Kleine Zeitung
    prasa29 · dziennikarstwo prasowe5
2010-11-09
Stali czytelnicy mojej wirtualnej zabawy w publicystykę wiedzą jedno. Jest taki temat, który zawsze wywołuje u mnie ożywienie i podnosi mi ciśnienie, są to oczywiście media i dziennikarstwo. Gdy na początku mojej drogi ku „szczytom” wirtualnej „popularności” postanowiłem rozpocząć od serii polemik z czołowymi wówczas autorami publikującymi w polskiej prasie, nie przypuszczałem że moje często bezpardonowe i ostre krytyki pod ich adresem mają aż takie odzwierciedlenie w realiach. Choć twierdziłem zawsze, że z polskimi mediami i dziennikarstwem dzieje się źle, to nie przypuszczałem że rzeczywista sytuacja tychże jest jeszcze gorsza niż wówczas sądziłem.

Publicystyczną retorykę którą bardzo lubię, zostawię tym razem ludziom bardziej w tej materii kompetentnym. Czasem najlepszym argumentem są suche liczby. Przy pomocy narzędzia zwanego przez jedną moją wirtualną znajomą, pieszczotliwie, mamą Google, istnienie kryzysu polskiego dziennikarstwa można udowodnić w niespełna pół godziny. Wystarczy tylko umiejętnie poserfować w sieci.

Rozpoczniemy od norweskiego kryminału. Norwegia to nie tylko kraj autora obrazu, który służy mi z powodzeniem za avatar w różnych miejscach w internecie, nie tylko kraina fiordów, reniferów i zawodów narciarskich. Jest to też kraj w którym wydaje się prasę. Według CIA Factbook, Norwegia liczyła w lipcu tego roku „aż” 4,660,539 mieszkańców. W tym małym, spokojnym i sympatycznym kraju wychodzi sobie od 1860 roku dziennik o nazwie „Aftenposten” uważany przez Norwegów za gazetę o konserwatywnej, zbliżonej do dworu królewskiego linii ideologicznej. Otóż, dziennik ten ma aż dwa wydania dziennie, z czego popularniejsze poranne miało w 2010 średnio sprzedaż w wysokości 243.188 egzemplarzy, czyli o prawie 100.000 więcej niż wychodzący w liczącej 38,482,919 ludności Polsce, dziennik „Rzeczpospolita” ze swoją „sprzedażą w wysokości” 144.121 egzemplarzy w analogicznym okresie b.r. Norweski „Aftenposten” byłby ze swoją sprzedażą w zinformatyzowanej i wysoko rozwiniętej Norwegii (argument o internecie jako „zabójcy” prasy w Polsce brzmi jak wymówka brudnego dzieciaka, który twierdzi że na pewno się umył), trzecim co do wielkości dziennikiem w Polsce po „Fakcie” i „Gazecie Wyborczej”, większym nie tylko od wspomnianej wyżej „Rzepy”, ale także od dość popularnego polskiego „tabloidu” jakim jest „Super Express” (186.165).

Jeśli dodamy do tego, że mniej popularne po południowo-wieczorne wydanie „Aftenposten” osiągnęło średnią sprzedaż na poziomie 122.454 egzemplarzy, w pierwszym półroczu 2010, to okaże się, że „Aftenposten” dziennie sprzedaje średnio około 20.000 więcej egzemplarzy niż „Gazeta Wyborcza” (343.311). Gołym okiem więc widać, że norweski „Aftenposten” to w porównaniu z polskimi gazetami prawdziwy gigant. Na miejscu niektórych polskich redaktorów naczelnych, którzy kiedyś będą mieli zaszczyt spotkać się ze swoimi norweskimi odpowiednikami przedstawiał bym się więc zawsze zdrobnieniem np.; Pawełek , Adaś , Sławek , Tomek itd. będzie to wówczas bardziej adekwatne do ich realnej pozycji i znaczenia jako kreatorów opinii i komentatorów wydarzeń. Nie chcąc już bić Panów redaktorów i ich redakcji dodam tylko na koniec tej norweskiej eskapady, że w kraju tym wychodzą jeszcze dwa konkurencyjne wobec „Aftenposten” tytuły o nakładzie i sprzedaży porównywalnych do polskiego „Dziennika-Gazety Prawnej”.

Na wschód od wspomnianej wyżej Norwegii, znajduje się nielubiana od lat przez polską prawicę Szwecja. Jest to myśląc sposobem prawicowych publicystów,kraj równie straszny jak Norwegia, dzietność bowiem i tutaj nie należy do szczególnie wysokich, tak więc pomimo jednej z większych w Europie powierzchni. Skalista, jak to ujął Sienkiewicz, Szwecja liczy sobie zaledwie 9,059,651 mieszkańców. Czarny sen dziennikarza Roberta Mazurka to miejscowa lewicowa prasa, o której pisał wielokrotnie na łamach starego jeszcze „Dziennika”. Słusznie redaktor Mazurek się boi. Średnia sprzedaż wcale nie największego w tym kraju, liberalnego dziennika „Dagens Nyheter” w 2009 roku wynosiła 316,000 egzemplarzy dziennie (trochę więcej niż „cenione i opiniotwórcze” polskie „Rzepa” „DGP” i „Polska-The Times” razem wzięte). A jeszcze trochę większa jest socjaldemokratyczna „Aftonbladet” (która w Polsce była by drugim co do wielkości na rynku tytułem po „Fakcie”, dobrze liczycie to szwedzkie „lewicujące” pismo jest większe od „Gazety Wyborczej”), natomiast niezależna „Svenska Dagbladet” to z kolei gazeta o niewiele wyższej sprzedaży od „Super Expressu”.

Zgoda, wybrałem dwa wysoko rozwinięte kraje, o ugruntowanej demokracji i obyczaju politycznym. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że to niezwykle wyedukowane społeczeństwa krajów, które zaliczają się do ścisłej światowej czołówki we wszelkich możliwych statystykach dotyczących poziomu życia, szczęścia obywateli, wolności słowa itd.;którzy mogą nawet chcieć czytać prasę. No, to w takim razie poserfujemy gdzie indziej, do kraju który takich kłopotów jak Norwegia i Szwecja długo jeszcze nie będzie miał i który w dodatku jest bardzo lubiany przez polskich prawicowych publicystów. Otóż, będący właściwie gazetą rządową gruziński dziennik "Sakartwelos Republika” osiąga nakład ok. 360.000 egzemplarzy i również byłby trzecią co do wielkości gazetą w Polsce (tak, dobrze widzicie, ten dziennik również jest większy od „Rzeczpospolitej” i „DGP” liczonych razem). Gruzja w lipcu 2010 roku liczyła „aż” 4,615,807 mieszkańców.

Na miejscu polskich gwiazd dziennikarstwa, które tak często epatują nas swoją bezpretensjonalnością. Wpychają się nam się do domów ze swoimi „mądrościami” przy pomocy kolegów z telewizji, którzy puszczą nawet najgłupszą wypowiedź znajomego dziennikarza prasowego byleby go tylko zareklamować itd. zapisałbym sobie nazwę jeszcze jednego dziennika. W kraju Mozarta (taki niezwykle „dzietny” i ludny kraj w Alpach liczący 8,210,281 mieszkańców ) wychodzi dziennik o niezwykle wymownej nazwie „Kleine Zeitung”. Jest to gazeta regionalna wydawana w prowincjonalnym Grazu, rozpowszechniana zaledwie na terenie kilku landów austriackich. Średni nakład tego dziennika wynosi: 308.797 egzemplarzy. W związku z tym mam propozycję dla wszystkich tych dziennikarzy, którzy twierdzą że w 38 milionowej Polsce, nie ma żadnego kryzysu dziennikarstwa ani prasy. Dla tych co twierdzą, że dziennikarze polscy są bardzo uzdolnieni, że wydawcy mają znakomite strategie na rozwój swoich tytułów. Dla tych którzy twierdzą, że problemem nie jest upolitycznienie, powiązania z politykami, nepotyzm, a linie ideologiczne polskich gazet są zwyczajnie mistrzostwem świata. Dla tych którzy twierdzą, że to tylko „ci” ludzie nie chcą nic czytać i wszystkie plany biorą przez nich w łeb, aby zastanowili się nad zmianą nazw swoich niezwykle opiniotwórczych tytułów. „Kleine Zeitung” brzmi chyba najbardziej adekwatnie do ich obecnej sytuacji. Natomiast na miejscu odbiorców niszowych (wiem, prawda może czasem boleć) produktów wytwarzanych przez polskie dziennikarstwo za każdym razem gdy widziałbym polskiego dziennikarza usiłującego przekonać mnie co do znaczenia jego tytułu, rzekomej opinio-twórczości tegoż (też dziwaczne dziennikarskie określenie) i własnego geniuszu, pukając się w czoło, kazałbym powiesić sobie na drzwiczkach do barku napis: „Kleine Zeitung”.

P.S: Danych z krajów o podobnej i większej liczbie ludności od Polski nie przytaczam, gdyż w odróżnieniu od niektórych korporacji zawodowych nie lubię kopać leżącego.

Tekst ukazał się na stronach Studio Opinii w cyklu esejów dotyczących polskiej prasy.
Komentarzy: 1

Karol
9 listopada 2010 (15:49)
tylko dziennikarze winni?
trochę śmieszne, biorąc pod uwagę np. liczby książek czytanych przez Polaków. Czyżby wydawane w Polsce książki też były fatalne? Problem leży zdecydowanie po stronie kupujących. Poza tym w tekście często podaje Pan raz sprzedaż, raz nakład. To mylące, a różnice pomiędzy nakładem a sprzedażą potrafią być duże. Swoją drogą w Niemczech też prasa krajowa ma się średnio. A i jeszcze jedno: Tygodniki. U nas tygodniki (te opiniotwórcze) to jednak jest ich sporo, mają co prawda coraz niższy nakład i sprzedaż, ale jednak np. w Norwegii jest ich zdecydowanie mniej. Myśmy po prostu przeskoczyli czytanie prasy, zasiadając od razu w roku 90 przed telewizory. Poza tym Polacy mają w dupie kto ci pisze i tak wiedzą lepiej.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Czy w mediach rozrywka rozbiła misję?

Media przechodzą ostatnimi czasy głęboką metamorfozę. Zmienia się nośnik informacji, a jej „trzon” coraz bardziej zależy od preferencji odbiorcy. Dzieci rosną wraz z tabletami, czas...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".