Fever Ray w Katowicach - Muzyka zza zamkniętych powiek
    Festiwal Nowa Muzyka2 · muzyka elektroniczna107 · muzyka alternatywna274
2009-08-31
Znienacka dostaliśmy kolejnym dobrym festiwalem. Jeszcze do niedawna stojący zupełnie z boku wobec największych imprez w Polsce Nowa Muzyka Festiwal pozyskał dużego, bogatego sponsora, a co za tym idzie, porwał się na imponujący line-up. Co prawda klęska obfitości zmusiła mnie do dramatycznych wyborów w ofercie koncertowej, jednak Fever Ray sobie nie darowałem.

To już na pewno jest jedna z najważniejszych płyt w tym roku. Debiut projektu Karin powalił mnie na kolana tym, czego często na darmo szukać we współczesnej muzyce - zaskoczeniem. Absolutnie każdy dźwięk na tym albumie jest zjawiskowy, skłania do reakcji, nie pozwala przejść obok faktu swojego istnienia obojętnie.

Przed koncertem zastanawiałem się, jak ta filigranowa blondynka, jeszcze całkiem niedawno lecząca się ze scenofobii, poradzi sobie z tą monumentalną momentami muzyką.
Łatwo byłoby sobie wyobrazić koncert w wersji minimalistycznej, z podkładem z laptopa i śpiewającą na żywo jedynie niektóre linie rozbudowanych wokali Karin. Byłoby to całkowicie usprawiedliwione i pewnie uszłoby jej płazem. Jednak to nie Karin rządziła wczoraj sceną. Powiem więcej - to nie muzyka stała na pierwszym miejscu.

Dlaczego? Po pierwsze - wokalistka stała z boku. I intencjonalnie spychając się na margines widowiska, zdawając się być wyłączoną z całego zamieszania. I będąc wchłonięta przez oprawę koncertu, który zmieniał się momentami w prawdziwy spektakl.




Wspomnieć tylko pokrótce o charakteryzacji członków zespołu, którzy wyglądali jak grupa szamanów, odprawiających modły do miejscowych bóstw. Karin wyszła do nas w masywnym kostiumie ze skóry, piór, kamieni, i cholera wie czego tam jeszcze. Ilość podkładu z taśmy była minimalna - usłyszeliśmy bębny, dwie wokalistki, gitary, masę elektronicznych skrzyneczek, w tym bardzo istotne - do modulacji głosu. Ale to, co słyszeliśmy, okazało się nie być najważniejsze.

Szczególnie że jakość dźwięku czasem nie była najlepsza. Bardzo łagodnie mówiąc - bo na początku koncertu zmodulowany wokal słychać było głównie trzaskami i przeraźliwie głośnym basem. Szkoda, bo "If I Had A Heart" znakomicie wprowadziłoby w atmosferę koncertu. Dalej - bez większych problemów, Bas - owszem, dudnił jak oszalały, jednak właściwe proporcje między częstotliwościami zostały zachowane.

To, co zobaczyliśmy graniczyło z ciężkiego kalibru okultyzmem. Kto by pomyślał jeszcze rok temu, słuchając sobie płyt The Knife, że ta dziewczyna pójdzie w taką stronę. Kilogramy makijażu na twarzach muzyków, na poły indiańskie, na poły afrykańsko-szamańskie kostiumy i ich specyficzne zachowanie jednak również nie okazały się być najważniejszym elementem koncertu. Pierwsze skrzypce odegrało oświetlenie. Przede wszystkim staroświeckie, nocne lampki, trzęsące się od częstotliwości. Odnosiłem wrażenie, że za moment pod naporem niskich dźwięków się wywrócą i z trzaskiem zakończą swój sceniczny żywot. Tworzyły one bardzo intymną atmosferę, która co rusz była przełamywana przez imponujące, falujące lasery nad naszymi głowami.




Poza wspomnianym incydentem na początku wszystkie utwory zostały zagrane perfekcyjnie, idealnie zgrywając się ze światłami i zachowaniem składu. Najlepiej wyszło uderzające genialnym wokalem Karin "Seven" i pulsujące "When I Grow Up", w którym przesilenie atmosfery połączone z dźwiękami klawiszy zrobiło niesamowite wrażenie. Tak samo niesamowite wrażenie dało ezoteryczne "Keep The Streets Empty For Me". Całkiem ciekawą niespodzianką było zagranie covera... Nicka Cave'a. Tak, pazurzasta wersja "Stanger Than Kindness" przepełniona chaotycznymi, niemal post-rockowymi gitarami.

Koncert okazał się być zatem genialnie wyreżyserowanym spektaklem, który często wprawiał w osłupienie, czasem wprowadzał w trans, jednak zawsze pozostawiał pozytywne emocje. Pokrótce wspomnę jeszcze o otoczeniu, czyli postindustrialnym krajobrazom zamkniętej kopalni "Katowice", oświetlonym stonowanym światłem, które znakomicie korespondowały z elektronicznymi dźwiękami, które rozlegały się w pobliżu.


Komentarzy: 1

Cruella
17 kwietnia 2012 (20:26)
Fever Ray
Fever Ray jest genialna- kiedy jej słucham wkręcam się w nią na maksa i odlatuje w inny wymiar. Świetna! zapraszam na moje bloga, gdzie ją zrecenzowałam http://parfois-je-vois.blogspot.com/2012/04/keep-streets-empty-for-me.html
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Iamamiwhoami – Kin

Wszystko zaczęło się od umieszczania tajemniczych klipów na kanale youtube skandynawskiego projektu o nazwie iamamiwhoami. Brak konkretnych informacji sprawił, iż na podstawie stylistyki...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".