Na szczęście charakterystyczny wokalista Sigur Rós - Jónsi Birgisson, przechodzi bardzo twórczy okres swojego życia i na pocieszenie fanów islandzkiej grupy, nie ma zamiaru robić sobie żadnej muzycznej przerwy. Oto niecały rok po nagraniu płyty „Riceboy Sleeps”, przy której współpracował ze swym chłopakiem, postanowił wydać kolejny, tym razem całkowicie solowy album pt. „Go”.
Jeśli miałbym porównać nowy krążek Jónsiego do któregokolwiek albumu Sigur Rós, to na pewny wskazałbym ich ostatnią płytę – „Með suð í eyrum við spilum endalaust”. Już pierwszy, singlowy kawałek Go Do, do złudzenia przypomina utwór Gobbledigook z tamtejszego albumu zespołu. Usłyszymy tu mnóstwo fletów, dzwoneczków, fortepianu oraz prostą i szybką perkusję w tle. Kondycja falsetowego wokalu jest bardzo dobra, jednak utwór poza językiem islandzkim w połowie wykonywany jest także po angielsku, co Jónsiemu nigdy wcześniej się nie zdarzyło.
- Najnowsze recenzje muzyczne
- Słodcy Finowie
- Gorillaz - „Plastic Beach”
- Człowiek orkiestra, Path Metheny „Orchestrion”
- A Silver Mt. Zion – Kollaps Tradixionales
- Four Tet - There is Love in You
- „Soldier of love” Sade - konsekwentna melancholia
- Goldfrapp – Head First
- Spoon – „Transference”
- Stone Temple Pilots
- Hey – „Re-MURPED”
- Sia – We Are Born
- Krzyk Ozzy’ego
- Kent – „En plats i solen”
- Iron Maiden - Final Frontier
- Hurts – Happiness
Drugi, znacznie szybszy kawałek – Animal Arithmetic, już w pełni pozbawiony jest ojczystego języka wokalisty. Możliwe, że to kwestia przyzwyczajenia, ale jednak angielski nie wydaje się pasować do utworów w klimatach Sigur Rós tak dobrze jak islandzki. Niestety ponad połowa całej płyty wykonywana jest po angielsku, więc ten fakt w dosyć sporym stopniu działa na jej niekorzyść. Warto jednak docenić same kompozycje, bo te są całkiem niezłe, a w kilku przypadkach nawet bardzo dobre. Jednym z najlepszych momentów albumu jest m.in. trzeci utwór – Tornado, ze świetną, narastającą w każdym refrenie ścieżką fortepianu i skrzypiec.
Czwarty kawałek to kolejny singiel - Boy Lilikoi. Ponownie usłyszymy bardzo ładny, radosny numer, w którym do grupy instrumentów dołączy gitara akustyczna. Pojawią się tu też chórki w wykonaniu Jónsiego. Islandzki wokalista bardzo często bawi się tu swoim głosem, zapętlając go i miksując pojedyncze motywy, tworząc tym samym część tła do wielu utworów tej płyty. Usłyszymy to także w kolejnym kawałku Sinking Friendships, gdzie obecność wokalu jest kluczowa, a instrumenty są jedynie dodatkami. Następny w kolejności tytuł to Kolniður, który nareszcie jest nieco wolniejszym momentem albumu. Nieznacznie przyspiesza jedynie na końcu i nadal utrzymuje bardzo pozytywną stylistykę.
Przy kolejnym numerze pt. Around Us, powrócimy do szybszego tempa, ale nie na długo, ponieważ przedostatni kawałek – Grow Till Tall zaczyna się w bardzo spokojny sposób i bardzo powoli rozkręca, aby w końcówce ukazać pełnię możliwości wokalnych Jónsiego. Możliwe, że to najpiękniejszy moment całego albumu. Numer pt. Hengilбs, kończy płytę, jej najpowolniejszą, ale bardzo ładną kompozycją. Ostatnia czysto instrumentalna minuta krążka sprawia, iż „Go” jako całość pozostawia nas z całkiem pozytywnymi odczuciami.
Jedyne zarzuty to wspomniany już nadmiar języka angielskiego w tekstach oraz duże podobieństwo utworów do siebie nawzajem. Większość z nich nagrana jest przy użyciu tych samych instrumentów, a melodie są zawsze tak samo pogodne, co sprawia, iż na płycie jesteśmy w stanie odróżnić jedynie grupy spokojniejszych i szybszych kawałków. Na albumie usłyszymy oczywiście kilka perełek, ale nie zmienia to faktu, że klimat „Go” jest dosyć kameralny i mało różnorodny. To sprawia, że najlepszymi kompozycjami Jónsiego ciągle pozostają te nagrane z Sigur Rós. Wygląda na to, iż na kwintesencję islandzkiej muzyki niestety przyjdzie nam jeszcze długo poczekać.
Po sukcesie debiutanckiej płyty „Lungs” na współpracę z Florence Welch czekali najlepsi amerykańscy kompozytorzy i producenci, w celu nagrania drugiej płyty ponoć było już nawet...


Start



Komentarzy: 1