„Hard land of wonder” Anity Lipnickiej
    Anita Lipnicka1 · muzyka folkowa10 · muzyka alternatywna274
2009-11-19
Listopad to specyficzny miesiąc. Miesiąc zawieszenia. Jeszcze nie zima, ale też już jakby nie jesień. A nawet jeśli, to do rządów, ewidentnie, dorwała się jej brzydsza siostra. Nieprzyjemna, ponura, a biorąc pod uwagę codzienne deszcze, dodatkowo, płaczka. Nawet największy optymista zdaje się być przygaszony. Oczy nieobecne, rozkojarzone. Chciałoby się pofolgować sobie, opatulić kocem, odpuścić codzienną bieganinę...

W te smutnawe, przepełnione melancholią chwile idealnie wpisuje się najnowsza płyta Anity Lipnickiej „Hard land of wonder”.

Krążek trafił na półki 13 listopada, a wraz z nim, m.in. na MySpace artystki, zaczęły spływać gratulacje i podziękowania od kolejnych, oczarowanych płytą fanów. Także i ja, po przesłuchaniu utworów, jestem pełna uznania dla Lipnickiej i obiema rękoma podpisuję się pod wszystkimi ciepłymi komentarzami. Warto było tyle czekać na solowy album artystki. Nie chcę być tutaj źle zrozumiana. Nie mam nic przeciwko muzycznemu mariażowi Lipnickiej z Johnem Porterem. Niemniej ilekroć natrafiałam na ich piosenki, za każdym razem nachodziła mnie przekorna myśl: a kiedy projekt solowy? Cóż, każdy, kogo choć raz nurtowały podobne kwestie, na odpowiedź musiał poczekać 7 lat. Jednakże, powtórzę się – warto było.

Album promuje utwór „Car door”. Ledwie słyszalne dzwonki na otwarcie. Dalej, surowy wstęp fortepianu. W oddali dźwięki, wywołującej uczucie niepokoju, gitary elektrycznej. Całość spaja mocny wokal Anity. W połowie, wraz z wprowadzeniem instrumentów smyczkowych, napięcie powoli opada, całość łagodnieje. Jak dla mnie, otwierający płytę „Car door” to zdecydowanie najmocniejszy punkt całego albumu. I choćby dla tej jednej piosenki warto wysupłać te kilkadziesiąt złotych i zakupić album. Osobiście, jestem tym utworem oczarowana i mogłabym go słuchać do znudzenia. Pozostałe 10 kompozycji nie wywarły już na mnie aż tak piorunującego wrażenia jak „Car door”.




Co wcale nie oznacza, że na płycie, poza tą jedną piosenką, nie ma już nic do słuchania. Wręcz przeciwnie. Interesująco przedstawia się wyjątkowo refleksyjne, tytułowe „Hard land of wonder” jak również nieśpieszne, wręcz leniwe „Glass of water”. Dodatkowo, ciekawie brzmi numer drugi „Lovely fake”. Chociaż tutaj o wiele bardziej spodobał mi się sam teledysk. Urzekła mnie jego skromność. Na głównym planie Anita. Całość bez jakichś wydumanych fajerwerków, a jedyne „efekty specjalne”, to płynność obrazu, który w jednej chwili jest rozmyty, a za chwilę następuje niespodziewane dla nas wyostrzenie. Tak że bardzo dokładnie obserwujemy choćby plecy wokalistki. Jednakże, ta ostrość jest tylko przez ułamek sekundy, gdyż wkrótce znów wszystko jest rozmyte, bezkształtne. Wracając jednak do utworów, przyznaję, że największy zgrzyt miałam przy „Halfway through”. Dosyć radosna muzyka w połączeniu ze smutnym, melancholijnym tekstem, choćby: tracisz mnie i nic nie możesz zrobić, wywołała u mnie niemałe zdziwienie. I tak właściwie nie do końca wiem jak to rozgryźć. Może przy kolejnym przesłuchaniu coś mi w głowie zatrybi, otworzy się jakaś szufladka, a tym samym, całość będzie łatwiej zrozumieć.




„Hard land of wonder” to w pełni autorska płyta Anity, którą także sama wyprodukowała. Jest to płyta akustyczna, więc od strony instrumentalnej mamy jedynie fortepian (na którym Lipnicka sama sobie akompaniuje) plus kontrabas, gitarę elektryczną, instrumenty perkusyjne oraz smyczkowe. Jeśli weźmiemy pod uwagę nazwiska, wspierających wokalistkę, muzyków: Ali Friend (kontrabas), Danny Cummings (perkusja), Melvin Duffy (smyczki), Charlie Casey (gitara elektryczna). Dodamy do tego nazwisko Camerona Jenkinsa, który trzymał nad wszystkim pieczę. A następnie wyszperamy sobie nazwy zagranicznych zespołów oraz artystów z jakimi ci panowie współpracowali oraz przeczytamy wzmiankę, że album został nagrany w Anglii, m.in. w studiu Petera Gabriela, to tak właściwie... uderza myśl, że to po prostu nie mogło się nie udać.

Niemniej całość byłaby niczym bez wokalu i tekstów Anity. Jak sama zainteresowana przyznaje, bardzo intymnych, osobistych. I, faktycznie, ta intymność jest wyczuwalna już przy pierwszych partiach. Wszak płytę sprezentowała artystka, która blisko połowę swego dotychczasowego życia spędziła na scenie. Płytę sprezentowała artystka, która przeszła długą drogę od „Zanim zrozumiesz” z Varius Manx (czy ktoś te czasy jeszcze pamięta?), poprzez karierę solową, po współpracę z Porterem. Widocznie nadszedł czas podsumowań, weryfikacji, ponownego ustalania współrzędnych, tych zawodowych, może też osobistych.

Można by wbić małą szpileczkę, że wszystkie teksty po angielsku. Tylko po co ganić, jeśli tak pięknie i bezbłędnie wychodzi Lipnickiej wyrażanie emocji. Zaryzykuję stwierdzeniem, że nawet lepiej niż po polsku. I tak właściwie, to chyba nie wyobrażam sobie „Hard land of wonder” w języku polskim.


Komentarzy: 1

Galamar
7 grudnia 2012 (02:10)
and what about...
... You change me
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Iamamiwhoami – Kin

Wszystko zaczęło się od umieszczania tajemniczych klipów na kanale youtube skandynawskiego projektu o nazwie iamamiwhoami. Brak konkretnych informacji sprawił, iż na podstawie stylistyki...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".