Geopolityczne mity George’a Friedmana
    George Friedman2 · zagrożenia militarne5 · polska polityka zagraniczna163 · konflikty XXI wieku45
2010-12-14
3 grudnia 2010 r. znany amerykański ośrodek analityczny STRATFOR zamieścił na swojej stronie internetowej kolejny – siódmy już – esej autorstwa dra Georga Friedmana z cyklu Geopolitical Journey with George Friedman . Tym razem na celowniku pióra szefa amerykańskiego think-tanku znalazła się Polska.

Nie miejsce to, aby szerzej przybliżać Czytelnikom postać Friedmana i sam ośrodek analityczny, którym kieruje. Warto tylko podkreślić, iż STRATFOR określa się sam jako prywatny ośrodek, specjalizujący się w globalnym wywiadzie (global intelligence). Jest tajemnicą poliszynela, iż polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych jest aktywnie wspierana przez prywatne fundacje, stowarzyszenia czy też przedsiębiorstwa. Ich rolą jest oddziaływanie na opinię publiczną oraz elity polityczne i intelektualne sojuszników, potencjalnych sojuszników, a także oczywiście wrogów USA. Instytucje te służą jako instrument „miękkiego nacisku” i wykorzystywane są powszechnie w prowadzeniu wojny informacyjnej, czy tez bardziej precyzyjnie – wojny sieciowej.

Trzeba podkreślić, że główną osią Friedmanowskiej manipulacji jest prawie całkowite ignorowanie Unii Europejskiej jako niezależnego ośrodka siły i rozpatrywanie rzeczywistości wyłącznie przez pryzmat państw narodowych, co jest jawnym anachronizmem
Krytycznie o tezach Friedmana: Następne sto lat dwa lata później

Pojęcie „wojna sieciowa” (netwar) zostało wymyślone i upowszechnione przez Johna Arquillę i Davida Ronfeldta, analityków innego potężnego amerykańskiego think-tanku – RAND Corporation. Ogólnie rzecz ujmując, odnosi się ono do konfliktów o niskim stopniu nasilenia, gdzie głównym orężem jest informacja, a właściwie stopień jej upowszechnienia. W wojnie sieciowej chodzi o zdobycie przewagi w warstwie informacyjnej w taki sposób, aby w dowolny sposób kształtować tzw. globalną opinię publiczną. Aby to osiągnąć, należy doprowadzić do stworzenia efektu sieci, który pozwala na upowszechnianie danego przekazu zgodnie z „prawem kuli śnieżnej”. Ten sposób prowadzi rzecz jasna do utraty kontroli nad zapoczątkowanym przekazem, ale jego celem jest nie tyle upowszechnienie danego stanowiska, lecz zrelatywizowanie jednego dominującego punktu widzenia. Chodzi o doprowadzenie do aprobaty społecznej i politycznej istnienia określonych stanowisk, bądź do zakwestionowania prawa do ich egzystencji. Wojna sieciowa nierozerwalnie związana jest z rewolucją informacyjną i często występuje równolegle do tradycyjnych konfliktów zbrojnych. Przykładem są wojny USA i ich sojuszników z Irakiem, Jugosławią czy Afganistanem. Waszyngton poprzez potężne struktury państwowe i pozapaństwowe oraz globalne powiązania informacyjne doprowadził do swoistej „sieciowej legitymizacji” swojej ekspansjonistycznej polityki, dzięki przekazowi ukazującemu USA jako „gwaranta światowego pokoju” i „obrońcy przed globalnym terroryzmem”. Główną meta-metodą prowadzenia wojny sieciowej jest szeroko rozumiana manipulacja.

Współczesną geopolitykę dzieli się często na geopolitykę formalną (akademicką, teoretyczną), geopolitykę praktyczną oraz geopolitykę popularną. Pierwsza jest domeną środowisk intelektualnych i koncentruje się na naukowych podstawach uprawiania tej dyscypliny. Geopolityka praktyczna to wytwór działalności elit politycznych, dyplomacji i całego aparatu przynależnego państwu i organizacjom międzynarodowym. I wreszcie geopolityka popularna, czyli nic innego jak rozpowszechniane przez środki masowego przekazu i kulturę masową wyobrażeń dotyczących przestrzeni politycznej. W tym obszarze mamy do czynienia z tzw. kodami geopolitycznymi, czyli swego rodzaju „mentalną mapą”, na której wyszczególnia się sojuszników i przeciwników, kształtuje się wyobrażenia dotyczące granic (niekoniecznie tych rzeczywistych, a często tych pożądanych), słowem tworzy się polityczną tożsamość. Kody geopolityczne jako podstawowy oręż geopolityki popularnej są z powodzeniem stosowanym narzędziem w wojnie sieciowej, czego doskonałym przykładem jest polityka zagraniczna i wewnętrzna Stanów Zjednoczonych.

„Polacy nie są zorganizowanym narodem, wobec czego znaczy u nich więcej nastrój aniżeli rozumowanie i argumenty; sztuką rządzenia Polakami jest zatem wzniecanie odpowiednich nastrojów”. Istotę powyższych słów, wypowiedzianych ongiś przez Józefa Piłsudskiego, doskonale przyswoił sobie George Friedman. Swój wywód rozpoczął bowiem od pięknie brzmiącego dla Polaków porównania, iż „nie można zrozumieć Polski, bez zrozumienia Chopina”. Dalej porównanie to stało się tłem, swego rodzaju emocjonalną osnową dla argumentacji i najważniejszego wniosku płynącego z przekazu amerykańskiego politologa. Kręgosłupem swojej wypowiedzi szef STRATFOR-u uczynił kod geopolityczny, od bardzo dawna zakorzeniony w polskiej świadomości i wciąż ją modelujący, który sprowadza się do wizji dwustronnego zagrożenia Polski przez Niemcy i Rosję.

Rzecz znamienna, amerykański politolog zaczyna snuć swoją refleksję dotyczącą dziejów Polski od powstania listopadowego (!), co rusz wskazując a to na „zagrożenie rosyjskie”, a to „zagrożenie niemieckie”. Podkreśla przy tym, że „biedna”, ale za to dzielna Polska była wielokrotnie zdradzana. Oddaje przy tym honor i szacunek polskiemu wojsku, które co prawda kawalerią atakowało niemieckie czołgi (sic!), ale było za to przejawem „wielkiego symbolizmu”, cokolwiek miałoby to znaczyć. Mit polskich żołnierzy na koniach, nacierających na niemieckie jednostki pancerne, jest bardzo charakterystyczną formą manipulacji świadomością historyczną – nie tylko polskiego odbiorcy – dokonywaną piórem amerykańskiego propagandzisty. Celem takiego zabiegu jest utrwalanie obrazu heroicznych Polaków, będących przez stulecia zagrożonymi na osi Wschód-Zachód, a na domiar złego ciągle zdradzanych. Wpisuje się tym doskonale w utrwalony Polsce kod historyczny, u podstaw którego leży martyrologiczny obraz polskich dziejów. Jest on ochoczo ostatnimi laty podejmowany przez polskie elity polityczne, a swoje niechlubne apogeum rozpowszechnienia osiągnął po katastrofie smoleńskiej. Friedman doskonale wyczuwa polskie słabości i nastroje, błyskotliwie puentując polską aktywność polityczną ostatnich 200 lat trawestacją tytułu książki Ivana Morrisa jako „szlachetność niepowodzenia”.

Jakkolwiek szef STRATFOR-u zauważa, że od zakończenia zimnej wojny sytuacja geopolityczna uległa zmianie i ani Niemcy ani Rosja nie dybią – przynajmniej bezpośrednio – na polską suwerenność, jednak zaraz dodaje, że „wszystkie narody zmieniają swoje intencje”, co ilustruje barwnym przykładem Niemiec okresu 1932-1934. Friedman, opisując dziejowe klęski Polaków w ciągu ostatnich dwustu lat, nie daje nam szans na stabilizację geopolityczną nawet w ramach Unii Europejskiej, bowiem – jego zdaniem – 18-letnia unia nie daje żadnej szansy na zbudowanie, jak pisze, „spokojnego królestwa niebieskiego”. „Chopin może być rozumiany geopolitycznie” – ciągnie Friedman. I istotnie, szef STRATFOR-u z lekkością mazurków Chopina „dowodzi”, iż Polska nie ma innego wyjścia ze swojego geopolitycznego położenia niż tylko oparcie się na sojuszu z Wielkim Bratem zza Wielkiej Wody. Cóż za błyskotliwa konstatacja! Epokowe wprost odkrycie. Wzmocnieniem swojej „geopolitycznej” argumentacji Friedman czyni stwierdzenie, że w XX wieku USA trzykrotnie nie dopuszczały do dominacji w Europie przez Niemcy, Rosję, lub sojusz obu tych państw. W związku z tym Polska „musi utrzymywać stosunku z globalnym hegemonem”. Amerykański politolog w rytm polonezów Chopina wskazuje Polsce miejsce w Europie, które opierać się ma o nowe Intermarium pod czujną kuratelą Wuja Sama. Jest to powtórzenie znanych PR-owskich chwytów zastosowanych już w szeroko reklamowanej książce pt. „Następne sto lat…”, gdzie Friedman kreślił tyle miłą dla polskiego ucha, co całkowicie utopijną we współczesnych realiach, wizję „mocarstwa nad Wisłą” i „bloku polskiego”.

Trzeba podkreślić, że główną osią Friedmanowskiej manipulacji jest prawie całkowite ignorowanie Unii Europejskiej jako niezależnego ośrodka siły i rozpatrywanie rzeczywistości wyłącznie przez pryzmat państw narodowych, co jest jawnym anachronizmem. Stąd tak usilne forsowanie kodu geopolitycznego, zgodnie z którym Polska, dokładnie jak w okresie międzywojennym, ma być zagrożona przez oś Berlin-Moskwa. Takie straszenie blokiem niemiecko-rosyjskim jest nieodłącznym elementem wpływania przez Waszyngton na polski establishment.

Bezpieczeństwa polskim obywatelom na pewno nie zapewni awanturnicza polityka wbijania klina między kraje zachodniej i wschodniej Europy oraz polityka nastawiona na konfrontację UE z Rosją
Styl argumentacji szefa STRATFOR-u nie jest niczym nowym. Jest to znana nuta wygrywana od końca zimnej wojny przez amerykańskich propagandzistów. Bazuje na polskich słabościach, historycznych kompleksach, braku myślenia kategoriami Realpolitik, odgrzewaniu starych stereotypów, tworzeniu nowych, jednym słowem – na graniu na polskich nastrojach. Upraszczając, tworzy wrażenie odwiecznego zagrożenia rosyjsko-niemieckiego dla Polski i wizję amerykańskiego oswobodziciela, który staje się jedynym gwarantem suwerenności Polski. Umiejętne odwoływanie się do polskich mitów i złudzeń (mesjanizm, przedmurze), antykwarycznych, ale wciąż modnych koncepcji geopolitycznych (Międzymorze) oraz utrwalanie błędnych kodów geopolitycznych, pozwala dyplomacji amerykańskiej na skuteczne rozbijanie idei zintegrowanej Europy. Dla Waszyngtonu lepsza jest Europa podzielona, z amerykańskimi bazami na „starym kontynencie”, niż Europa niezależna, samowystarczalna militarnie, zdolna do prowadzenia własnej polityki, nie uzależnionej od wizji polityki amerykańskiej, opartej na micie wspólnoty transatlantyckiej. Amerykańska dyplomacja, wykorzystując narzędzia wojny sieciowej, skutecznie wprowadziła do obiegu międzynarodowego podział członków Unii Europejskiej na „starych” i „nowych”, których interesy mają się diametralnie różnić. Warto zauważyć, że kody geopolityczne, propagowane przez administrację amerykańską, a którym tak ochoczo po 1989 r. przyklaskuje polski establishment, są oparte na bardzo wątłych podstawach, mitach, przeinaczeniach, żeby nie powiedzieć wprost, manipulacjach.

Mit nr 1: „Zagrożenie dla Polski od stuleci przebiegało na osi Wschód-Zachód”, albo wprost – ze strony Niemiec i Rosji. W swojej kilkunastowiekowej historii polski ośrodek siły był zagrożony jednocześnie z dwóch przeciwległych stron czterokrotnie, z czego na osi Wschód-Zachód tylko dwukrotnie (2 poł. XVIII w. i I poł. XX w.), reszta to zagrożenia na osi Północ-Południe (XIV i XVII w.). Z całą mocą podkreślić należy, iż likwidacja państwowości polskiej była każdorazowo skutkiem nie położenia geograficznego, lecz dysproporcji potencjałowej. Propagowany przez Friedmana i jego adherentów skrajny determinizm geograficzny nie ma żadnych podstaw historycznych.

Mit nr 2: „Unia Europejska nie może być gwarantem bezpieczeństwa i stabilizacji w Europie bez wsparcia Stanów Zjednoczonych”. Jest dokładnie odwrotnie, niż chciałby tego dr Friedman. Unia Europejska stanie się pewnym gwarantem bezpieczeństwa europejskiego, wtedy kiedy odetnie NATO-wską pępowinę i stanie się w pełni samowystarczalna militarnie i suwerenna w polityce zagranicznej. USA przypominają nadopiekuńczego rodzica, który stara się we wszystkim wyręczać swoje dziecko, czyniąc mu tym samym krzywdę. Europie nie jest potrzebny atlantycki system bezpieczeństwa, a efektywny system eurazjatycki, z podsystemami regionalnymi (np. śródziemnomorski, wschodnioeuropejski, bałkański itd.), oparte na siłach subkontynentu europejskiego i współpracy z najbliżej położonym mocarstwem, czyli Rosją.

Mit nr 3: „Zbliżenie niemiecko-rosyjskie jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa Europy”. Próba prowadzenia samochodu oparta jedynie na obrazie z wstecznego lusterka, kończy się zazwyczaj tragicznie. Patrzenie na dzisiejszą rzeczywistość i jej analizowanie z punktu widzenia realiów przedwojennych to więcej niż błąd, to brak wyobraźni. Procesy, będące rezultatem rewolucji informacyjnej (m.in. denacjonalizacja polityk zagranicznych, kształtowanie się państw postsuwerennych, upadek idei mocarstw narodowych i etnonarodowych imperializmów), karzą inaczej patrzeć na współczesne przemiany geopolityczne. Synteza „miękkiej siły” Europy i „twardej siły” Rosji daje szansę na stworzenie nowoczesnego systemu bezpieczeństwa na obszarze Eurazji i przełamanie dotychczasowych barier.

Mit nr 4: „Polska jest skazana na sojusz z USA”. Geografia nie determinuje dziejów, stwarza tylko szanse. Stare powiedzenie, a przy tym i jedno z naczelnych zaleceń geopolityki, karze szukać wrogów daleko, a sojuszników blisko. Polska polityka zagraniczna po 1989 r. jest literalnym tego zaprzeczeniem. Naczelnym paradygmatem stała się „strategia euroatlantycka”, cokolwiek to miałoby oznaczać. Owa „strategia” sprowadza się w istocie do braku strategii, bo faktu „siedzenia na dwu stołkach”, jednym w Brukseli, drugim w Waszyngtonie. Trawestując wspominanego wyżej Józefa Piłsudskiego (notabene postać poddaną we współczesnej Polsce swoistej hagiografizacji, wykorzystywaną ochoczo do „legitymizowania” fanfaronady w polityce zagranicznej), można stwierdzić, że Polska w nie tak dalekiej przyszłości z któregoś tych stołków w końcu spadnie.

Z punktu widzenia geopolityki, dla polskiego ośrodka siły naczelnym wyzwaniem strategicznym powinno być dążenie do zapewnienia stabilizacji i bezpieczeństwa na obszarze Europy Środkowo-Wschodniej oraz wpieranie integracji europejskiej w takim kierunku, który pozwoli europejskiemu ośrodkowi siły na pełnienie roli jednego z kilku najważniejszych mocarstw w dobie policentryzującego się świata. Bezpieczeństwa polskim obywatelom na pewno nie zapewni awanturnicza polityka wbijania klina między kraje zachodniej i wschodniej Europy oraz polityka nastawiona na konfrontację UE z Rosją.

Zainicjowanie przez polską dyplomację, kuriozalnego w swoich założeniach (wymierzonego par excellence przeciw Rosji) programu „Partnerstwa Wschodniego”, który w geopolitycznych antecedencjach tkwi wprost w przedwojennej polityce „prometejskiej”, (obliczonej na rozkawałkowanie rosyjskiego ośrodka siły „wzdłuż szwów narodowościowych”), nie służy dobrze ani integracji europejskiej, ani bezpieczeństwu państwa polskiego. Nie ma obecnie bardziej palącej kwestii dla bezpieczeństwa nie tylko Polski, ale i całej Europy Środkowo-Wschodniej niż ukraiński „sworzeń destabilizacji”. Polska swoją krótkowzroczną polityką, wspieraniem w istocie antypolskich, faszyzujących ugrupowań politycznych na Ukrainie, przyczyniła się do zagrożenia swojego i europejskiego bezpieczeństwa. Dziś należy ukierunkować „Partnerstwo Wschodnie” w duchu geopolitycznym, zgodnym z interesami całej Unii Europejskiej, tak aby w porozumieniu z Rosją służyło rozwiązywaniu rzeczywistych problemów, a nie tworzeniu sfer destabilizacji. Perspektywa współpracy UE i Rosji tworzy nowe szanse dla tworzenia harmonii rozwoju na obszarze Eurazji. Polska powinna inicjować procesy bezpieczeństwa i stabilizacji w naszej części kontynentu w oparciu o siły zintegrowanej Europy.

To nie położenie geograficzne „między Niemcami i Rosją” jest zagrożeniem dla Polski, lecz nieodpowiedzialna, egzaltowana polska polityka, tkwiąca jedną nogą na początku wieku XX, a nawet jeszcze w wieku XIX, nie uwzględniająca koniunktur geopolitycznych, żywiąca się swojskim „chciejstwem” i narodowymi mitami. Kreowanie głównych wektorów polskiej polityki zagranicznej przez „pasażerów martwej wizy”, próbujących urzeczywistnić antykwaryczne wizje sprzed wieku, pod dyktando takich „specjalistów” jak dr George Friedman, starających się „rozgrywać” integrującą się Europę, może doprowadzić do destabilizacji geopolitycznej naszej części kontynentu. Należy pamiętać, że błędne odczytywanie procesów geopolitycznych, przenoszenie ocen sprzed wieku do współczesnych realiów, prowadzi wprost do katastrofy. W tym sensie, parafrazując słowa Józefa Szujskiego, można powiedzieć, że „fałszywa geopolityka staje się mistrzynią fałszywej polityki”.

Autor jest prezesem niezależnego pozarządowego Instytutu Geopolityki

Komentarzy: 25

Cień
14 grudnia 2010 (22:17)
.
Jasno, bezlitośnie i na poziomie. Prosimy o więcej:)

Traper
14 grudnia 2010 (23:24)
o w mordę
Panowie wydawcy serwisu, jak już ktoś taki jak Pan Sykulski u Was publikuje to już nie ma "robienia serwisu" na odwal się. Widzę tutaj od dzisiaj same dobre materiały!!!!

młody
14 grudnia 2010 (23:43)
wreszcie!
wreszcie ktoś napisał bez owijania w bawełnę. Na pohybel poprawności politycznej!

Tomek H.
15 grudnia 2010 (09:40)
...
Zastanawiam się tylko dlaczego jedyną alternatywą dla systemu euroatlantyckiego ma być system euroazjatycji. Sojusz Rosji i UE jest według mnie kompletnie nieprawdopodobny bo nawet przy mobilizacji elit Rosji i Europy w końcu dojdzie do konfliktów w różnych dziedzinach, które doprowadzą do kolejnej rywalizacji. Rosja, nieważne co deklaruje, jest państwem nacjonalistycznym dbającym wyłącznie o własne interesy i to w stopniu wyższym niż jakiekolwiek państwo europejskie. Nie wyobrażam sobie, aby Rosja była w stanie zawrzeć z Europą jakikolwiek akt prawny w którym rezygnowałaby ze swojej suwerenności w stopniu zbliżonym do Traktatów o WE czy UE.

Władymir
15 grudnia 2010 (09:45)
Ciekawy rosyjski punkt widzenia
Dzięki za tłumaczenie na język polski

ddd
15 grudnia 2010 (10:39)
Panie Leszku
Proszę się postarać o angaż w Wyborczej. Spore szanse.

Tor
15 grudnia 2010 (10:52)
z Mit nr. 1 zupełnie się nie zgadzam
Jeszcze o ile weźmiemy pod uwagę zagrożenie z Zachodu, to faktycznie (nie licze Zakonu) zupełnie ich nie było to XVIII wieku, ale ze Wschodu. Praktycznie Polska polityka cały czas od końca XVI wieku była nastawiona na obronę posiadłości wschodnich, ewentualnie na działania zaczepne. I tak to trwało aż to upadku Rzeczpospolitej. Nie za bardzo rozumiem, o co autorowi chodziło. XIV i XVII wiek na osi Północ - Południe? ok, ale jednak XVII wiek to chyba 5 wojen z Moskwą? Coś nie tak. O jakie zagrożenia chodzi w takim razie.

Robaczek
15 grudnia 2010 (12:55)
[...]
Od przeczytania książki Friedmana miałem niezmienne poczucie, że coś jest z tym człowiekiem nie tak. Świetny tekst, należą się podziękowania. Chapeau bas, panie Leszku ;)

Marcin
15 grudnia 2010 (22:16)
Nie tak prosto
Autor niestety nie dodał, że jeśli UE dogada się z Moskwą to za cenę poświęcenia Europy Środkowej w tym Polski. Nie mam zamiaru popierać prlyzacji ani nawet finlandyzacji naszego kraju. Nie mam też złudzeń co do USA w odróżnieniu od naszej pseudoklasy politycznej. Jedyną szansą dla nas jest wzmocnienie sił wewnętrznych przez radykalną deregulację życia obywateli i przywrócenie wolności gospodarczej. Zanim się wzmocnimy utrzymywać status quo i nie wdawać się w żadne awantury.

Robaczek
16 grudnia 2010 (03:47)
Oj, panie Marcinie...
Nie przypominam sobie przypadku, aby ktoś coś czynił radykalnie i mu to na dobre wyszło. A radykalna deregulacja czegokolwiek... już samo brzmienie tego wyrażenia, bez kontekstu sugeruje same negatywne wyniki. Po pierwsze, Polska nie jest w stanie niczego zdziałać sama. Dzisiejsza gospodarka to system współzależności.Nie możemy się wzmacniać utrzymując status quo. Z prostej przyczyny: jeśli my się skupimy na nie zmienianiu niczego a inni pójdą do przodu to będziemy na tym stratni. Bazując na ekonomii, ponosimy po prostu stratę poprzez niewykorzystanie możliwości zysku. Nie wdawanie się w awantury popieram ;) Natomiast intryguje mnie co oznacza stwierdzenie "jeśli UE dogada się z Moskwą to za cenę poświęcenia Europy Środkowej". Po pierwsze: my należymy do UE. Więc jeśli MY się dogadamy z Moskwą to raczej nie na zasadzie strzelania sobie w stopę. Uprzedzając argument "ale mała Polska nie ma nic do powiedzenia, stłamszona przez wielkich, złych i bogatych" dopowiem: nieprawda. Tak ważne decyzje są podejmowane jednogłośnie, więc Polska ma możliwość walki o swoje. Co więcej, nie po to nas do Unii przyjmowali aby teraz budować podziały na własnym podwórku. Unia jest na tyle słaba teraz, że żadne "pęknięcie" nie będzie brane pod uwagę. Jakby chcieli nas sprzedać to by nas po prostu do UE nie przyjęli i byłoby o sprawie. Po drugie: Co znaczy za cenę? Niby mają nas sprzedać jak Alaskę? Tutaj nasuwają mi się dwie rzeczy, które chciałbym wytknąć. Jeśli Polska straci swoją suwerenności to tylko i wyłącznie przez głupotę narodu. Jeśli będziemy oczekiwać, że ktoś będzie nas bronił podczas gdy my będziemy tylko marudzić jak na źle... nic za darmo. Jednak w dzisiejszych czasach "handel suwerennością państwa" nie jest możliwy... może poza Afryką ;)

Korn
16 grudnia 2010 (10:45)
trochę sie Panie Leszku nie dziwię polskim politykom
po 1989 roku. Gdzie mamy szukać tych sojuszów w Europie. Teoretycznie uzyskaliśmy i weszliśmy we wszystkie struktury, które mają zapewnić nasze bezpieczeństwo. NATO i UE, czy strefa euro? to już inna para kaloszy, nadmienię, że ja osobiście w dalszym ciagu jestem zwolennikiem wejścia Polski do str. euro, bo jednak idea jest niesamowita a błędy, o których słyszymy cały czas, to zwyczajna wina ludzi i niesprawnego systemu kontroli. Tak kontrola tutaj Brukseli jest nieodzownym argumentem. Ograniczy takie działania jak w Grecji (ja już rozumiem, druk kasy, nie martiwenie się o zadłużenie, ale fałszowanie danych?). Jaki mamy pożytek z NATO i UE? Jakiś mamy, ale o bezpieczeństwo i tak musimy dbać sami. Nie ma innego wyjścia. Wisi nad nami klątwa madryckich ustaleń NATO z Rosją w 1997 roku i zdaje się kraje zachodnie trzymają się tego cały czas. Mądry sojusz oparty o NATO i jednocześnie o USA jest naszym sine qua polityki. choć jak przeczytałem w nocy tekst Juliusza Sabaka o tzw. modernizacji naszej armii czyli kupowania gruchotów od USA, to mam mocno mieszane uczucia. Dalej teza, że my o wszystkim decydujemy jest jednak prawdziwa.

Robaczek
16 grudnia 2010 (16:31)
@Korn
Odnośnie sprzętu z USA - polecam wgłębienie się w temat Europejskiej Agencji Obrony a przede wszystkim realizowanej przez nią koncepcji Europejskiej Bazy Technologiczno-Przemysłowej (EDITB European Defence Industrial & Technological Base). Powinno nieco rozwiać czarne chmury jeśli chodzi o najbliższą dekadę działania przemysłu zbrojeniowego na Starym Kontynencie ;)

RomanK
16 grudnia 2010 (23:04)
Doskonale widzenie spraw- gratuluje Autorowi trzezwosci osadu!
Stratfor...think thank z Austin Texas stal sie dosc specyficznym samozwanczym opiniotworczym osrodkiem..ale nikomu przy dobrych zmyslach nie polecam jego prognoz i analiz...Wystarczy przeczytac ksiazki Friedmana i kazdy -kto ma ulozone w glowie zobaczy sam..ze ten geniusz ma ulozone w,,,, poprzek:-))) Wiedzac o tym skad wzial sie Stratfor pomoze wzrozumiec jego cele...Zalozony na bazie profesorow wykladowcow na Texas Uniwersity of Austin -Texas, z wydzialem Slawistyki, ktory ma swoje uzasadnienie w Texasie i zostal powolany do zycia dosc dawno -jako ze Austin lezy w sercu osadnictwa Slowian -Polakow, Morawcow i Czechow..stad Texas przypomina i ma charakter austrowegierskiej Galicji... Otoz powoli , a od lat 80tych calkowicie wydzial ten obsiedli Galicjanie wyznania Banksterskiego- jak wszy kozuch dziada. Zamiast uczyc slawistyki nauczaja o tym, jaka to misje cywilizacyjna odgrywali Żydzi w Europie Wschodniej oczywiscie calkowicie barbarzynskiej. Studenci dowiaduja sie, ze Europa wschodnia to dziura w ziemi , a kultura ,jako taka to wlasnie dzielo Zydow:-)))i ich cywilizacyjnych wysilkow...Kazdy kto stanie im na drodze szczegolnie -jesli ma korzenie slowianskie zostaje zniszczony i wypchniety z Wydzialu - w wyniku niezwykle solidarnej akcji profesorow wlasciwego pochodzenia -zostaje usuniety z dydaktyki i z pracy naukowej na wydziale, jak to spotkalo mojego niezyjacego juz przyjaciela prof. Stojgniewa O'Donell autochtona Texana z Austin i z pochodzenia Morawca- Slazaka! Panowie ci utworzyli- jako dodatkowe zrodlo dochodu dla swego klanu Instytut..uchodzac za expertow..wlasnie z powodu takiego zbiegu okolicznosci, ludnosci i miejsca...Prosze zwrocic uwage na patronalny ton z jakim traktuja owi experci tematy..wszystko wiedza, wszystko widza, traktuja miejscowych i ludzi i ich politykowe -jak dzieci z syndromem Dawnsa.. Chodzace Alfy i Omegi,,Europa wschodnia to dla nich -jak folwark dziadziusia Arendarza,,pikus dla ich genialnych bajdurzen potomkow sklepikarzy galicyjskich ! Oni wiedza lepiej..prosze zobaczcie, jak sie im marzy..jak sie im same mapy rysuja..porownajcie te mapki i sami ze zdziwieniem zobaczycie- jak z nich sklada sie im mapa Magna Chazarii:-)) Opisy Polakow z fragmentami Szopena...idiotyzm, pokazywanie Polakow -jako bufonow i idiotow, na tyle glupich ze moga przezyc- ale tylko i wylacznie na czele i pod ich przywodztwem:-))) Z wlasciwymi wladcami na czele:-)) Dlatego ma pan calkowita racje - bo ten Instytut to masowa produkcja i wytfuuurnia mitofff!!! Mitow, ktorym nadaja range expertyz...bo to co uprawiaja to zwykla propagandowa podgotowka dazaca do rozwalenia Rosji poprzez sklocenie i przejcie kierownictwa politycznego wszystkich narodow Srodkowej Europy z Polska na czele...To bardzo niebezpieczny osrodek..pracujacy nad dostarczeniem paliwa takim ruchom mesjanistycznym -jak Kaczy PiS, czy inne rusophobiczne odlamy polskiej sceny politycznej oszolomionych mitami.....takie gniazdo szerszeni udajacych pszczolki Maje:-)) Skutki oplakane...dla Polski i Polakow...dlatego trzeba wiecej takich ludzi -jak Autor..ktorzy maja rozum i wiedza, jak sie nim posluzyc! Gratuluje Autorowi...Na Zdar! Szczesc Boze!

Leszek Sykulski
17 grudnia 2010 (00:04)
Ad vocem
Dziękuję za wszystkie komentarze, zwłaszcza merytoryczne głosy krytyczne. Do użytkownika "Tor": W opisie "mitu nr 1" podkreśliłem, że chodzi mi o jednoczesne zagrożenie z obu kierunków. XIV w. to zagrożenie Północ-Południe ze strony Zakonu Krzyżackiego i Luksemburgów, wiek XVII to zagrożenie ze strony Szwecji i Turcji (w pewnym stopniu wspieranej przez Ukrainę Chmielnickiego). W styczniu 2011 r. ukaże się książka mojego skromnego autorstwa, która - mam nadzieję - pozwoli Szanowny Czytelnikom lepiej zrozumieć mój punkt widzenia. Publikacja nosić będzie tytuł "Ku Nowej Europie: perspektywa związku Unii Europejskiej i Rosji. Spojrzenie geopolityczne" (szczegóły będą na stronie Instytutu Geopolityki od początku stycznia). Będą tam rozwinięte wątki dotyczące tak polskiego procesu dziejowego i polskiej mentalności, jak i kodów i mitów geopolitycznych, "Partnerstwa Wschodniego", problemu ukraińskiego, przyszłości systemu demoliberalnego itd. Na marginesie pragnę podkreślić, iż poglądy wyrażone przeze mnie w powyższym tekście, a także w mającej się ukazać w styczniu książce, stanowią mój prywatny osąd i nie mogą być utożsamiane ze stanowiskiem Instytutu Geopolityki, wśród którego członków i sympatyków jest wiele osób nie podzielających takiej oceny przedstawionej problematyki. Pozdrawiam.

Grzegorz Wasiluk
17 grudnia 2010 (03:35)
@ Tomek H.
Odnośnie dalszego rozwoju wydarzeń na linii Rosja - UE/NATO zgadzam się mniej więcej z punktem widzenia przedmówcy. W swoich dwóch najnowszych artykułach (Serdeczne porozumienie Rosja-NATO?, "Pora pogrzebaś dawne urazy" - Miedwiediew w Warszawie) przedstawiłem dwie hipotezy odnośnie scenariusza, jaki wielka polityka może napisać w tej sprawie za jakieś dziesięć-dwadzieścia lat. Po zapoznaniu się z zarysem poglądów geopolitycznych Szanownego Autora powyższego artykułu przyszedł mi do głowy jeszcze trzeci scenariusz; całkowite załamanie ustroju demo-liberalnego na podobieństwo realnego socjalizmu w latach 1989-91. Spójrzmy choćby tylko na te rządy i wielkie banki tzw. starej Unii, dokonujące bolesnych operacji finansowych, dotykających miliony bez zapytania tychże milionów o zgodę, a potem zatwierdzające swój dyktat przy pomocy tzw. maszynki do głosowania niczym w Sejmie z czasów PRL-u, nie zważając na ogromne akcje strajkowe i demonstracje. W jaki sposób takie rządy, takie elity polityczne i tacy kierownicy gospodarki mogą teraz nadal wytykać palcem Łukaszenkę, Putina, a nawet politbiuro w Pekinie? To może być początek końca świata, jaki znamy.

a
21 grudnia 2010 (11:17)
Artykuł może się podobać. Zwłaszcza
Trzeba tylko wziąć pod uwagę, że podobnie jak instytut z Austin, polski "niezależny" Instytut Geopolityki piórem swojego prezesa przedstawia tylko punkt widzenia swojego głównego sponsora. Spróbuję zgadnąć. Gazprom? Czy firmy niemieckie? Gratuluję bardzo "niezależnego" punktu widzenia.

x
21 grudnia 2010 (11:20)
Pakt Ribbentrop-Mołotow-bis
Szkoda, że nie wspomniał Pan ileż to razy w historii Polski w naszej obronie stanęli Niemcy, albo Rosjanie. A w Europie liczą się głównie niemieckie interesy narodowe, które próbuje się ukryć pod płaszczykiem Unii Europejskiej, nowotworu skazanego wcześniej, czy później na rozpad. Zbliżenie Niemiec i Rosji wynika z ich wzajemnej dużej komplementarności w dziedzinie gospodarczej i militarnej (surowce, kapitał, technologia, siła robocza, armia). Ale ta wspaniała wizja UE z niemieckimi koncernami przemysłowymi na Syberii i armią rosyjską wyposażoną w najnowsze technologie zachodnioeuropejskie niespecjalnie mnie zachwyca.

Grzegorz Wasiluk
22 grudnia 2010 (06:20)
Neville Chamberlain
Przed paktem Ribbentropp-Mołotow była zdrada monachijska. Mieszkańcy naszej części Europy powinni wbić sobie do głowy słowa wypowiedziane w jej uzasadnieniu przez premiera rządu Jego Królewskiej Mości: "Angielska krew jest zbyt cenna, abyśmy mieli ją przelewać za kraj, którego nie znamy i którego języka nie rozumiemy." W pełni popieram tezy Szanownego Autora, ponieważ pozostaniemy między Rosją a Niemcami, a gdy zechcemy o tym zapomnieć, staniemy oko w oko z zasadami politycznymi podobnymi do tej, którą w 1938 wypowiedział na głos Chamberlain.

V
31 grudnia 2010 (10:23)
Ech..
Nie zgadzam się z większością tez w tym artykule-nie widzę tu obiektywizmu, ani niezależnego punktu widzenia.

sysy
15 stycznia 2011 (21:27)
Kasa
kto finansuje instytut geopolityki? Tylko tego mi brakuje. To że USA kieruje się swoim interesem to oczywiste, ale ufać Niemcom czy Rosjanom objaw zidiocenia

łysy
15 stycznia 2011 (23:07)
@ kasa
Finansuje Mossad i KGB, no i wolni mularze oczywiście. Aha, bym zapomniał, jeszcze cykliści.

ziemowit
7 luty 2011 (21:45)
Czytalem friedmana
Czytałem książkę firedmana: Tezy w niej zawarte sprawdzają się z zabójczą precyzją. Autor powyższego eseju ma podejście emocjonalne zamiast logiczno - faktyczne. Pytaniem nie jest czy autor ww tekstu ciężko pracuje ale dla kogo pracuje!

=Adam
16 marca 2011 (16:15)
Też czytałem Friedmana i też dziwi mnie irracjonalna krytyka jego tez
To ma być ta niepoprawność polityczna? Przeklinanie niedobrej , imperialistycznej Ameryki przy radosnym śpiewaniu "Ody do radości"? Skąd (z której gazety) my to znamy? I dlaczego ja nigdy w swoim życiu nie usłyszałem rozumnego wytłumaczenia, co oznaczają i gdzie leżą "interesy całej UE"?

wacek
19 marca 2011 (22:04)
Tezy Friedmana
są faktycznie miłe dla ucha (co nie powinno ich deprecjonować per se) ale Pana krytyka, choć na początku wydawała mi się rozsądna, w momencie kiedy przeczytałem, że właściwie Polska nie ma sił przeciwnych Polsce na wschodzie i zachodzie swych granic i to dobrze że Rosja i Niemcy nadadzą nowy kierunek euroazjatyckiej współpracy, przekreśla, dla mnie, wartość Pana opinii. Są po prostu emocjonalnymi mrzonkami. kropka.

endargo
31 marca 2011 (09:41)
Im dalej z komentarzem tym mniej sensownie
Autor pisze o Friedmanowskim i polskim chciejstwie (które upatruje realnej siły za Atlantykiem, a zagrożeń głównie na wschodzie) oraz o potrzebie realnego rozumienia geopolityki, by już za chwilę kompletnie ignorując fakty deprecjonować realną siłę USA na rzecz nieistniejących sił UE i zupełnie nie zauważając dużej rozbieżności interesów poszczególnych jej członków. Żeby było jeszcze bezsensowniej, przypomina, że osie konfliktu przebiegały też na osi północ-południe. To prawda, ale niech spojrzy autor na dzisiejszą Szwecję i dzisiejszą Rosję - widzi jakieś różnice, czy nie widzi?
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Putin w Szanghaju: strategiczne partnerstwo na chińskich warunkach

Oficjalna wizyta prezydenta Rosji Władimira Putina w Chinach w dniach 20–21 maja przyniosła mieszane rezultaty z punktu widzenia celów, jakie stawiała sobie Moskwa.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".