Jedno takie gruzińskie lato
    Gruzja47 · Kaukaz47 · Batumi1 · reportaże z podróży201
2011-10-09
Pomysł wyjazdu do Gruzji zrodził się spontanicznie, chociaż jest to obecnie popularny szlak polskich wypraw. Po prostu nie mieliśmy za dużo pieniędzy a chcieliśmy odwiedzić ciekawy zakątek naszego globu. Skuszeni opowieściami o gościnności Gruzinów i magii Kaukazu postanowiliśmy na własne oczy przekonać się jak naprawdę żyje się w tym kraju

Zielony Kaukaz, foto Tomasz Stankiewicz

Do Gruzji wyruszyliśmy lądem, naszym kilkunastoletnim samochodem. Taki wariant podróży narzucił się sam po skalkulowaniu kosztów, bo cena biletu lotniczego dla trzech osób znacznie przewyższała ilość pieniędzy, którą wydalibyśmy wybierając podróż lądem. Przynajmniej tak nam się wydawało w Polsce.

Podróż przez Czechy, Słowację, Węgry, Serbię i Bułgarię przebiegła dość sprawnie, nie licząc ogromnych kolejek na granicy węgiersko-serbskiej oraz irytującej drobiazgowości pograniczników serbskich i bułgarskich. Po trzech dniach jazdy wreszcie znaleźliśmy się w upragnionym Stambule – symbolicznej granicy między Europą i Azją. I tam po raz pierwszy odkryliśmy, iż cena benzyny w Turcji za litr jest niewiarygodna! Trzeba było zapłacić prawie dziewięć złotych!! Oczywiście mogliśmy sprawdzić przed wyjazdem ile kosztuje paliwo, ale jakoś nie przyszło nam to do głowy, przecież jechaliśmy do Turcji sąsiadującej z Iranem, prawdziwym potentatem naftowym! Gdy pierwszy szok minął zdaliśmy sobie sprawę, jako iż czekało nas jeszcze prawie tysiąc kilometrów bardzo drogiej jazdy, że musimy zrezygnować z głębszej eksploracji samej Turcji i udać się jak najkrótszą drogą do granicy gruzińskiej.

Przejazd przez cieśninę Bosfor, foto Tomasz Stankiewicz Przejazd przez cieśninę Bosfor, foto Tomasz Stankiewicz

Niewiedza kosztuje

Podróż przez Turcję była monotonna. Dobre dwupasmowe drogi i stacje benzynowe to wszystko, co zobaczyliśmy. Wreszcie, gdzieś w okolicy Trabzonu, krajobraz zaczął się zmieniać. Suche, uprażone w słońcu równiny, z wolna ustępowały miejsca schodzącym do morza górom porośniętym krzewami herbacianymi i leszczyną. Z nieba siąpiła nieustanna mżawka, ale było parno do granic wytrzymałości. Podróż samochodem bez klimatyzacji stała się koszmarem. Byliśmy mokrzy od potu i zmęczeni panującym zaduchem. Z ulgą powitaliśmy znaki kierujące nas prosto na przejście turecko- gruzińskie. Po spełnieniu formalności po stronie tureckiej, wjechaliśmy na teren Gruzji, gdzie było już zupełnie inaczej: po pierwsze nikt się nami nie interesował, nie bardzo, więc wiedzieliśmy gdzie moglibyśmy udać się po stempelek umożliwiający nam wjazd samochodem. Po drugie w okienku, gdzie odprawiano podróżujących autokarem, kłębił się spory tłum, z daleka widać było, że ludzie są zdenerwowani a na twarzy celnika malowała się prawdziwa satysfakcja z takiego stanu rzeczy. I gdy tak niepewnie rozglądaliśmy się wokół nawet nie zauważyliśmy, kiedy wyrosła przed nami grupka podejrzanych typów.

- Dajcie koniecznie nam swoje paszporty! – zakomenderował jeden z nich - załatwimy wam pieczątkę na wjazd samochodem!

Na takie rozwiązanie naszego problemu oczywiście nie mogliśmy przystać, jednak za namową jednego z tych cwaniaków udaliśmy się (razem z nim!) do jednej z kilkunastu identycznie wyglądających przygranicznych budek. Tam rzeczywiście dostaliśmy upragnioną pieczątkę. Ale za okazaną troskę musieliśmy oczywiście naszemu opiekunowi… zapłacić.

Batumi, ach Batumi, herbaciane pola Batumi

Niby wszystko jest tak samo, bo deszczyk wciąż siąpi, a góry obsypane herbacianym krzewem schodzą wprost do morza, ale jednak jakoś inaczej, bo droga węższa, bardziej zniszczona. Tu i ówdzie krowy beztrosko pasą się na poboczu i samej jezdni a mijane przez nas samochody też nie przypominają tych, spotykanych po stronie tureckiej. Po przejściu formalności paszportowych szybko docieramy do Batumi, jedynego obecnie nadmorskiego kurortu w Gruzji.

>
Plaże Batumi, foto Tomasz Stankiewicz Plaże Batumi, foto Tomasz Stankiewicz

Dziwny to kurort, niczym nieprzypominający tych, znanych nam wcześniej z francuskiej czy choćby bułgarskiej riwiery. Batumi, mimo iż posiada deptak jak się patrzy i inne typowe atrakcje turystyczne (jak na przykład zjeżdżalnie wodne) jest miastem na wskroś chaotycznym. Tutaj bloki, których całe mnóstwo szpeci przedmieścia, sprawiają wrażenie postawionych naprędce, trochę tak jakby konstruktorzy ścigali się z czasem, ulice upstrzone są tysiącem budek, kramików i sklepów z przeróżnym drobiazgiem, chodniki zaś i jezdnie toną w ogromnych kałużach. Bo leje tu często, właściwie nieustannie. Taki tu klimat, dlatego też rośnie herbata. Ludzie w Batumi sprzedają wszystko, co z pozoru wydaje się bezużyteczne. Przeróżne używane, żeby nie powiedzieć, zużyte części samochodowe cieszą się tu wielkim wzięciem, tak samo jak baniaki na wodę, które dosłownie zdobią każdy garaż pełniący teraz funkcję małego sklepiku. Na rogach ulic wielkim powodzeniem cieszy się kwas chlebowy i zakąska w postaci wędzonej ryby, pokrojonej w dzwonki. Jednak prawdziwą miłością darzą mieszkańcy i przyjezdni.. piwo. Piją je tutaj niemal wszyscy. Piwiarnie czynne są już od wczesnych godzin porannych i wcale nie świecą pustkami. Na złocisty napój stać tu niemal każdego. Ci, biedniejsi kupują piwo w plastikowej półtora litrowej butelce, koneserzy zaś sięgają po napój z górnej półki, przygotowywany na bazie górskiej źródlanej wody z okolic Kazbeku, jednego z większych szczytów Gruzji.

Kiedyś to były czasy…

Jednak uroda Batumi, mimo, iż oryginalna, nie bardzo sprzyja zaklasyfikowaniu miasta, jako pierwszorzędnego kurortu. Siąpiący nieustannie deszcz, który jednak nie odbiera ochoty Gruzinom do kąpieli w ciepłym Morzu Czarnym, nie jest tu jedynym problemem. Wszechobecność wielkiej płyty oraz sporej wielkości kamyczków zamiast białego piaseczku na plażach to kolejne grzechy tego nadmorskiego kurortu. Jeśli do tego dołożymy jeszcze placki krowiego łajna, którymi regularnie upstrzona jest plaża nie trzeba się dziwić niechęci niektórych przybyszy do Batumi. Ale Gruzini nie mają innego wyjścia. Niegdyś wylegiwali się nad Morzem Czarnym w Suchumi, stolicy Abchazji. Teraz to już przeszłość. Po dwuletniej krwawej wojnie i proklamowaniu niepodległości przez Abchazję żaden z Gruzinów nie może już tam pojechać!

- Kto kiedyś słyszał o tym żeby jeździć do Batumi na wakacje!- tak oto podsumowała obecną sytuację jedna ze spotkanych przeze mnie Gruzinek.

Oszustwo po gruzińsku

Dość mieliśmy już tej podzwrotnikowej aury. Przed deszczem uciekaliśmy w głąb kraju. Naszą podróż zaczęliśmy od napełnienia baku tanią gruzińską benzyną. Jakież było nasze zdziwienie, gdy obsługujący nas pracownik stacji na kalkulatorze wystukał kwotę, której wcale się nie spodziewaliśmy. Była spora, mimo iż bak naszego samochodu, tuż przed zatankowaniem wypełniony był do połowy. Na zgłaszane przez nas wątpliwości mężczyzna zareagował ponownym wyciągnięciem kalkulatora i wykonaniem całej operacji od początku. Wszystko się zgadzało. Nie mając wyjścia zapłaciliśmy i z żalem opuściliśmy stację. Ale całe zdarzenie nie dawało nam nadal spokoju. Jeszcze raz, tym razem na swojej komórce, wykonałam proste mnożenie.

Geograficzne wyszukiwanie tekstów Wybierz kontynent i kraj, czytaj nasze teksty

I tu szok, wręcz niedowierzanie: na ekranie widniała całkiem inna, mniejsza mniej więcej o jedną trzecią, kwota! Wróciliśmy. Na stacji nie było już faceta, z którym uprzednio sfinalizowaliśmy transakcję. Już upajał się on radością swojego małego sukcesu. Spotkaliśmy go w pobliskim sklepiku gdzie kupował papieroski i piwo. Gdy pokazałam mu nasze obliczenia, przyparty do muru naszym oburzeniem, przyznał się do oszustwa, pieniędzy jednak nie zwrócił w całości… część z nich po prostu zdążył już wydać! Byłam w wielu krajach na świecie i niejeden raz zostałam oszukana, jednak nigdy nie odbyło się to w tak wyrafinowany sposób….poprzez zmianę systemu liczbowego w kalkulatorze!

W gościnie u popa

Żeby dotrzeć do Vardzi, chyba jednego z najsłynniejszych zabytków Gruzji trzeba najpierw pokonać główną (zaznaczoną tak na mapie Michelina) krajową drogę. Dziwna ta „główność”, zważywszy, że pokonanie kilkudziesięciu kilometrów zajęło nam cały dzień. Po drodze, czy właściwie na drodze, mijaliśmy stada krów, przeprawialiśmy się też przez wartkie potoki, pokonywaliśmy sporej wielkości głazy a odcinki szutrowe widywaliśmy częściej niż te porządne, asfaltowe. I tylko dziw bierze, że to nasze stare, poczciwe auto, o niskim zawieszeniu to wszystko zniosło. Po tych, iście rajdowych, przygodach znaleźliśmy schronienie u popa, który nieopodal słynnego skalnego miasta w Vardzi, dysponował darmowym miejscem do rozbicia namiotu i niezłym jadłem. Zostaliśmy u niego, nad strumyczkiem trzy dni. Przez ten czas spotkaliśmy...siedemnastu Polaków i niemal podobną liczbę Czechów!

Vardzia, słynny gruziński zabytek, foto Tomasz Stankiewicz Vardzia, słynny gruziński zabytek, foto Tomasz Stankiewicz

Było tak, jakby gospoda u popa powstała jedynie, po to, aby gościć braci Słowian! Dni nieopodal miasta, wykutego przed wiekami w skale, upływały nam beztrosko. Rankiem zażywaliśmy kąpieli w gorącym źródle siarkowym, które mieściło się w rozwalonej szopie. To nic, że dach, nadszarpnięty był już zębem czasu, tak mocno, iż podczas kąpieli można było swobodnie podziwiać błękit nieba. To nic, że ostatni odbiór techniczny miał miejsce w latach siedemdziesiątych, jak można było dowiedzieć się z tablicy upamiętniającej to doniosłe wydarzenie. Poza Polakami i Czechami z gorącego źródła o zapachu jaja skwapliwie korzystali także Gruzini, którzy przyjeżdżali tutaj całymi rodzinami na tzw. suprę- jedyną w swoim stylu gruzińską biesiadę, gdzie nie tylko kosztuje się doskonałych przysmaków kuchni gruzińskiej, ale także sporo pije i obowiązkowo śpiewa.

Ta niechciana niepodległość

Następnym naszym przystankiem był Park Narodowy Borjomi-Kharagauli. Zmęczeni wędrówkami po wąskich parkowych ścieżkach, gdzie podziwialiśmy wodospady, kwieciste łąki czy głębokie wąwozy i spotykaliśmy, przyprawiające o szybsze bicie serca, ślady niedźwiedzi i dzików, zmęczeni nieustannym spaniem w namiocie marzyliśmy o prawdziwej domowej kąpieli. I faktycznie nadarzyła się taka okazja. Gdy tak odpoczywając siedzieliśmy sobie na obrzeżach parku Gruzinka zaprosiła nas do siebie, do mieszkania w pobliskim bloku. Na miejscu okazuje się, że Marika, bo tak ma na imię, jest pracownicą parku, pomaga w pracach porządkowych i gotuje tam obiady. Gdy tylko rozniosła się wieść, że śpimy u Mariki zewsząd zeszli się zaprzyjaźnieni sąsiedzi, przybyły nawet jej dorosłe dzieci. Na stole pojawiły się pomidory, ziemniaki i cha-cha, miejscowy samogon. Sąsiedzi zaś przynieśli piwo w plastikowych butelkach. Rozmawiamy o dawnej Gruzji, bez Sakaszwilego, o tym jak żyło się wtedy w Sowieckim Sojuzie. - Ech, to były czasy- wzdycha z rozrzewnieniem Marika- wszyscy mieli pracę, nie tak jak teraz! Żyjemy tylko z sezonowej pracy w Parku- żali się.

- Jak roboty nie ma to kombinujemy, aby jakoś przeżyć. Teraz jest sezon polowań. Mój mąż też poszedł. Jak będzie mieć szczęście to i niedźwiedzia przyniesie- ożywia się - przynamniej będzie co jeść przez kilka tygodni! Gorzej jak zima przyjdzie! I po co nam to było? – pyta - po co nam była ta cholerna niepodległość?!

Wielu ludzi tęskni do dawnych czasów radzieckiej stabilizacji. Wyłączenia prądu, brak środków do życia to teraz w Gruzji ponura codzienność. Tymczasem, w miarę wypijanej cha-chy i piwa Marika staje się coraz bardziej rozmowna.

blok gdzie mieszka Marika, foto Tomasz Stankiewicz blok gdzie mieszka Marika, foto Tomasz Stankiewicz


- Mam pomysł na biznes!- zwierza się i przyznam, że dziwnie to brzmi w ustach zniszczonej pięćdziesięciolatki - będę wynajmować turystom swoje pokoje a rano robić pyszne śniadania! – wypala absolutnie podekscytowana swoją wizją.

Udaję, że podzielam jej entuzjazm, bo jak tu jej powiedzieć, że prawdopodobnie nikt nie przyjedzie na wakacje do szarego bloku, gdzie brakuje bieżącej wody, ściany pokojów są niemiłosiernie obdrapane, a w suficie straszy dziura zapchana naprędce torebką foliową. Nikt pewnie nie będzie chciał chodzić klatką schodową dzień i noc tonącą w całkowitych ciemnościach, gdzie harcują szczury a winda nie działa, bo nie ma za co opłacić prądu.

Rankiem, nie chcąc narażać naszych gospodarzy na dalsze koszty, zaskakujemy ich chęcią nagłego wyjazdu. Nasz plan nie powodzi się jednak. Zostajemy przymusowo na śniadanie… kawę i konfiety (cukierki). Na pożegnanie dostajemy jeszcze prezent: jest nim tradycyjny gruziński róg, do picia wina.

Czuję się okropnie, bo nie mamy kompletnie nic, co moglibyśmy podarować w zamian naszym gospodarzom. Żegnani przez sporą grupkę mieszkańców bloku ruszamy dalej w kierunku najwyższych szczytów Kaukazu. Przed nami niewiarygodnie czyste strumienie, dziewicze szczyty i bezkresne przestrzenie, ale to już temat na zupełnie inną opowieść.




Widok na początek Kaukazu, foto Tomasz StankiewiczBosfor, foto Tomasz StankiewiczBatumi, foto Tomasz StankiewiczPlaża Batumi, foto Tomasz StankiewiczPlaża Batumi, foto Tomasz StankiewiczGorące źródła, foto Tomasz StankiewiczPolacy i Czesi w gorącym źródle, foto Tomasz StankiewiczPodczas podróży po Gruzji, foto Tomasz StankiewiczPodczas podróży po Gruzji, foto Tomasz StankiewiczU Mariki, foto Tomasz StankiewiczU Mariki, foto Tomasz StankiewiczU Mariki, foto Tomasz StankiewiczU Mariki, foto Tomasz StankiewiczVardzia, foto Tomasz Stankiewicz
Komentarzy: 4

gemis
16 października 2011 (16:48)
Dziwne odczucia...
W Gruzji spędziliśmy w te wakacje cały miesiąc... Kazbegi, treking z Omalo do Shatili, Ureki, Batumi, Wardzia... Mieliśmy totalnie inne odczucia, ludzie pozytywni, bardzo pomocni i niesamowicie gościnni (Szczególnie w górach, gdzie spędziliśmy większość czasu). Ludzie z nadzieją patrzą tam w przyszłość, nie spotkaliśmy się totalnie z tęsknotą za tym co było!!! Batumi chyba odwiedziliście w jakiejś pechowej porze. Miasto żywe, przyjazne, kolorowe i przepozytywne. Niczym magicznie przeniesiona jakaś tropikalna stolica w tamte rejony. P.S. Kąpiel w tej szopie faktycznie niezapomniana ;)

zbyszek
31 stycznia 2012 (22:16)
Tak zapamiętałem Gruzję
Byłem w Gruzji i wspominam te chwile z wielką tęsknotom.Piękny kraj wspaniali i niesamowicie gościnni mieszkańcy. Bywałem zapraszany do wielu Gruzińskich Domów tych zamożnych i tych skromnych , życzył bym sobie żeby wszędzie przyjmowano tak moich rodaków jak tym małym kraju Ludzi o Wielkich Sercach .

Iwanesca
29 luty 2012 (20:53)
Wakacje w Gruzji...
Szczerze przyznam, że wcześniej jakoś nie myślałam o Gruzji, jako o kraju na wakacje moich marzeń. Ale już od jakiegoś czasu, po kilku artykułach (a raczej dołączonych do nich zdjęciach) stwierdziłam, że warto. Tylko tak, na pewno nie mam na tyle odwagi, żeby wybrać się na własną rękę. W ofercie biura Almatur, znalazłam wycieczkę, która mi odpowiada \"Gruzja: Oblicza Gruzji\", możliwe, że się wybiorę. Na korzyść tego kraju przemawia fakt, że nie jest jeszcze tak \'zadeptany\', jak wiele znanych kurortów.

Anna
3 marca 2012 (22:51)
Autostop po Gruzji i nie tylko:-)
O spotkaniach z ludźmi i niespiesznym podróżowaniu - http://obliczagruzji.monomit.pl/
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".