Gorzkie łzy Birmy
    Birma18 · junty wojskowe13 · konflikt w Azji26 · Aung San Suu Kyi8
2010-11-30
Wywiad z Profesorem Bogdanem Góralczykiem o jego najnowszej książce „Złota ziemia roni łzy. Esej birmański”.

Michał Lubina: Panie Profesorze, w swej najnowszej książce o Birmie „Złota ziemia roni łzy” kilkukrotnie powołuje się pan na Myint Thant U i jego dzieło „The River of Lost Footsteps”. Konkluduje on swoją pracę następującymi słowami: „Gdyby Birma była mniej izolowana, gdyby było więcej handlu, więcej zaangażowania – szczególnie więcej turystyki – wtedy być może warunki dla zmian politycznych pojawiłyby się za dekadę bądź dwie”. Tymczasem wymowa pańskiego działa jest zdecydowanie bardziej pesymistyczna. Czy uważa pan, że prognoza Myint Thant U jest nierealna?

Prof. Bogdan Góralczyk: Nie można być optymistą, jeśli choć trochę lepiej zna się Birmę. Moja „Złota ziemia roni łzy” jest książką autorską, owocem moich wielokrotnych podróży do Birmy z czasów bycia ambasadorem w Tajlandii (oraz Birmie-Myanmar), jak również i po tym okresie. Piszę autorsko, są to moje własne przemyślenia i sądy, a nie powtarzanie za innymi.

Myint Thant U jest jednym z najlepszych specjalistów zajmujących się Birmą. Pisze on z empatią, znajomością rzeczy i kraju. Jednakże jest on Birmańczykiem zokcydentalizowanym, praktycznie rzecz biorąc, całe życie spędził poza granicami Birmy. To zmienia optykę. Ja mam spojrzenie niejako od wewnątrz i patrząc na to, co się tam dzieje, nie widzę szans ani na szybką demokratyzację, ani na modernizację, ani tym bardziej na globalizację. Zresztą, akurat pod tym względem z tym wnikliwym autorem się zgadzamy.

Społeczeństwo birmańskie jest w 80% (a na niektórych obszarach nawet 100%) agrarne. Wyprawa do Birmy to nie tyle podróż w przestrzeni, ile przede wszystkim podróż w czasie. Dotarłem dalej niż dojeżdżają zwykli turyści, a tam jest naprawdę dramatycznie. Są tam obszary, gdzie biały człowiek się nie dostanie (chyba, że go partyzanci przemycą). Pamiętajmy, że Związek Birmański to od 125 do 135 narodowości. Mniejszości są przyduszane, gniecione, tłamszone. Podczas ostatnich wyborów kilka tysięcy Monów i Karenów przekroczyło granicę Tajlandii. To nie przypadek. To nie jest spokojny kraj.


Birma, foto Michał Lubina
Tiziano Terzani, którego pan również cytuje w kilku miejscach w swej książce, pisał w swoich pracach, iż dzięki rządom Ne Wina (rządził jako dyktator w latach 1962-1988- przyp. M.L.) – który zamknął kraj na świat i pogrążył państwo w autarkii – Birma zachowała swój charakter narodowy, co do jakiegoś stopnia sankcjonowało jego dyktaturę. Terzani ma do Ne Wina, mimo jego dziwactw, coś w rodzaju empatii. Tymczasem u pana Ne Win jest „egomaniakiem”, bezwzględnym, nieudolnym i groteskowym dyktatorem. Skąd aż tak negatywna ocena?

Nie mam żadnej empatii do dyktatorów. Mam empatię do narodów. Znam Azję, wiem, że będą tam autokracje; takie, a nie inne sposoby sprawowania rządów. Ale żadna władza, podkreślam, żadna władza w Azji nie sprzeniewierzyła się swojemu narodowi tak, jak junta Ne Wina. Co więcej – nie poniosła za to żadnych konsekwencji. I pewnie obecna ekipa z gen. Than Shwe również nie poniesie, chociaż – jak mówi chińskie powiedzenie – „póki żyje, wciąż może popełnić błędy”.
Junta od 1962 r. przekształciła to bogate społeczeństwo w koszary. Rządzi strach, donos, podejrzliwość, brak zaufania, podpuszczanie jednych narodów na drugie. Wszystkie mniejszości są poniżane, z czego bodaj najstraszniejszym przykładem jest opisana przeze mnie sytuacja narodu Rohingya. Tatmadaw (nazwa armii birmańskiej – przyp. M.L.) prezentuje nacjonalizm i idee wielkobirmańskie. Armia zamieniła państwo w wielkie koszary, funkcjonujące według wojskowego drylu. W Republice Związku Myanmar, jak od listopada br. nazywa się ten kraj, armia równa się państwo. Po wyborach wojskowy przebrali się w cywilne stroje, ale żadnej zmiany nie ma. Armia po kolei wyeliminowała wszystkie instytucje w państwie. Nawet rola Sangha, buddyjskiej hierarchii, została podważona po Szafranowej Rewolucji w 2007 r. Generałowie mają karabin i budzą strach, ale nie mają rządu dusz. To Sangha je ma i dlatego to społeczeństwo, tak sponiewieranie, przynajmniej pozornie wygląda na szczęśliwe, gdyż jest buddyjskie.

U Terzaniego główny dylemat rozwoju polega na tym, że wybór jest dokonywany pomiędzy dżumą westernizacji, niszczącej dawne kultury Azji, a cholerą „birmańskiej drogi do socjalizmu” Ne Wina, zbudowanej na terrorze autarkii. Czy naprawdę nie sposób oddać – toutes proportions gardées – jakiejś dziejowej sprawiedliwości Ne Winowi za to że uchronił kraj od niszczącej sąsiadów materialistycznej okcydentalizacji?

Ne Win popełnił największy grzech: on połączył dżumę z cholerą! Dżumą była dyktatura wojskowa a cholerą realny socjalizm. Rozumiem nostalgię Terzaniego za dawną Azją, ale Birma jest skansenem. Najbogatszy kraj Azji stał się najbiedniejszym! Ten jeden fakt mówi wszystko! Kolejne denominacje waluty, pozbawiające z dnia na dzień ludzi oszczędności całego życia, wygonienie obcego kapitału, nieudolne rządy gospodarcze. Z dzisiejszej perspektywy nie ma nic dobrego do powiedzenia o Ne Winie. Zresztą, nawet obecna junta go nie broni.

Birma, foto Michał Lubina
W swojej książce przyrównuje pan juntę birmańską do jakobinów, nazistów i bolszewików i do najgorszych reżimów w dziejach świata. Czy nie jest to zbyt daleko idące? Przecież junta nie próbowała stworzyć żadnego „nowego człowieka” – nazwijmy to w cudzysłowie –„homo myanmariensis”.


Generał Than Shwe (obecny przywódca junty – przyp. M.L.) właśnie ku temu idzie. Chociażby zakładanie nowej stolicy w Naypyidaw jest tego dowodem. To proste nawiązanie do tradycji trzech poprzednich birmańskich imperiów. Dla nas jest to nieczytelne, dla nich: jasne. Polityka Than Shwe jest nowym, wielkobirmańskim szowinizmem. Wszyscy mają być podporządkowani państwu. To jest projekt ideologiczny!
Proszę zwrócić uwagę, jak oni się odnoszą do mniejszości narodowych. Przecież to jedne z dyplomatów reżimu Than Shwe określił Arakańczyków mianem „ciemnych ogrów”. To jest czystej wody szowinizm, brak szacunku dla innych. Gdyby Aung San Suu Kyi miała kiedykolwiek dojść do władzy, zakopanie tych podziałów będzie dla niej bodaj największym wyzwaniem.

Piszę pan o stereotypach władzy. O podziale na Bamar („nas”) i białych (czyli „obcych”, w tym także mniejszości narodowych); centrum i peryferie („my” i „oni”). Czy można by w takim razie mentalność rządzących Birmą oddać określeniem Gladney’a „orientalny orientalizm”?

Jestem bardzo ostrożny wobec pojęć zachodnich stosowanych na opisywanie Azji: Chin, Tajlandii, a już szczególnie Birmy. Szukałem, szukam i będę szukać odpowiedzi na najważniejsze pytania od wewnątrz, a nie z kategorii nauk zachodnich: czy to politologicznych, czy Said’owskich. Takie jest moje stanowisko. Sednem mentalności junty jest myślenie w kategoriach „kto kogo”. Dobrze widać to na przykładzie dwóch mniejszości. Pierwszym są Monowie: najstarsza cywilizacja, pierwsze państwo na tym obszarze. Przypomnę historię Anawrahty (król, twórca pierwszego imperium birmańskiego ze stolicą w Paganie, panował w latach 1059-1077 – przyp. M.L.), króla Manuha (król Monów, podbity i zaprowadzony do niewoli przez Anawrahtę – przyp. M.L.), XVIII wiecznych pacyfikacji króla Alungpayi (twórca trzeciego, ostatniego imperium birmańskiego, panował w latach 1752 – 1760, wsławił się m.in. brutalnymi masakrami Monów – przyp. M.L.). W oczach junty (ale nie Monów!), sprawa jest załatwiona. A tymczasem to właśnie Monowie uciekają po ostatnich wyborach w dniu 7 listopada br. To o czymś świadczy.
Drugą kluczową mniejszością są Arakańczycy. Oni do XVIII w. nie mieli nic wspólnego z Birmą. Jeśli już – to z Bengalem. Arakan jest ziemią podbitą, to tutaj pojawił się fenomen bezpaństwowca – ludzi, których nikt nie chce.
Jednym z kluczy do zrozumienia tych zagadnień jest brytyjski kolonializm. Brytyjczycy popełnili szereg kardynalnych błędów, o których piszę w książce, wynikających z niewiedzy i ideologicznego nastawienia. To z oporu wobec Brytyjczyków narodził się fenomen Bogyoke Aung Sana (przywódca partyzantki birmańskiej podczas II WŚ, twórca Unii Birmańskiej – przyp. M.L.), stworzenie Tatmadawu i dalsze losy kraju. Tylko Myint Thant U to rozumie. Reszta badaczy tego nie pojmuje, bo patrzy z zewnątrz i/lub jest przywiązana do swoich ideologicznych ocen.

W książce pojawia się porównanie Birmy do protektoratu Chin. Czy jest to ocena uzasadniona? Przecież towary chińskie zalewają całą Azję Południowo-Wschodnią, w Birmie nie ma aż tylu hua qiao („zamorskich Chińczyków”), zaś junta stara się dywersyfikować swoje uzależnienie polityczne od Pekinu. Dlaczego więc Birma miałaby być protektoratem Chin?

Birma jest protektoratem Chin w tym sensie, że bez politycznego parasola Pekinu junta by się nie ostała. Gdy w 2007 r. w konsekwencji stłumienia Szafranowej Rewolucji na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ stanęła kwestia rezolucji o łamaniu praw człowieka w Birmie, Chiny były przeciw (wspomożone przez Rosję) i zablokowały tę rezolucję. Birmę i Chiny łączy „strategiczne partnerstwo”, dla Naypyidaw zdecydowanie ważniejsze niż dla Pekinu, gdyż jest to dla junty jedyny gwarant polityczny jej istnienia na arenie międzynarodowej.
Chciałbym przypomnieć o opisywanych przeze mnie w książce niebywałych inwestycjach chińskich w Birmie. Współuczestniczą oni w budowie m.in. nowej autostrady Rangun – Mandalaj, a drugą, mającą połączyć Assam z Yunnanem, budują sami. Planuje się ukończenie dwóch równolegle idących nitek ropociągu i gazociągu idących z Sitowe(stolicy Rakhine-Arakanu) do Yunnanu, które skrócą Chinom o kilka tysięcy kilometrów drogę dostarczania surowców energetycznych z Afryki i Bliskiego Wschodu. Ta ostatnia decyzja została potwierdzona podczas wizyty premiera ChRL Wen Jiabao w Naypyidaw w czerwcu br.
Ponadto w żadnym innym kraju Azji Południowo – Wschodniej nie ma aż takiej dominacji chińskich towarów. Birma jest izolowana, a Chińczycy mają wszystko, czego Birmańczycy potrzebują. Każdy towar niższej jakości, nawet prawdziwy chłam idzie do Birmy. Przypomnę opisywaną przeze mnie w książce sytuację stolicy stanu Shan: Taunggyi: najpiękniej położonego i chyba najbrzydszego miasta Birmy. Otacza je masa zasieków i wojska, miasto przypomina wielkie koszary birmańskiej armii, a w środku siedzą Chińczycy. Stąd też moje słowa o protektoracie. Nie jest to oczywiście określenie opisujące stan de iure, lecz stan rzeczywisty. Z punktu widzenia rzeczywistości określenie to zdaje się trafiać blisko sedna, jeśli nie w samo sedno.

Birma, foto Michał Lubina
W książce opisuje pan politykę junty polegający na „birmanizacji” nazw (m.in. zmiana oficjalnej nazwy państwa z Birma na Myanmar, a także nazw miast, m.in. Rangun na Yangon). Przyznam szczerze, że nie bardzo rozumiem, dlaczego zmiana nazwy z Birma na Myanmar miałaby być „birmanizacją”. Przecież słowo „Birma” (ang. Burma) pochodzi od nazwy narodowości Bamar, dominującej w państwie. Pamiętam jedną z moich wędrówek po płaskowyżu Shan, gdy miejscowy przewodnik – narodowości Shan właśnie – uczulał mnie, bym nigdy nie mówił „Burma”, a zawsze „Myanmar”, gdyż wtedy jest to określenie całego kraju, a nie tylko tego należącego do Bamarów. Dlaczego więc jest to birmanizacja?



Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Wschodnia Ukraina w ogniu

Wschód Ukrainy to nadal pole walki. W związku z wyborem Petro Poroszenki na stanowisko prezydenta, wiele wskazuje na to, że walka ta nabierze na sile. Separatyści usłyszeli wreszcie, że...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".