Dziennikarz automatyczny
    Wojciech Jagielski3 · reportaż60 · dziennikarstwo prasowe5
2010-12-28
Z Wojciechem Jagielskim rozmawia Joanna Sabak.
Twierdzi, że nigdy nie zamierzał być reporterem. Nie ma żadnej misji, nie goni go dziennikarski pęd za sensacją. Jeździ tylko do Afryki, Środkowej Azji i na Kaukaz gdy dzieje się tam coś ważnego i pisze o tym, co zastanie. Mówi, że swoje zawodowe osiągnięcia zawdzięcza dwóm składowym: przypadkowemu szczęściu i odpowiednim wyborom. Jego jedyną umiejętnością specjalną jest świadome płynięcie z prądem po swojej własnej rzeczce.

Afganistan, foto:Grzegorz Król/peron4.pl

12 września 1960 roku, Pana urodziny. Wie pan, jakie ważne wydarzenia miały miejsce w tym dniu?
Wojciech Jagielski:
Niespecjalnie... Nie zaprzątałem sobie nigdy tym głowy. Wiem ze szkoły, że 12 września to jest data bitwy pod Wiedniem. Natomiast dzisiaj wiem już, że sam rok 1960 to był początek afrykańskiej dekady. Wiele krajów tego kontynentu zdobyło wtedy niepodległość.

Pamięta Pan z dzieciństwa, jak się żyło w PRL-u?

Nawet nie z dzieciństwa. Byłem dorosłym człowiekiem w PRL-u. To był najlepszy czas mojego życia. Kiedy ma się kilkanaście, dwadzieścia parę lat, kiedy pierwszy raz się zakochuje, kiedy ma się marzenia i nawet się nie zastanawia, czy się spełnią, bo wie się z całą pewnością, że spełnić się po prostu muszą. To wszystko przypadło mi w najsmutniejszy czas PRL-u. Nie mam jednak żadnej kombatanckiej, martyrologicznej przeszłości do przywoływania. Byłem wtedy dość dorosły, żeby dostrzec, że nie cały naród zmagał się z ustrojem komunistycznym. Stan wojenny kojarzy mi z permanentną balangą, bo godzina policyjna powodowała, że z imprezy można było wracać albo o 22, albo nad ranem. Głównym zmartwieniem narodu pod koniec grudnia w roku 1981 było: jak zdobyć pozwolenie na przejazd na sylwestra i jak zdobyć na tą balangę alkohol. Oczywiście pewna mniejsza grupa ludzi odważnych, odpowiedzialnych i mądrych wiedziała co się dzieje, natomiast – jak to bywa z każdą grupą społeczną – większość nie była tak przenikliwa. I ja należałem do tej większej grupy.

Studiował Pan wówczas dziennikarstwo...

Studiowałem na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Społecznych, ale nie dziennikarstwo. Ze studiów nad dziennikarstwem szybko uciekłem.

Pamiętam jak jechałem z kolegą z pracy. Stanęliśmy na światłach i z sąsiedniego samochodu kierowca pokazywał żonie: „Zobacz, zobacz, kto tam jedzie”. Nie na mnie, oczywiście, tylko na kolegę. I dla niego to było najważniejsze osiągnięcie zawodowe: ktoś go na skrzyżowaniu rozpoznał z telewizora. Telewizja pielęgnuje ten kult sławy
Dlaczego?

Nie widziałem sensu studiowania dziennikarstwa. Nie wiem, jak to wygląda dzisiaj, ale w tamtych czasach wykładana była głównie teoria dziennikarstwa: systemy prasowe, historia prasy. ... A po co Pani historia prasy? Zamierza pani o tym właśnie pisać? Żeby być dziennikarzem, trzeba się w czymś specjalizować, mieć o czym opowiadać. Choćby to była najwęższa tematyka, w której będzie się lepszym niż ci, których się sadza w roli słuchacza.
Moim zdaniem, lepiej poświęcić ten czas na studia merytoryczne. Samego zawodu można się uczyć równolegle, ale najlepszą nauką jest praca lub współpraca z jakąś redakcją. Inaczej przecież się pracuje w Gazecie Wyborczej, inaczej w portalu. Dlatego, szczerze mówiąc, nie widzę sensu studiowania dziennikarstwa. Zamiast tego obowiązkowe dla każdego dziennikarza powinny być przynajmniej ze dwa lata studiowania psychologii. bo jeżeli piszemy o ludziach, musimy ich przecież rozumieć.

Pan wybrał afrykanistykę.

Zdecydowałem się na te studia, ponieważ po stanie wojennym wprowadzono obowiązek chodzenia na wszystkie wykłady i zajęcia, sprawdzano listy obecności. Większość zajęć na wydziale dziennikarstwa była szalenie nudna i nie widziałem sensu, żeby tracić na to czas. Miałem wystarczająco dobre oceny, żeby wystąpić o indywidualny tok studiów. Trochę chyba z lenistwa, bo gdybym podjął wówczas studia regularne, przynajmniej mówiłbym w którymś z języków afrykańskich. A tak musiałem nadganiać dwa lata nauki języka hausa. To było skazane na porażkę. Natomiast indywidualny tok pozwolił mi wyrzucić te przedmioty, które uznałem za nudne i niepotrzebne. Języki odpadły, ale przynajmniej postudiowałem sobie tą afrykanistykę.

Po studiach pracował Pan w telewizji.

Tak, ale to był przypadek. Szukałem pracy i to była jedyna oferta jaką dostałem. Poszedłem spróbować, co mi szkodziło. Tam, gdzie mnie zatrudniono, świetnie płacono (w telewizji zawsze świetnie się zarabiało), ale nie miałem kompletnie nic do roboty. Pół roku współpracowałem więc przy programie „archiwum xx wieku”. Było ciekawie obserwować montaż, archiwa telewizyjne, ale bardzo szybko się przekonałem, że telewizja to jest ostatnie miejsce, w którym mógłbym pracować.

Było aż tak źle?

To jest dla mnie chore miejsce. Wyzwala w człowieku mnóstwo utajonych złych cech. Narcyzm, zawiść, wyścig szczurów. Zachłyśnięcie się pozorami, narkotyczne uzależnienie od sławy. Pamiętam jak jechałem z kolegą z pracy. Stanęliśmy na światłach i z sąsiedniego samochodu kierowca pokazywał żonie: „Zobacz, zobacz, kto tam jedzie”. Nie na mnie, oczywiście, tylko na kolegę. I dla niego to było najważniejsze osiągnięcie zawodowe: ktoś go na skrzyżowaniu rozpoznał z telewizora. Telewizja pielęgnuje ten kult sławy. A przecież to jest nic, to jest puste w środku. Bańka mydlana.
Do tego wszystkiego dochodziła cenzura, bo to były lata osiemdziesiąte. Człowiek jedno widział, drugie słyszał. Nie tylko na ekranie. Samo obserwowanie, jak to jest produkowane było obrzydliwe. Ja większość decyzji podejmuję instynktownie. W telewizji od samego początku czułem się nie na miejscu. Uciekłem do Polskiej Agencji Prasowej [PAP] i od pierwszej chwili wiedziałem, że mógłbym tam spędzić całe swoje życie. I gdyby wszystko się inaczej potoczyło, chciałbym pracować właśnie tam.

Jak Pan zaczynał w PAP-ie?

Jako stażysta. Przyszedłem i zostałem na próbę. Kazali mi przychodzić na dyżury poranne, od szóstej rano do dziesiątej. Wszystko wyglądało tak: świat został podzielony na kontynenty, które przyszeregowane zostały do wybranego dziennikarza. Rano przychodził dyżurny, zrywał taśmę z teleksu i dzielił te depesze tematycznie. Jak przychodziłem miałem już na biurku swoją stertę takich depesz. Moim zadaniem było sprawdzenie, co ważnego się w nich zdarzyło i jeśli się coś zdarzyło – zrobić po polsku depeszę na serwis Polskiej Agencji Prasowej.
Uwielbiałem tą pracę. Mógłbym to robić w nieskończoność. Było to niemal jak studia podyplomowe. W PAP-ie musiałem się zajmować wszystkim. Najpierw dostałem ta swoją Afrykę, ale na trzy miesiące. Potem Europę Zachodnią, potem Amerykę Południową, potem Azję, żebym miał orientację, co się dzieje na całym świecie. I po dwóch latach takiej pracy rzeczywiście wiedziałem. To był znakomity sposób przyuczenia do zawodu kogoś, kto chciał pracować.

Kiedy Pan pierwszy raz wyjechał jako korespondent?

Pod koniec lat osiemdziesiątych, właśnie z Polskiej Agencji Prasowej. Pierwszy wyjazd się nie udał. Miałem jechać do Mongolii, ale dzień przed wyjazdem ukradziono mi paszport. Najpierw jednak z porannego dyżuru awansowałem na dzienny. I to dosyć szybko, bo zacząłem tam pracę w grudniu 1986 roku, jako stażysta, i w ciąg dwóch, trzech lat przeszedłem do redakcji biuletynu specjalnego. W PAP-ie taki biuletyn był uważany za najbardziej prestiżowe miejsce. Wówczas tylko tam można było znaleźć całą prawdę. To było jednak wydawnictwo może nie tajne, ale wewnętrzne, off the record – tylko dla redakcji i biur. Pani, jako dziennikarka, mogła przeczytać, co napisałem o Azerbejdżanie, czy o Związku Radzieckim, ale nie mogła Pani się na to powoływać. W redakcji biuletynu zostałem wysłany do działu zajmującego się Związkiem Radzieckim. Mój szef MICHAŁ CZARNECKI wiedział, że chcę się zajmować Afryką, ale wiedział też, że Afryka zawsze będzie na marginesie. Wytłumaczył mi, że w tym dziale będę mógł obserwować, zajmować się tym, czym Kapuściński zajmował się w latach sześćdziesiątych XX wieku – dekolonizacją.
Afryka była wtedy na marginesie, nie miałbym o czym z niej pisać. A Związek Radziecki był znakomitym miejscem, żeby coś pokazać. Mając paszport służbowy, pieczątkę ab, a przede wszystkim akredytację moskiewską jeździłem po tym kraju jak tubylcy, za grosze. Kiedy chciałem mogłem jechać do Gruzji, Uzbekistanu, Tadżykistanu. Szef mnie tam wysyłał. Pewnie miał mnie też dosyć, bo musiałem być takim klasycznym małolatem, który coś się już nauczył, ale myślał już, że wszystkie rozumy pozjadał.

Jak długo Pan tak jeździł?

To były krótkie wyjazdy - tydzień, dwa tygodnie raz na trzy, cztery miesiące. Mieliśmy dwuosobową placówkę w Moskwie, z której jeździłem na Kaukaz. Za to po 1991 roku, kiedy w tamtym rejonie wszystko bardzo przyspieszyło, zacząłem więcej pisać do „Gazety Wyborczej”. Wiele zawdzięczam tu także PAP i Michałowi Czarneckiemu, bo właściwie nie powinni mi pozwalać pisać dla konkurencji. a nikt mi nie powiedział złego słowa. Co więcej, właśnie w 1991 roku, gdy w Moskwie wybuchł pucz sierpniowy, GW zadzwoniła do mnie, żebym pojechał tam jako ich korespondent. W tamtych czasach nie nosiło się paszportu w kieszeni. Mój leżał w sejfie w redakcji PAP. Poszedłem więc do pana Czarneckiego i poprosiłem o ten paszport nie wierząc, że się zgodzi. On mi na to: „Tak, oczywiście, to jest dla pana szansa”. Zamiast mnie wysłać do Moskwy jako korespondenta PAP-u, zgodził się, żebym pracował dla konkurencji.

Bardzo szybko się zorientowałem, że to południe Związku Radzieckiego było najlepszym prezentem, jaki redaktor Czarnecki mógł mi podarować. Kiedy to wszystko zaczęło upadać, dzięki Czarneckiemu, byłem chyba jedynym dziennikarzem, który regularnie zajmował się południową częścią ZSRR
Powiedział Pan kiedyś, że w reportaż wojenny wszedł pan łagodnie: najpierw opisywał Pan demonstracje, zamieszki, potem dopiero konflikty zbrojne.

Tak samo doszedłem do reportażu. Może to jest taka moja droga. Wcześniej mi do głowy nie przyszła taka myśl, żeby być, przepraszam za wyrażenie, korespondentem wojennym. Nie wiedziałem, że w ogóle coś takiego istnieje w przyrodzie, nigdy mi to nie imponowało. Ale im więcej jeździłem, tym mnie to bardziej wciągało.
Przyjechałem raz, poznałem kogoś. Wróciłem z numerem telefonu, adresem. Przyjechałem drugi raz, to szukałem tych, których już znałem. Jeżeli ich znajdowałem, to w nowych sytuacjach. Ktoś, kto był studentem stawał się działaczem politycznym, działacz polityczny lądował w ministerstwie, albo zostawał posłem. A za którymś razem przyjechałem i okazało się, że ci ludzie z mojej ulicy, przy której często mieszkałem, z alei Rustawelego, walczyli w południowej Osetii, najechali Abchazję. Tak powędrowałem za nimi na te wojny.

Za nimi?

Tak, za nimi. Bardzo szybko się zorientowałem, że to południe Związku Radzieckiego było najlepszym prezentem, jaki redaktor Czarnecki mógł mi podarować. Kiedy to wszystko zaczęło upadać, dzięki Czarneckiemu, byłem chyba jedynym dziennikarzem, który regularnie zajmował się południową częścią ZSRR. Polskich dziennikarzy na Kaukazie spotykałem sporadycznie. A ja tam jeździłem i jeździłem. W zasadzie powinienem był mieć mieszkanie w Tbilisi – byłoby taniej niż płacić za hotele.
Okazało się, że tam dokąd jeździłem zaczęły wybuchać wojny. Jeździłem na nie, by o nich pisać. Nie dlatego, że to były wojny tylko dlatego, że wybuchały tam, o czym chciałem pisać. To była kwestia wyboru. Mogłem zostawić dziennikarstwo i nie jeździć więcej na wojny. Ale skoro postanowiłem być dziennikarzem to dalej wyboru już nie było. Jeśli chciałem pisać o Kaukazie i Afryce, a tam wojny wybuchały, to było oczywiste, że muszę jeździć je oglądać i o nich pisać.

Tak samo nie wymyśliłem sobie, że będę reporterem. Całkowicie spełniałem się w dziennikarstwie depeszowym. W pewnej chwili napisałem coś więcej niż depeszę, ale jeszcze nie reportaż. Przymierzałem się, próbowałem i następne teksty już bardziej przypominały tekst reporterski. W końcu ten reportaż się stał moim środkiem ekspresji. Tak samo dochodziłem do pisania książki. A dziś zastanawiam się na przykład, jak bardzo niedopuszczalne jest wprowadzanie w fikcyjnego bohatera w prawdziwe tło. Jeśli pisze pani o miasteczku południowoafrykańskim, prawdziwym, z prawdziwymi ludźmi, prawdziwymi ulicami, prawdziwymi historiami i wprowadza jedną osobę nieprawdziwą, to czy cała ta historia pozostaje prawdą, czy nie? Ja się nad tym zastanawiam, może niepotrzebnie. Bo należy pisać, tak jak podpowiada instynkt. Chyba mi jest obojętne, czy mi ktoś mi powie, że to co piszę nie jest w 100% reportażem. No i co z tego? Nie zastanawiam się nad tym. Tak samo nie było jednego zdarzenia, po którym powiedziałem sobie: „w tej depeszy nie da się świata opisać. Prawdziwa prawda jest tylko w reportażu”. Może ktoś sobie do tego w ten sposób dochodził – ja nie.

Wygląda, jakby pan po prostu płynął z nurtem.

Nie do mnie należy ocena jak to wygląda. Ale odnaleźć się w nurcie, znaleźć właściwy nurt nie jest wcale proste. Trzeba wiedzieć kiedy i dokąd ten nurt nas zaniesie. Z jednej strony w tym podążaniu z prądem pobrzmiewa taka nutka wygodnictwa, konformizmu, ale gdybym taki właśnie był, wybierał to, co się opłaca, wtedy po wojnach kaukaskich, kiedy ludzie już się tym znudzili, podpędziłbym na Bałkany. Gazeta bardzo chciała mnie tam wysłać, ale ja nie pojechałem. Nie miałem pojęcia o Bałkanach, to o czym miałbym pisać? Ja mam swój własny nurt. Natomiast żeby wybrać właściwy nurt, nie dać się wyrzucić na jakieś mielizny, trzeba strasznie dużo pracować. Przygotować się, żeby wiedzieć z czym ma się do czynienia. Ja zanim wlazłem do tej swojej rzeczki, kaukaskiej, afrykańskiej, zdobyłem wiedzę. Wiedziałem co jest za następnym zakrętem. Nie dokonywałem żadnych wielkich wyborów, poza tym jednym zasadniczym: chcę być dziennikarzem. Instynktownie wiedziałem, na czym to może polegać, jak to sobie wyobrażam. Takie poważne, przyzwoite i prawdziwe.
Zawsze mnie zresztą mierzi wśród dziennikarzy takie prężenie muskułów, takie kombatanctwo. Znałem ludzi, którzy mianowali się korespondentami z Afganistanu, a wjechali do niego zaledwie na kilka metrów od granicy. Byli tam, nie można zaprzeczyć, ale czy to na tym ma polegać? Zawsze poważnie podchodziłem do dziennikarstwa i uważałem, że byłoby nieuczciwe robienie z niego hecy.

Może telewizja tak rozleniwia dziennikarzy.

Zdziwiłaby się pani, ale nie. Telewizja musi coś pokazać. Trudno jej udawać, że jest wojna, jak tej wojny nie ma. Choć widziałem też materiały telewizyjne z dorobionym podkładem dźwiękowym: dzisiaj jest cisza, ale jak pani podłoży ścieżkę dźwiękową z bombami, to jest wojna, że ho ho! Dziennikarz prasowy ma większe możliwości zełgania niż jakikolwiek inny. Ja daję pani tylko spisaną na papierze opowieść. Może pani uwierzyć, albo nie. Ludzie zwykle wierzą, bo są tak przyzwyczajeni. Kto mnie sprawdzi? Dlatego niektórzy dziennikarze pozwalają sobie na wiele.

Ma pan poczucie misji?

Nie, nigdy nie miałem. Przeraża mnie takie stwierdzenie. A stomatolog ma poczucie misji? Czy taksówkarz. To jest zawód. Ja jestem szczęściarzem, który dzięki dziennikarstwu odkrył swoją pasję: bycie świadkiem tych wszystkich wydarzeń. Podróżowanie, pisanie – jeszcze za to dostaję pieniądze. Lepiej być nie może. Ale ja bardzo pracowałem, żeby tą pasję rozpoznać, a jak już ją rozpoznałem, zrobiłem wszystko co można, żeby moja profesja dorównywała tej pasji.

Jak się pan przygotowuje do wyjazdu na reportaż?

Nigdy nie jadę na reportaż. Wyjeżdżałem, bo coś się działo i trzeba to opisać. Temat reportażowy zastawałem dopiero na miejscu. Nigdy miałem konkretnego nastawienia: że w Ugandzie napiszę reportaż o dzieciach-żołnierzach. Nie jechałem do Afganistanu zrobić portret Ahmada Szacha Massuda. Zdarzało się, że wracałem skądś i miałem dużo więcej materiału niż depeszę, ale nie wiedziałem jak to opisać. Nie miałem właściwego klucza. Na przykład reportaż z Jamajki napisałem dopiero dwa lata po powrocie.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że pierwszy wyjazd do Afryki związany był zabójstwem z rąk Polaka jednego z działaczy afrykańskich w RPA. Jak to wyglądało?
Zabójca, Janusz Waluś był emigrantem z Polski, związanym z białą prawicą. A Chris Hani (ofiara) był jednym z przywódców czarnej większości, która wciąż była w opozycji. To był koniec apartheidu. Gdyby Hani nie zginął, z pewnością stałby się bardzo prominentnym przywódcą po 1994 roku, a dzisiaj – kto wie – może nawet prezydentem.
To był mój pierwszy wyjazd do Afryki i raczej nie należał do przyjemnych. Tak się zdarzyło, że ja nigdy nie pisałem o Polsce. To był pierwszy i jedyny mój tekst, w którym bohaterem był Polak.


Komentarzy: 2

Jacek
31 maja 2011 (12:41)
polski reportaż umiera
to na pewno...zresztą chyba umiera na całym świecie. Internet zabija wszystko, teraz klikasz i już niby tam gdzieś jesteś. Dramat. tacy ludzie jak Pan Jagielski to już dinozaury, odchodzą i bedą wzorem niedoścignionym dla przyszłych adeptów pisania przy biurku.

Ola
22 luty 2012 (14:50)
@Jacek
Oj nie... reportaż nie umiera, reportaż przechodzi z półki "gatunek dziennikarski" na półkę "gatunek literacki". Z tego się trzeba cieszyć. Smutne jest natomiast to, że do tego przejścia musiało dojść, bo gazety nie stawiają na długie, wnikliwe teksty, a na krótkie, szybkie newsy. I w tym kontekście, mogę ci przyznać rację tylko w części - umiera, ale reportaż, jako gatunek dziennikarski.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Czy w mediach rozrywka rozbiła misję?

Media przechodzą ostatnimi czasy głęboką metamorfozę. Zmienia się nośnik informacji, a jej „trzon” coraz bardziej zależy od preferencji odbiorcy. Dzieci rosną wraz z tabletami, czas...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".