Zagłada nadchodząca z kosmosu. Trudno o bardziej ograny temat w literaturze Science Fiction. USA zaatakowane przez kosmitów odnosi kolejne zwycięstwo. Pod Piramidami, nad Potomakiem, czy w cieniu Łuku Triumfalnego. Widzieliśmy to już tysiące razy. Ale co, jeśli tym razem apokalipsa zawita do Polski? Nie Empire State Building, czy Wieża Eiffla, ale Pałac Kultury i Nauki (niegdyś imienia Józefa Stalina) stanie się świadkiem dantejskich scen. Na dodatek odmalowanych nadzwyczaj umiejętnie i bez wpadania w najczęstszą pułapkę tego typu literatury - zbyt szczegółowe objaśnienia i pseudo-naukowy bełkot. Magdalena Kozak unika tych zasadzek, racząc nas strzępami informacji, jakie posiadają bohaterowie książki. Pozostawia wiele naszej wyobraźni, a przecież to ona kryje to, czego najbardziej się obawiamy. Potwór ukryty w cieniu jest straszniejszy od tego, którego ujrzymy.
Zagłada nadchodzi z pierwszymi promieniami słońca, gdy wszyscy pędzą do pracy. Centrum miasta wypełnione, jak co dzień, tłumem spieszących gdzieś ludzi. Krótka chwila, nad Placem Defilad wykwita obca forma życia. Fala cyjanowodoru wypełniająca ulice Marszałkowską i Aleje Jerozolimskie. Trucizna wdziera się do sklepów, do mieszkań, penetruje stacje Metra. Tłum wali się pokotem, samochody wpadają na siebie, staje komunikacja. Centrum stolicy umiera.
Ta wizja, przedstawiona w „Fiolecie” nad wyraz plastycznie, stanęła mi przed oczami, gdy parę dni temu wychodziłem ze stacji metra Centrum. Spokojnie mogłem odtworzyć sobie każdy najdrobniejszy szczegół i chłodny dreszcz przeszedł mi po plecach, gdy wyobraziłem sobie jak otaczający mnie tłum pada ścięty trującym oparem. Może winna była moja nazbyt wybujała wyobraźnia, może fakt, że czytając jak zwykle w czasie jazdy metrem, miałem ten obraz świeżo w głowie. Ważne, że dawno już żadna książkowa scena tak na mnie nie podziałała. A był to dopiero prolog całej historii. Przerażająca i pełna śmierci, pachnącej słodkimi migdałami, obietnica kolejnych „atrakcji”. Bowiem jest tu, jak u Hitchcocka – „najpierw trzęsienie ziemie (czy raczej zagłada stolicy), a potem napięcie rośnie”.
Rośnie, ponieważ nadchodzi czas konfrontacji z zagrożeniem. Jedni starają się ratować ofiary i zabezpieczyć ocalałych przed śmiercią, inni kombinują, jak tragedię wykorzystać dla własnej korzyści. Na scenę wkraczają ratownicy i żołnierze, eksperci od broni biologicznej, tajne służby oraz organizacje przestępcze. Rozkradają porzucone dobra, szukają zemsty, odkupienia, nowej broni albo jedynie dreszczu emocji i szansy zarobku. Jest wielka polityka i małe, ludzkie tragedie. Bo przecież, niezależnie od sytuacji, ludzie pozostają ludźmi.
No właśnie, ludzie. Kolejnym atutem tej książki jest mnogość i realizm przedstawionych tam ludzkich postaw. Nie ma tu wyciętych z tektury sylwetek herosów, bohaterowie bez skazy. Dwuwymiarowych postaci, łatwych do sklasyfikowania, jako złe lub dobre, wspaniałe, czy godne pogardy. Kiedyś, niestety nie pamiętam gdzie, przeczytałem, że każda dobra historia opowiada nie o wydarzeniach, czy wynalazkach, lecz o ludziach. Magda Kozak najwyraźniej też tak uważa.
Kartki „Fioletu” zaludniają więc żywe, realistyczne postaci. Nie znajdziemy tu „standardowego żołnierza”, „typowego skorumpowanego polityka” czy „bohatera w lśniącej zbroi”. Każdy z bohaterów, czy antybohaterów książki, ma swoją historię, swoje cele, które chce osiągnąć. Jedni kierują się rozpaczą, inni nienawiścią, przyjaźnią czy zwyczajnym poczuciem obowiązku. Ich wybory mogą być dla nas niezrozumiałe, lecz nigdy nie służą jedynie popchnięciu akcji naprzód.
Oczywiście na każdym z opisanych tutaj osób, tragedia odciska piętno. Jedni utracili wszystko, inni zwietrzyli możliwość wielkiego zysku. Ich drogi muszą się w finale przeciąć, lecz do końca nie będziemy mieć pewności, kto zyska, a kto straci. Czy nasz ulubiony bohater osiągnie cel, czy zginie jak tysiące innych ofiar „Fiołka”.
Mimo że początkowo mnogość wątków i zawiłości losów mogą czytelnika zmylić, to nie znajdziemy zbędnego wydarzenia, niepotrzebnej sceny. Jak w dobrej sztuce, wszystko ma swój cel. Strzelba z pierwszej sceny znajdzie swoje zastosowanie wcześniej, czy później. Każda wyjawiona nam myśl, każdy czyn bohatera, czemuś służy. To kolejna z rzeczy, które mnie uwiodły w tej historii.
Mimo tej konsekwentnej narracji, czytelnik nie raz da się zaskoczyć. Już sam prolog, liczący sobie solidne 80 stron, kończy się w najmniej spodziewany sposób. Autorka daje nam do zrozumienia, że nie możemy być niczego pewni. I faktycznie, przynajmniej kilka zwrotów akcji solidnie mnie zaskoczyło. Wracałem do wcześniejszych fragmentów, tylko po to, aby uświadomić sobie, że autorka mrugnęła tam do mnie okiem. Całkiem jak bohaterowie książki miałem wszystko przed nosem, ale nic nie zauważyłem, mimo że miałem przecież szerszą od nich perspektywę. To drażni, ale sprawia wiele radości. Przynajmniej mnie.
Uważny czytelnik pewnie już zauważył, że staram się skrzętnie nie wyjawić zbyt wiele z fabuły. Wręcz nie powiedzieć nic prawie o tej opowieści. Przyznam, że trudno mi się powstrzymać, ale nie chcę odebrać państwu okazji samodzielnego poznania wszystkich pułapek i niuansów tej książki. Na pewno dobrze spędzicie przy niej czas i długo nie zapomnicie tej historii, ani jej bohaterów. Zwłaszcza, jeśli tak jak ja, codziennie mijacie miejsca akcji powieści. Aby nie przedłużać, powiem tylko, że szczerze polecam „Fiolet”. Nie tylko wielbicielom fantastyki.
„Fiolet”
Magdalena Kozak
Wydawnictwa Bellona i Runa, Warszawa 2010
Komentarzy: 1Nemo
25 listopada 2010 (00:48)
Książkę bardzo dobrze się czyta. A klimatem przypomina takie doskonałe klasyczne dzieła jak "Cieplarnia" Aldissa czy "Dzień tryfidów" Wyndhama. Nota bene oba tytuły zostały niedawno wznowione (ten ostatni razem z również postapokaliptycznymi "Poczwarkami"). Warto je znać.
Literatura, choćby najbardziej fantastyczna, oderwana od logiki przyczyn i skutków, jest jednak powiązana z życiem osobistym autora, jego wrażliwością, świadomością i umiejętnościami....


Start


