„Iron Man 3”
    film74 · Iron Man1 · Robert Downey Jr.1
2013-05-26
Oczekiwania wobec „Iron Mana 3” były wysokie od początku produkcji. Shane Black nie tylko musiał udowodnić, że po dwóch częściach Tony Stark nadal potrafi zainteresować widza w filmie, w którym nie towarzyszą mu inni superbohaterowie, ale też pokazać, że zeszłoroczny sukces „The Avengers” to dopiero początek. Czy mu się to udało? I to jak.

Shane Black przejął pałeczkę reżysera filmów o Iron Manie po Jonie Favreau. Dotychczas dał się poznać światu przede wszystkim jako scenarzysta dobrze znanych filmów akcji, takich jak „Zabójcza Broń” czy „Bohater Ostatniej Akcji”. Teraz po raz drugi w swojej karierze zasiadł na krześle reżysera, co było dla niego również okazją do ponownej współpracy z Robertem Downeyem Jr. (kto jeszcze nie widział „Kiss Kiss Bang Bang”, gorąco polecam).

„Iron Man 3” jest bezpośrednim sequelem zeszłorocznego „Avengers”. Centralnym punktem filmu jest próba odnalezienia się Tony'ego Starka w świecie, który zmienił się z dnia na dzień. Walka o Tesseract z Lokim i jego armią Chitauri, której kulminacją była wielka bitwa naprędce zgromadzonych superbohaterów udowodniła, że nie jesteśmy sami, nie tylko w kosmosie, ale też na własnej planecie, a na polu międzygalaktycznych i międzywymiarowych wojen mamy bardzo dużo do nadrobienia. Obrona własnej planety u boku Kapitana Ameryki, Hulka czy Thora byłaby w stanie złamać każdego, również wielkiego Tony'ego Starka. Po bezpośrednim zetknięciu się ze śmiercią, mężczyzna cierpi na zespół stresu pourazowego i niekontrolowane napady lęku. Czuje się boleśnie słaby w swojej może technologicznie zaawansowanej, ale jednak tylko zbroi. Próbując poradzić sobie z obezwładniającą świadomością własnej słabości, Stark spędza całe dnie i noce w wybudowanym pod swoją posiadłością bunkrze i konstruuje oraz ulepsza niezliczone zbroje, niektóre z nich tak zaawansowane, że może nimi kierować na odległość. Jednocześnie coraz bardziej odsuwa się od bliskich, zwłaszcza od swojej dziewczyny Pepper Potts (Gwyneth Paltrow) i najlepszego przyjaciela Rhodey'a (Don Cheadle).

Shane Black serwuje nam dwie godziny czystej zabawy, mocno upstrzonej efektami specjalnymi i jego charakterystycznym humorem, który pojawia się tak często i gęsto, że w końcu trafi do każdego, nie ważne jak wybrednego widza.

Na tak przygotowaną przez reżysera scenę wkracza Mandaryn (w tej roli niesamowity Ben Kingsley). Jest on sprawcą serii ataków bombowych (ku całkowitemu zaskoczeniu ekspertów od analizy – bez użycia bomb), które uderzają w autorytet prezydenta Stanów Zjednoczonych. W jednym z jego ataków raniony zostaje przyjaciel Tony'ego – Happy Hogan (Jon Favreau). Stark w końcu zostaje wyrwany z marazmu i zmuszony do działania. Bohater angażuje się w walkę i odkrywa, że w całą intrygę może być zamieszany dobrze mu znany naukowiec Aldrich Killian. Tony Stark ponownie musi skorzystać ze swojego geniuszu, stworzyć coś z niczego, z pomocą przypadkowo napotkanego dziecka przezwyciężyć swoje lęki, ale przede wszystkim uratować świat.

Mandaryn jest jednym z najbardziej reprezentatywnych złoczyńców w klasycznych komiksach o Iron Manie i chcąc zrobić film w oparciu o tę postać, można wybierać z całego zastępu lepszych czy gorszych serii. Trudno jest jednak odpowiednio przedstawić postać, która w początkach swojego powstania była po prostu rasistowską karykaturą (jak większość wrogów Iron Mana). Jednak zamiast sięgać do klasyków, Shane Black i Drew Pearce zdecydowali się oprzeć fabułę na nowszej serii Extremis, a ich filmowy Mandaryn jest nie tyle karykaturą, co raczej lustrzanym odbiciem obaw współczesnego świata. Na pierwszy rzut oka o korzeniach bliskowschodnich, Mandaryn ubrany jest w strój nawiązujący do dalekiego orientu, a ludzi zastrasza swoimi krótkimi występami przed kamerą, w których wygłasza przed całym światem swoje anarchistyczne kredo. Jest ucieleśnieniem światowego terroryzmu – Bin Ladena, Kim Dzong-ila i cyberterroryzmu w jednym. Nie jest to nowy motyw w historiach o Iron Manie; zarówno komiksy, jak i wcześniejsze filmy starały się być komentarzem sytuacji politycznej.

„Iron Man 3” to bez wątpienia film niezwykle efektowny. Jest w nim wszystko – walki, eksplozje, fajerwerki; niezliczone zbroje Iron Mana i ilość sposobów na ich zniszczenie robi wrażenie a genetycznie ulepszeni żołnierze, z którymi przyszło się tytułowemu bohaterowi zmierzyć idealnie balansują między rozmachem komiksów a preferowanym przez film romansem z „realistycznym przedstawianiem postaci”. Jednak poza efektami, przede wszystkim film opiera się na aktorach. Robert Downey Jr. urodził się by zostać Tonym Starkiem i gdyby nie różnica wieku między nim a bohaterem komiksu, można by przysiąc, że Stan Lee stworzył Iron Mana właśnie na jego podobieństwo. Ben Kingsley udowadnia, że jest nie tylko świetnym aktorem z dużą dozą dystansu do samego siebie, ale przede wszystkim ożywia na ekranie jedną z najzabawniejszych i najciekawszych postaci dotychczas przedstawionych w filmach Marvela. Oklaski należą się również Gwyneth Paltrow, która bez zadyszki dotrzymuje kroku swojemu ekranowemu partnerowi. Grana przez nią Pepper Potts może i żyje w cieniu Tony'ego Starka, ale na pewno nie jest zwykłą damą w opresji. Nie sposób również nie wspomnieć o Donie Cheadle, który doskonale sprawdza się jako Rhodey/Iron Patriot i Guy'u Pearce – to się nazywa gorący występ.



W tym miejscu warto jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy. W połowie filmu dochodzi do zupełnie niespodziewanego zwrotu akcji (aż do teraz nie mogę uwierzyć, że twórcom udało się go zachować w tajemnicy do samej premiery). To rozwiązanie zapewne zachwyci krytyków, gdyż jest to szalenie błyskotliwy, najlepiej rozegrany i najzabawniejszy motyw we wszystkich filmach Marvel Studios; niekoniecznie spodoba się on jednak zagorzałym fanom komiksu, bo zupełnie zrywa z tradycją i buduje swój własny świat rzeczywistości filmowej. Według mnie był to prawdziwy przebłysk geniuszu.

Oczywiście „Iron Man 3” nie jest filmem idealnym. Scenarzyści czasem poszli na łatwiznę i uciekli się do sprawdzonych motywów, postać dr Hansen grana przez Rebeccę Hall robi się coraz bardziej przewidywalna z każdą kolejną sceną, a poczynania Iron Patriota w Pakistanie z pewnością oburzą (całkiem słusznie) wiele osób za powielanie stereotypów na temat Bliskiego Wschodu, jednak całościowo film broni się, i to bardzo dobrze. Shane Black serwuje nam dwie godziny czystej zabawy, mocno upstrzonej efektami specjalnymi i jego charakterystycznym humorem, który pojawia się tak często i gęsto, że w końcu trafi do każdego, nie ważne jak wybrednego widza.

Podsumowując, już na początku sezonu widzowie doczekali się filmu godnego miana wakacyjnego hitu. „Iron Man 3” to seans obowiązkowy – w końcu nie każdy film musi być filmem ambitnym, a wychodząc do kina, czasem warto nastawić się po prostu na zwykłą rozrywkę.


Chcesz odnieść się do stanowiska autora, chcesz polemizować, skomentować ten tekst? A może chciałbyś Drogi Czytelniku napisać na temat innego filmu? Może książki? Albo albumu muzycznego, który zrobił na Tobie ostatnio wrażenie?
Jeżeli jesteś zainteresowany i zdecydowany przeczytaj nasz anons dotyczący współpracy redakcyjnej lub od razu napisz i wyślij do nas swój materiał na adres: redakcja@mojeopinie.pl. Odezwiemy się szybko!!


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".