Indonezja - czyli zaskakująco świeży smak durianu
    Indochiny38 · Indonezja6 · Azja Południowa31 · reportaże z podróży201
2011-01-30
Dawno temu w podróży spotkałam chłopaka z workiem jutowym na ramieniu. Włóczył się już jakiś czas po świecie. Mocno mi to zaimponowało. Byłam wtedy na jednej z pierwszych wypraw mojego życia – przestałam wreszcie jeździć stopem po Europie i wyruszyłam lądem do Indii. To co zobaczyłam po drodze było dla mnie wielkim szokiem. Koleś z workiem, spotkany w pakistańskim Lahore, przekonywał jednak, że Pakistan i Indie to nic szczególnie wyjątkowego. Prawdziwa egzotyka zaczyna się znacznie dalej. W Indonezji. Tam koniecznie trzeba pojechać. Nigdy tych słów nie zapomniałam. Ale do Indonezji wybrałam się dopiero dziesięć lat później, w roku 2009.

Na pierwszą wyspę indonezyjskiego archipelagu, Sumatrę dostaliśmy się, wraz z moim „narzeczonym”, drogą lądową z Malezji w atmosferze kompletnej paniki i szaleństwa z powodu ataku świńskiej grypy. Sąsiednie państwa z reguły się nie lubią. Tak też jest w przypadku Indonezji i Malezji. Nie lubią się i podejrzewają o najgorsze. W tamtych dniach gazety malezyjskie rozpisywały się szeroko o braku kompetencji w walce z nową chorobą lekarzy w Indonezji i wpuszczały przybyszy z tego kraju dopiero po stwierdzeniu iż są oni w dobrym stanie zdrowia. I na odwrót. Indonezja uznała Malezję za główne źródło rozprzestrzeniania się „pandemii”. Jednak, po przekroczeniu granicy, na Sumatrze, wszystko się uspokoiło. Na ulicach malezyjskich miast ludzie masowo nosili maseczki na twarzy, ale na Sumatrze nie zobaczyliśmy już nikogo takiego. To był dobry znak.

Maryjne autobusy

Sumatra to jeszcze stosunkowo mało turystyczna wyspa. Z powodu braku dobrej jakości dróg i dzięki gęstej siatce tanich połączeń lotniczych tylko największe biedaki podróżują autobusami z jednego końca wyspy na drugi (długość: ok. 1790 km). My jednak, niezrażeni koszmarnymi opowieściami innych podróżników, zdecydowaliśmy się na autobus relacji Bukittinggi- Bandar Lampung. Podróż miała trwać jedynie 22 godziny. A nasz autobus miał być wyposażony w z tak zwane „wygody”, które w krajach europejskich już dawno przestały za takowe uchodzić. Były to: klimatyzacja, miejsce na nogi, rozsuwany fotel oraz ubikacja na „pokładzie”. Kupiliśmy bilet na linię NMP, skrót trudny do zapamiętania, chyba , że skojarzy się go np… nomen omen z Najświętszą Marią Panną i do końca życia zapamięta. Tak więc skrót i pośrednicy obiecywali nam całkiem miłą podroż. A jechało się tak:

Wrażenie pierwsze: wsiadamy. Z powodu usunięcia, czy też odpadnięcia wiekowych tabliczek z numerkami z trudem odnajdujemy nasze miejsca. Natychmiast odkrywamy też, że nawiewy, które niegdyś chłodziły głowy pasażerów są wyrwane. Z sufitu zieje na nas nieskończoną czernią ogromna dziura, którą próbujemy zatkać pustą butelką po coca coli. Dmucha zimnem tak, że ze zgrozą myślimy o dobie przymusowego pobytu w lodówce. Wrażenie drugie: coś stało się z tylnym wejściem do autobusu. Schody, naprędce zbite z desek, są więcej niż prowizoryczne. Nieliczni pasażerowie próbujący się za ich pomocą wdrapać do środka spadają z łoskotem w dół. Wrażenie trzecie: toaleta. Nie przeszkadza nam, że śmierdzi z niej niesamowicie i brakuje światła. Gorzej, że aby można było z niej skorzystać zapalono w środku świeczkę, która wcale nie gaśnie podczas jazdy! Wrażenie czwarte: ludzie, nasi współpasażerowie. Wszyscy, ale to wszyscy na nas patrzą, wybałuszają gały, po prostu pożerają wzrokiem. Bo czy to możliwe, żeby w tym lepszym ze światów istnieli tak biedni biali, których nie stać na samolot (jest naprawdę niewiele droższy do autobusu)? Zatem w drogę!

Maria awaria

Nasza podróż jawi mi się teraz jako kalejdoskop przygód. Po pierwsze cztery poważne naprawy. Scenariusz za każdym razem był ten sam: kierowca zatrzymywał maszynę na poboczu i ludzie wysiadali. Bez pracy silnika nie działała „klima”, więc po pięciu minutach siedzenia w bezruchu człowiek stawał się zupełnie mokry od potu i to zmuszało go, także podczas głębokiej, ciężkiej od snu, nocy do ewakuacji. Ludzie wychodzili i zamierali w dziwnych pozach. Jedni siedząc w kucki przy szosie, inni polegując na trawie. Jeszcze inni zataczali nerwowe kręgi. Wszyscy w milczeniu czekali na efekt naprawy. W tym czasie kierowca biegł do najbliższej wioski po wodę do chłodnicy. Albo gasił mały pożar.

Geograficzne wyszukiwanie tekstów Wybierz kontynent i kraj, czytaj nasze teksty

To ostatnie zdarzenie było jedną z bardziej stresujących awarii. Przez chwilę dym wydobywał się podczas jazdy z tyłu autobusu ku przerażeniu pasażerów ale skończyło się szybko i dobrze. Wszystkie te „drobne” i „codzienne” w mniemaniu kierowcy usterki absolutnie nie zakłóciły normalnego rytmu funkcjonowania autobusu. Nie przeszkodziły pasażerom dosiadać się bez końca. W efekcie byli już wszędzie: na skrzynkach po piwie, które dość szybko zatarasowały całe przejście między dwoma rzędami foteli, na poręczach, na podłodze. Nie przeszkodziły także kierowcy w słuchaniu głośnej, ryczącej i wciąż tej samej kasety z indonezyjskim disco polo, w rytm, którego, jak przy najpiękniejszej kołysance, zasypiały całe hordy dorosłych ludzi zabierane z wiosek na przystankach po drodze. Ludzie ci posiadali godną podziwu właściwość: zajmowali wskazane im przez kierowcę miejsce. Bądź to poręcz, bądź skrzynkę, albo jedynie stawali na baczność. Witali się lub tylko ze zdziwieniem przyglądali nam i prawie natychmiast zapadali w letarg, który trwał nieprzerwanie aż do przystanku docelowego.

Nie przeszkadzało im: deptanie, poszturchiwanie, dotykanie, przesuwanie. Zazdrościłam im bardzo. Mi, Europejce przeszkadzało niemal wszystko: obcy „półdupek” na mojej poręczy, deszcz lejący się na fotel przez nieszczelne okno, wiejący chłód z dawnej klimatyzacji albo buchające gorąco w czasie postojów, nieustanne i zawsze takie same zaczepki nowo przybyłych pasażerów: „hello miss”, zdezelowany fotel przede mną, z uporem spadający na moje za drobne, by udźwignąć siedzącego na nim faceta, kolanka i wreszcie walizka, która raz niemal zleciała mi na głowę z półki naprzeciwko. I na końcu już, widok potwornie umęczonego kierowcy, któremu, bez przesady, zamykały się powieki ze zmęczenia. Prowadził, a na postojach naprawiał autobus od początku naszej podróży (24 h). Teraz mogliśmy oglądać jego niepokojąco senną twarz w lusterku. Na szczęście gdy sen zwyciężył pałeczkę przejął ktoś inny, a kierowca zasnął…. tyle, że na stojąco (nie było już żadnej wolnej skrzynki po piwie, ani poręczy). Potem, przeniósł się na podłogę, w kucki. Gdy wreszcie, po 34 godzinach, dotarliśmy do celu byliśmy już innymi ludźmi. Pogodzeni z losem, spokojni i tylko trochę senni. Na pożegnanie, jeden ze współpasażerów, wyglądający na studenta, powiedział: „ I‘m handsome”. Pożegnanie iście absurdalne jak cała podroż.

Rzuć pan grosik, rzuć

Po tak oczywistej mordędze, postanowiliśmy wypocząć na najbliższej napotkanej plaży. W końcu Indonezja to same wyspy otoczone przez morze. Foldery reklamowe z tego regionu aż kipią od fotografii przedstawiających lazur wody i biały piaseczek. Najbliższy taki „raj”, według słów miejscowych, znajdował się na sąsiedniej wyspie: Jawie, maksymalnie dwanaście godzin jazdy z Sumatry. Już rano następnego dnia wyruszyliśmy tam. Czekając na szybki wodolot byliśmy świadkami sceny niecodziennej. Na nabrzeżu kręciło się sporo dzieciaków. Z tego, czego dowiedzieliśmy się od innych gapiów ich rodzice nie pracowali. Mieszkali razem ze szczurami w domach z blachy falistej, tuż obok ogromnej sterty śmieci. Chłopcy większość czasu spędzają w porcie morskim. Kiedy statek czy prom jest już prawie gotowy do wypłynięcia cała ekipa szybko się na niego wspina a potem kolejno … skaczą do wody z wysokości kilkudziesięciu metrów, po to by wyłowić rzucane przez… pasażerów drobne monety. Najlepszy był czarny drobny dziesięciolatek. Jemu najczęściej udawało się wyłowić żółtą, o niskim nominale, monetę zanim na zawsze zniknęła w głębinie. Gdy statek rusza chłopcy płyną chwilę za nim trzymając się jego tyłu.… To zawsze robi wrażenie. Ciężko sobie wyobrazić, że gdzieś tam pod wodą kręci się wielka śruba.

Serang: jądro ciemności

Na ogromnym „dworcu” autobusowym (duży plac), już po jawajskiej stronie czujemy się zagubieni. Pytamy więc kierowcy startującego autobusu czy nie jedzie do interesującej nas miejscowości. Kiwa głową, bierze nasze pieniądze i każe zajmować miejsca. Jedziemy. I kiedy tak siedzimy pogrążeni we własnych myślach , wyluzowani przychodzi do nas ten sam kierowca i mocno wymachując rękami każe nam szybko wysiadać, bo jak się teraz okazuje tam gdzie chcieliśmy się dostać nie jedzie. Oszukańcza strategia jest łatwa do odgadnięcia: trzeba zrobić jak najwięcej szumu żeby biali szybko zniknęli i zapomnieli upomnieć się o swoje pieniądze. Jednak my jesteśmy na takie numery przygotowani. Nie zajechaliśmy za daleko a zapłaciliśmy sporo, więc odmawiamy wyjścia z autobusu bez zwrotu pieniędzy. Na to kierowca oznajmia, że oddał już „w niewidzialny dla nas sposób” pieniądze temu właściwemu „busiarzowi”, który zawiezie nas tam gdzie chcemy. Wokół narasta tłum, który spontanicznie włącza się do kłótni. Większość trzyma naszą stronę. Kierowca kapituluje i zwraca pieniądze.

Po wysiadce okazuje się, oczywiście, że nie ma żadnego interesującego nas połączenia. Szybko zapada zmierzch. „Dworzec” zaczyna pustoszeć, a wokół nas coraz bardziej krążą mętne typy. Opuchnięci, obdarci, ze śladami pobicia. Wypytujemy kierowców nielicznych już autobusów o kierunek jazdy. W jednym z nich spotykamy białego. Mieszka w okolicy i radzi nie zostawać tutaj na noc. I wtedy podjeżdża puściutki busik, którego kierowca twierdzi, że jedzie dokładnie tam gdzie chcemy. Już mamy wsiadać gdy w jednym z „pomagierów” kierowcy rozpoznajemy obitego bandziora, który nam się wcześniej przyglądał. Teraz już tylko marzymy by wydostać z przeklętego Serangu w którym niezamierzenie utknęliśmy. Nieważne gdzie, byle z ludźmi. Wsiadamy do przypadkowego autobusu . Jakże cieszy teraz gwar rozmów. Nawet godzinny korek i spływający po naszych twarzach pot potęgują uczucie relaksu i rozluźnienia. Oczyszczają nasze ciała jak sauna. Jak cudnie jest posłuchać ulicznych grajków, którzy na licznych przystankach wchodzą by zagrać kilka akordów, poobserwować uzdrawiaczy, którzy chwaląc się arabskimi certyfikatami solennie zapewniają o leczniczym dzianiu jakiegoś specyfiku. Popatrzeć na handlarzy chipsów, bananów, wody. Nawet kury, których mi zawsze żal, ściśnięte pod naszymi siedzeniami, ze związanymi nogami, nie smucą mnie w tej sytuacji aż tak bardzo.


Foto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna Rybak
Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".