Na początku słyszymy szczyptę muzyki orkiestrowej, chwilami patetycznej, ale bez zarozumialstwa. Te dźwięki przenoszą raczej do estetyki przykurzonych filmów o podbojach kosmosu, nowych lądów i innych wypraw. W końcu odkrywamy całkiem nowy – plastikowy świat! Na Plastikowej Wyspie wita nas tajemniczy głos Snoop Dogga. Znów odrobina orkiestry wprowadza w fantastyczny utwór powitalny. Kawałek „White Flag” jest jak opowieść o Alladynie (dzięki melodiom nawiązującej do muzyki ze świata Szeherezady), ale po chwili doskonale łączy się ze współczesnością. Kapela oferuje całą gamę świetnej muzyki, przez co „Plastic Beach” spodoba się fanom rocka, ale i elektroniki czy hip hopu.
Największym plusem nowej płyty Gorillaz jest jej równość. Wysoki poziom utrzymany jest od początku do końca. Może dlatego, że zespół gra muzykę od alternatywnego rocka po pop. Według mnie to jednak wynik tego, że są piekielnie dobrzy. „Plastic Beach” w niczym nie ustępuje ani albumowi „Gorillaz”, ani „Demon Days”, chociaż są pewne różnice.
Największa to taka, że na „Plastic Beach” dominuje elektronika (mimo kalejdoskopu innego rodzaju muzyki, o którym wspominałem). Nie jest to jednak bezduszna muzyka wywołująca u słuchacza wyobrażenia sterylnych pomieszczeń nafaszerowanych aż do bólu geometrycznymi meblami. To elektronika, która zabiera nas w pasjonującą podróż po Plastikowej Wyspie. Czasem obsypie piaskiem z plaży, czasem położy na leniwym leżaku, a czasem zmusi do wydostania się spod powierzchni wzburzonego oceanu.
Kolejną zaletą płyty jest jej spójność. Dlatego trudno przerwać słuchanie w połowie i odłożyć na później. Bo „Plastic Beach” jest po prostu podróżą po nieznanych ziemiach. Kiedy już postawimy nogę na wyspie to musimy – a przede wszystkim chcemy – ją zbadać do ostatniej palmy. Chyba tylko Gorillaz potrafią stworzyć z tylu stylów, jedną mozaikę, która brzmi jak nierozerwalna całość. Odniosłem wrażenie, że słucham jednego utworu, w którym co jakiś czas ktoś tasuje dźwięki.
Nie można zapomnieć, że Gorillaz to zespół wirtualny. Muzycy to narysowane postacie, które grają lepiej niż niejedna kapela z krwi i kości. Wszystko zaczęło się od Damona Albarna i Jamie Hewletta. W skład stworzonego przez nich teamu wchodzą: 2D (wokal, keyboard), Noodle (gitara elektryczna), Murdoc Niccals (gitara basowa) i Russel Hobbs (perkusja). Projekt wydawał się czysto spontaniczny, a powstał jeden z najbardziej znanych zespołów w dziejach muzyki.
Zespół wirtualny to wcale nie znaczy, że anonimowy. Gorillaz zna chyba każdy, kto choć trochę interesuje się muzyką, bo to mieszanka niebanalnej i fantastycznej twórczości z popkulturowym wizerunkiem. Rysunkowe postacie są tak rozpoznawalne, jak bohaterowie „South Park” czy Simpsonowie. Wystarczy dodać do tego zapach tajemniczości, który nad nimi się unosi i sukces gwarantowany.
Wspomniana popkulturowość Gorillaz sprawia, że Plastikową Wyspę poznajemy nie tylko dzięki muzyce. Możemy ją obejrzeć, a nawet zwiedzić. To wszystko na oficjalnej stronie zespołu (www.gorillaz.com), a tym, którzy chcą głębiej poznać wirtualnych muzyków polecam również stronę fanów (www.fans.gorillaz.com).
Trudno ocenić czy któryś kawałek z „Plastic Beach” powtórzy sukces „Clint Eastwood” lub „Feel Good Inc.”, ale nie ulega wątpliwości, że cała płyta to kawał porządnego grania, a nie album do jednorazowego przesłuchania i odłożenia do zakurzenia.
Po sukcesie debiutanckiej płyty „Lungs” na współpracę z Florence Welch czekali najlepsi amerykańscy kompozytorzy i producenci, w celu nagrania drugiej płyty ponoć było już nawet...


Start



Komentarzy: 0