Jak wiadomo, różnie może być. A „na początku zawsze jest tak pięknie” - śpiewa E w „The Beggining”. Może to pasować jedynie do jednego tematu- związku. A wokalista i kompozytorski mózg Eels nie miał ostatnio w tutaj łatwego życia. Niestety, splot nieszczęśliwych wypadków, o których opowiada na płycie, doprowadził do jego rozwodu. Stąd więc „End Times”, siwy, zaniedbany człowiek wyglądający na podstarzałego żula na okładce, i klimat płyty.
Właściwie muzyka jest tutaj w tyle, za warstwą liryczną płyty. E opisuje najbardziej banalne przypadki z życia pary, głosem człowieka, który wiele papierosów w życiu wypalił, i wiele alkoholu wypił. Upodabnia się w tej warstwie często do Eddiego Veddera z jego solowych wyciecze, zniżając nieco głos, chrypiąc i drgając niepewnie w co wyższych nutach. Musiał do tego spać na kanapie, czekać na odebranie telefonu, oczywiście bez nadziei na rozmowę, sikać na zewnątrz, bo „ona znowu zamknęła się w łazience”, rozmawiać z ptakami o tęsknocie za swoją dziewczyną. Nie zawsze jest to głos pełen fatalizmu i zrezygnowania, gdzieś czasem przez tekst przemawia odrobina ironii i dystansu. I tego osobiście zazdroszczę.
Nawet, jeśli przyjąć, że szeroko pojęta „kraina łagodności” to styl dla Eels nienowy, to trzeba przyznać, że teraz realizują go najpełniej. Czasami wręcz wydaje się, że słuchamy czystej wody songwriterstwa. Sam początek można wręcz pomylić z Bon Iver.
Mimo to płyta w brzmieniu często jest o wiele bardziej amerykańska niż większość dokonań Eels. Można zwrócić uwagę choćby na „Gone Man”, z charakterystycznie wytłumionym wokalem, i, no właśnie, tą gitarą. Wciąż potraktowana minimalistycznie, ale słychać w niej rockandrollowy puls. Do tego w tym temacie zwróciłbym uwagę też na „Paradise Blues” (sam tytuł wskazuje na to, o co może chodzić). Jednak zdecydowana większość kompozycji jest niemal pozbawiona sekcji rytmicznej. Melodię prowadzi zawsze wokal, zostawiając w tyle cichą, najczęściej akustyczną gitarę, ewentualnie pianino. Zabieg też w twórczości zespołu nienowy, jednak znowu dopiero teraz wykorzystany w pełni. Ci, którzy znaj Eels głównie z hitów w stylu „Novocaine for the Soul”, nie znajdą tutaj ani w jednej czwartej tak rozbudowanych aranży. Ale to też stanowi o sile tej płyty.
Wadą albumu jest jednak brak punktu, który naprawdę łapałby za ucho. Mimo że już „Hombre Lobo” było płytą dosyć stonowaną, to można było tam bez problemu wyróżnić dwa-trzy utwory, które zmuszają słuchacza do powrotu do płyty. Tutaj brakuje melodii, które zapadłyby w pamięć.
Ale może o to chodzi? Żeby wyśpiewać te bolesne refreny, a potem zapomnieć? Niezły sposób na terapię. I niezła płyta.
Po sukcesie debiutanckiej płyty „Lungs” na współpracę z Florence Welch czekali najlepsi amerykańscy kompozytorzy i producenci, w celu nagrania drugiej płyty ponoć było już nawet...


Start



Komentarzy: 0