowego, gorącego dnia, panował ciężki zaduch rozprażonych ciał. Po chwili spojrzałem na twarze siedzących, w których rozpoznałem ludzi spotkanych trzy dni temu w tym samym miejscu. Zacząłem dyskretnie przypatrywać się im i analizować przyczyny ich obecności.
To był inny dzień, inna pora dnia… Co oni tutaj robią? Oto siedziało przede mną małżeństwo z małą walizką, psem i koszykiem w którym mieli jakiś prowiant. Ona siwa, ubrana w czarną suknię w białe, drobne kwiaty, czysta, skromnie uczesana. On mimo iż siwy, wydawał się młodszy, okazał się osobnikiem dość zapobiegliwym. Po prawej stronie, naprzeciwko drzwi wejściowych siedział Afrykańczyk - wysoki, silny, patrzący przed siebie, wyizolowany, w brązowej marynarce, ale tym razem bez koszuli. Skupiony nie reagował na zaczepki chłopca o złych oczach, które budziły lęk. W pobliżu siedział młodzieniec rodem z powieści Dostojewskiego - twarz piękna, ale niepokojąca, jego brudne nogi kontrastowały z białymi, zniszczonymi butami. Uśmiechał się, szukał kontaktu. Ciepło wewnętrzne mieszało się ze złem, które mogło ulec wyzwoleniu. Wtem zjawia się nowa postać – młodzieniec o płynnych ruchach, który wchodzi w bliższy kontakt z tym o złych oczach. Popija z puszki Coca-Cole, zajada się kruchymi ciasteczkami, wreszcie pełen pańskiego gestu, który wynika ze świadomości, iż znajduje się w trochę lepszej sytuacji życiowej, pozostawia niedojedzone Petit Beurre oraz resztę napoju w puszce swojemu rozmówcy i wychodzi pełen gracji na oczekiwany pociąg.
Przybywa nowy gość w sportowej koszulce, która opiera się na jego grubym brzuchu, włosy farbowane, brwi podmalowane, wzrok rozlatany jak gdyby kogoś szukał, na coś czekał. "Myśliwy", pomyślałem sobie. Wszyscy sprawiali wrażenie czekających na swojego Godota. Coś ich łączyło, jakaś niewidzialna nić wspólnego losu…
Zbliżała się godzina 22 00. No, już niedługo, pomyślałem spoglądając na ruchomy rozkład jazdy na którym ukazywały się nazwy stacji docelowych, godziny odjazdu, numery peronów. Muszę tu przetrwać jeszcze trzy godziny, skonstatowałem… Moje myśli przerwał nagle wchodzący mężczyzna w zimowym palcie, brudny, obszarpany, odrażający, przypominający szczura rynsztokowego, który pchał wózek do transportowania bagażu ręcznego, a na nim w worku wiktuały znalezione w koszach i niedopite butelki po wodzie i sokach o różnych smakach. Siada zmęczony. Spojrzenia siedzących koncentrują się na jego gestach i ruchach. Nie zwracając uwagi na podróżnych, demonstracyjnie wyciągał wymięte, brudne, resztki jedzenia wydobyte z koszów dworcowych. On nie jadł, lecz żarł delektując się w pełni. Wreszcie przygotował sobie "zupę" zlewając resztki płynów do odciętej plastikowej butelki do której powrzucał skrawki jabłek, pomarańczy, bananów i po wymieszaniu ich degustował to z apetytem. Siedzących zapowietrzył i wstrząsnął. Jedni odwracali głowy, drudzy patrzyli na to zjawisko z zapartym tchem.
Komentarzy: 2Jadwiga Śmigiera
2 lipca 2011 (08:49)
... piękny i sugestywny opis, szczególnie jeśli chodzi o kloszardów. Przypomniałam sobie jak byłam kiedyś w Tarnopolu na Ukrainie... I tam koło hotelu taki "typ" wyjmował ze śmietnika butelki po piwie i dopijał ostatnie krople... A potem wyjął czystą chusteczkę jednorazową i elegancko wytarł sobie usta.... Gratuluję tekstu na szóstkę i pozdrawiam.
Joter/ Joanna Rodowicz
10 października 2011 (00:57)
Rewelacyjnie oddany klimat paryskiego dworca. Ja tez wiele lat temu czekałam na pociąg w godzinach prawie nocnych. To jakby wylądować w innej rzeczywistości. Świetnie opisane.



Start








