To już trzeci duży kryzys w relacjach między oboma państwami w ostatnich pięciu latach. Przypomnijmy zatem: w styczniu 2005 roku kolumbijscy agenci porwali na terytorium Wenezueli i uprowadzili jednego z dowódców FARC (Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia), w marcu 2008 roku kolumbijskie wojsko ostrzelało – tym razem znajdujący się na terytorium swego zachodniego sąsiada, Ekwadoru – obóz partyzantów, gdzie śmierć poniósł Raul Reyes
. Wenezuela stanęła po stronie Ekwadoru i odwołała z Bogoty swego ambasadora. Nie minęły jeszcze echa ostatnich animozji, a już mamy do czynienia z nowym kryzysem, aczkolwiek sytuacja wydaje się tym razem nieco bardziej złożona.
Chavez, a polityka zagraniczna Wenezueli w 2009 roku
Pierwszą zapowiedzią wstrząsów była informacja opublikowana 27 lipca przez kolumbijski rząd, jakoby w czasie ataku na jedno z obozowisk partyzantów kolumbijskie wojska odnalazły szwedzkie granatniki przeciwpancerne AT4. Numery seryjne broni pozwoliły stwierdzić, że została ona zakupiona w 1988 roku przez wenezuelską armię. Hugo Chavez odczytał to – poniekąd całkiem słusznie – jako oskarżenie Wenezueli o wspieranie FARC, po czym po raz kolejny odwołał swego ambasadora w stolicy Kolumbii i zagroził zerwaniem nie tylko stosunków dyplomatycznych lecz także handlowych (Wenezuelsko-Kolumbiska Izba Integracji Ekonomicznej szacuje wartość wymiany handlowej między oboma krajami na około 5 miliardów dolarów rocznie). Chavez twierdzi, że zastąpi importowane z Kolumbii dobra produktami z innych krajów, co może być o tyle trudne, że kolumbijski eksport zaspokaja jedną trzecią potrzeb wenezuelskiego rynku. Odpowiadając na kolumbijskie insynuacje jakoby Wenezuela brała udział w finansowaniu i uzbrajaniu marksistowskich bojówek, Chavez powiedział, że szwedzkie granatniki zostały skradzione 14 lat temu z wenezuelskiej bazy marynarki wojennej.
W istocie jednak największy problem leży gdzie indziej. W czasie incydentu rząd Alvaro Uribe przygotowywał się już do podpisania z USA kontrowersyjnego porozumienia o zezwoleniu amerykańskim wojskom na korzystanie z kolumbijskich baz wojskowych (poprzednio Amerykanie stacjonowali w ekwadorskiej bazie w miejscowości Manta, lecz prezydent Rafael Correa nie przedłużył wygasającej 17 lipca b.r. umowy). Wiele południowoamerykańskich państw widzi w tym ryzyko przekształcenia Kolumbii w przyczółek amerykańskich wpływów na kontynencie, aczkolwiek zarówno Stany Zjednoczone jak i Kolumbia zgodnie twierdzą, że amerykański kontyngent ma na celu wspieranie lokalnych wojsk w walce z przemytnikami narkotyków i bojówkami FARC na terenie kraju i nie będzie mieszał się w wewnętrzne sprawy innych państw. Obie strony utrzymują też, że de facto nic się nie zmieni, bowiem Amerykanie od lat utrzymywali tu w ramach
Planu Colombia niewielki kontyngent militarny i nie zostanie on powiększony (800 osób personelu wojskowego oraz 600 osób prywatnych kontrahentów wojskowych). Czy krzyczący o przekształceniu Kolumbii w Izrael Ameryki Południowej Chavez powinien więc spać spokojnie? Nie do końca.
Umowę podpisano w piątek, 30 października. Swe autografy złożyli na niej ambasador USA oraz trzej kolumbijscy ministrowie. Pełen jej tekst jest do pobrania
tutaj (w języku angielskim). Najważniejszym punktem porozumienia jest udostępnienie Amerykanom siedmiu (wcześniej była mowa o czterech) baz wojskowych. Od razu pojawia się więc pytanie: po co niewielkiemu przecież kontyngentowi (maksimum 1400 osób) aż siedem baz? Oczywiście nie oznacza to wcale, że Amerykanie mają od razu zamiar po cichu ulokować tam dużo więcej żołnierzy i sprzętu, aczkolwiek deklaracje o nie zwiększaniu liczby personelu poniekąd jawią się tu jako co najmniej podejrzane.
Drugą kwestią, która może spędzać Chavezowi – aczkolwiek nie tylko jemu – sen z powiek jest fakt, że duża część bojówkarzy FARC, członków grup paramilitarnych oraz handlarzy narkotyków ukrywa się właśnie w rejonach przygranicznych o czym doskonale wiedzą służby wywiadowcze wszystkich zainteresowanych stron. Lokalizacja ta została wybrana z pełną premedytacją – zarówno FARC jak i ludzie trudniący się przemytem kokainy dawno zdali sobie sprawę, że rejony przygraniczne oferują szereg atutów taktycznych, a nawet strategicznych. Zanim bowiem podjęta zostanie przeciwko nim jakakolwiek akcja, rząd kolumbijski będzie zmuszony dokładnie zastanowić się nad konsekwencjami. Uribe musi wszak liczyć się z ryzykiem, że kilka bomb czy pocisków pofrunie na drugą stronę granicy i stanie się iskrą zapalną kolejnego kryzysu, zaś ostatecznie może doprowadzić do konfliktu zbrojnego – zwłaszcza jeśli za przeciwnika ma się kogoś tak porywczego jak pan Chavez. Drugi – w oczach FARC o wiele bardziej optymistyczny – scenariusz przewiduje, iż do konfliktu rzeczywiście dojdzie. Na tym zaś skorzystają przede wszystkim bojówkarze i handlarze narkotyków.
Wprawdzie na razie wszyscy odrzucają możliwość wybuchu konwencjonalnego konfliktu zbrojnego między Kolumbią i Wenezuelą, ale oba państwa gruszek w popiele nie zasypiają i po cichu się zbroją – Kolumbijczycy zyskując potężnego sojusznika w osobie Baracka Obamy, natomiast Chavez wysyłając co raz częstsze sygnały w kierunku Moskwy (wspólne manewry marynarek wojennych obu państw, uznanie niepodległości Osetii Południowej).
Konflikt taki najprawdopodobniej zakończyłby się porażką Chaveza, bowiem Kolumbijczycy to świetnie wyszkolone wojsko, od bez mała 45 lat aktywnie walczące z rebeliantami FARC. Wypada jednak zwrócić uwagę na fakt, że Chavez posiada 24 sztuki nowoczesnych rosyjskich myśliwców Su-30 (prowadzi rozmowy na temat zakupu najnowocześniejszych Su-35) oraz właśnie dokonał zamówienia na sto sztuk rosyjskich czołgów. Wojsko kolumbijskie nie posiada ani jednych ani drugich.
To jednak ostateczność, której nikt nie bierze dziś poważnie pod uwagę. Chavez boryka się teraz z innymi problemami, które mogą negatywnie wpłynąć na jego kolejną reelekcję (np. braki w zaopatrzeniu w wodę). Przeważa więc pogląd, że jego ostatnia decyzja oddelegowania w rejon granicy z Kolumbią dodatkowych 15 tysięcy żołnierzy oraz wydane niedawno orędzie, w którym wzywa naród do przygotowania się do wojny, mają na celu odwrócenie uwagi od spraw szkodliwych dla jego wizerunku. Inna prawdopodobna teoria twierdzi, że uzasadnieniem takiego ruchu jest chęć ściślejszego, wojskowego kontrolowania regionu przygranicznego, gdzie większym poparciem cieszą się politycy opozycyjni.
Konflikt nie służy teraz ani porywczemu Chavezowi, ani tym bardziej Alvaro Uribe. Obaj mają teraz inne zmartwienia na głowie – o ile uda mu się zmienić konstytucję, Uribe w przyszłym roku będzie starał się o kolejną reelekcję, Chavez zaś z takim samym wyzwaniem zmierzy się dwa lata później (z tą różnicą, że nie musi już zmieniać konstytucji).
Rząd Uribe zapowiedział, że ze względu na groźby wszczęcia wojny złoży na Wenezuelę skargę przed Radą Bezpieczeństwa ONZ oraz przed Organizacją Państw Amerykańskich.
Bracia Muzułmanie wygrali wybory parlamentarne, ale nie rządzą. Do dziś nie udało się uformować konstytuanty, choć niedługo powinien powstać tekst nowej ustawy zasadniczej. Trzech...


Start



Komentarzy: 0