Spotykają się starzy znajomi, którzy już sporo w muzyce nabroić zdążyli. Z Parishem Polly wchodziła w świat rocka, z pomocą Parisha wydała między innymi pamiętny album „To Bring You My Love”, który na dobre pozwolił jej ugruntować swoją pozycję w branży. Teraz wraz z Parishem osiąga pełną artystyczną dorosłość.
Pierwsze akordy „Black Hearted Love” mówią nam: „OK, dość tego plumkania z White Chalk, dzisiaj słuchamy rocka”. Co prawda różnych jego odcieni, ale jednak. A jeśli ktoś po przesłuchaniu następnych kompozycji miałby jakieś wątpliwości, niech wsłucha się w tekst tytułowej części szóstej kompozycji z płyty. „I want his fucking ass”- oznajmia nam w niemałej furii Polly, która jeszcze tak niedawno śpiewała rzewnym falsetem o rzewne piosnki o macierzyństwie.
Pierwszy singiel, a zarazem otwierająca płytę kompozycja jest zdecydowanie najlepszym punktem płyty. To ta stara, dobra PJ, której zdarzyło się zagrać ze sporym kopem. I jest to też chyba jedna z niewielu nowych piosenek rzeczywiście wpadających w ucho. Ten album to bowiem wymagająca historyjka. Słychać zawodzenia, nałożone na siebie gniewne krzyki, piski, warczenie, nawet imitowanie odgłosu szczekania, lekko nieczysty, dziecięcy niemal śpiew półszeptem. Na takie wokalne rewelacje przygotujmy się przed słuchaniem „A Woman A Man Walked By/The Crow Knows Where All The Little Children Go”, bardzo dynamicznego kawałka rozwijającego się od niepozornych riffów, przez gniewne okrzyki aż do spokojniejszej końcówki, czy „Pig Will Not”, które daje nam już pozbawiony jakiejkolwiek łagodnej otoczki deliryczny gniew.
Oj, materiał nieprzyjazny niewprawionemu uchu. Ale nie tylko ci, którzy z tego typu zgiełku umieją wyłowić wartościowe rzeczy będą mieli gdzie na tym albumie ucho zawiesić. „Sixteen, Fifteen, Fourteen”- kawałek z gitarą nieco country, świetnie akompaniującą niespokojnej Polly, znakomity refren. „Passionless, Pointless”- rozbudowane sekcje klawiszy, ładna, nieco rzewna melodia wokalu. Podobne do powyższego spokojne „Crakcs In The Canvas”. Wreszcie wspomniane „Black Hearted Love”, które mogłoby być nawet materiałem na większy przebój. Te kawałki wchodzą szybko i bezboleśnie. Jednak dla większości potrzeba więcej czasu i swego rodzaju muzycznej wyrozumiałości.
Duet, w którym obie osoby często odgrywają inne role i zamieniają się miejscami, nadal daje nam rzeczy nowe, świeże, zwracające na siebie uwagę. Przed całkowitą afirmacją nowej twórczości duetu bez wątpienia trzeba się w nią wgryźć, dać sobie trochę czasu na pełne jej zrozumienie. A to zapewni nam przy słuchaniu najnowszych dokonań duetu Parish/Harvey niesamowite wrażenia.
Po sukcesie debiutanckiej płyty „Lungs” na współpracę z Florence Welch czekali najlepsi amerykańscy kompozytorzy i producenci, w celu nagrania drugiej płyty ponoć było już nawet...


Start



Komentarzy: 0